27 grudnia 2013

Poświąteczne bajdurzenie..

Gdybym zaufała swoim kontestatorskim instynktom, oprotestowała święta i wypięła się na zaproszenie do rodziców, nie miałabym teraz największej na rynku mlecznej czekolady w lodówce. Od wczorajszego wieczora zjadam ją na kolacje i śniadania, a końca nie widać. Niby mam okazję, by przekuć słabą w silną wolę, z tym, że wolę to ja wolę ćwiczyć w sklepie, w domu wola, zupełnie niesilna, słabnie mi drastycznie. Memłam więc tę czekoladę z kawą, herbatą lub sokiem, zagryzając tabletkami i popijając syropem, bo z rodzinnych świąt, prócz wspomnień o kupnych pierogach, rosole na kurczaku i wołowinie, i bratowej z trzema książkami na krzyż (w tym jednej Coelho, jednej Wiśniewskiego i dwóch z biblioteki), przywiozłam piekielnie męczące mnie przeziębienie, które pewnie jest karą za grzech pożarcia wyżej wspomnianego rosołu przy wigilijnym stole. Dlatego jestem na etapie planowania skoku na bank. Za zrabowane pieniądze zakupię fabrykę chusteczek higienicznych, plantacje chrzanu i czosnku, i cytrynowy sad. Tymczasem, póki planów rabunku nie wdrożę, zakopię się w pierzyny i będę się odtwarzała twarze i upodobania sąsiadów z z moich bardzo szczenięcych lat. Bo tak jak po mamie ewidentnie odziedziczyłam upodobanie do niezachowywania tradycji, do nieprzemęczania się przed świętami i do niewcielania w życie zasady "zastaw się, a postaw się", tak po żadnym z rodziców nie odziedziczyłam zamiłowania do czytania. Muszę więc być córką listonosza czy innego kominiarza, nie czytuje bowiem mama, nie czytuje ojciec, nie czytuje siostra, nie czytuje brat. Nieszczególnie tkwią mi też w pamięci obrazy czytujących babci, dziadka i chrzestnej matki. Ja za to, po okresie nielubienia żadnej z książek, które mi w ręce wpadły, znów połykam same dobre czytadła, zachwycając się wszystkim: od biografii Castro, przez Trumana Capote, po Yoko Ogawę. Tak więc, tonąc w pierzynach, będę rozkminiała drzewo rodzinne, czytała upchnięte w piwnicy zaległości, trzymała się z dala od lodówki i byczyła przez kolejne dziesięć dni.

15 grudnia 2013

Aktualny stan..

Herbatą popijam kupną macę i przypominam sobie placki z podkradanego babci ciasta na makaron, pieczone na rozgrzanej kuchennej blasze. Niebo w gębie. Równe niebu odczuwanemu podczas przeżuwania mordoklejek i niebu czającemu się w smaku szyszki z preparowanego ryżu. Nie mam już takich nieb. Dzisiejsze niebo ma smak zdecydowanie mniej kulinarny, przyjmuje kształt niemal mistycznej ciszy, zalegającej na balkonie o 5.58, zanim zacznie się szum, tłum i brzask. Blokowa klatka zachowuje się zadziwiająco cicho. Przyzwyczaiłam się już do spływających wodą rur i stukania obcasów na schodach, prawie zupełnie za to nie słyszę głosów. Nie licząc głosów we własnej głowie, które sączą mi do ucha truciznę strachu przed dożywotnią samotnością. Racjonalnie go analizuję i dochodzę do wniosku, że nie boję się niewypełnionych drugim człowiekiem czterech ścian, a czuję lęk przed wypełnioną pipidówkowym marazmem starością. Nieustannie mam wrażenie, że małomiasteczkowość mnie pęta, choć w rzeczywistości najpewniej najzwyczajniej skuwa mnie niechęć, by kiwnąć palcem w bucie. Po wrześniowo-październikowej euforii nastał listopadowo-grudniowy przedsionek zimowego snu. Moszczę się wygodnie w ciepłych pieleszach i najchętniej nie ruszałabym się stąd na krok. Nie mam też ochoty przyjmować rozbryzgujących moją świeżo nabytą mentalną błogość gości, nie chcę słuchać wrzaskliwych analiz szkolnych sytuacji ani chybionych analiz aktualnego stanu mojego serca. Chcę w zamian wspominać weekend nasycony słowami, tę magiczną pierwszą chwilę spotkania po kilkumiesięcznej przerwie, w której podejmujemy rozmowę, jakbyśmy się rozstały wczoraj. I chcę nieustannie pękać z dumy, że stanęłam na podium fotograficznego konkursu, o którym pisałam w lipcu. I w ogóle, choć nieruchawa, chcę tryskać szczęściem, nie gnuśnieć.

przy okazji:


 

24 listopada 2013

O przedzierzganiu się i innych szczęściach..

Zgodnie z wytycznymi mojego ulubionego mohera, przeprowadziłam się w środę, choć stało się tak bardziej przez przypadek niż wskutek świadomego działania. Jakkolwiek by nie interpretować fart bądź niefart wybranego dnia, sen ze środy na czwartek miałam co najmniej durny, dlatego cieszę się, że nad przesądami przechodzę najczęściej do porządku dziennego, nie zastanawiając się nad ich dziesiątym dnem. Zdecydowanie wolałabym nie być w ciąży, która mi się przerwszonocnie wyśniła. Nie ukrywam, że stałam się szalenie wygodną czterdziestolatką, celebrującą swoją samotność, w której mogę robić co i kiedy chcę, a którą ewentualny mały człowiek wywróciłby na lewą stronę, równocześnie przekopując mój nowo nabyty święty spokój. Zresztą, mam już swoje lata i niekoniecznie wierzę w wiatropylność. Tak waśnie, decyzja o liczbie pojedynczej właściwie została podjęta i liczę, że wzmożona skłonność Duńskiego do czulszych gestów rozpłynie się w powietrzu wraz z powiększającą się między nami odległością, i emocjonalną, i fizyczną. Po jakichś pięciu latach przyduszania przez finansową niepewność, męską na tym punkcie drażliwość i niemożność spełniania własnych marzeń, nareszcie chcę odetchnąć swoim powietrzem. Stopniowo przedzierzgnęłam się w egoistkę niemal doskonałą, kocham siebie miłością wciąż rosnącą i obawiam się, że w okolicach pięćdziesiątki trudno będzie ze mną wytrzymać, chyba że spełnią się moje mrzonki o zakochaniu po czubki uszu, co mnie uczłowieczy, albo ziszczą się plany moich zatroskanych koleżanek, planujących rychłe wyswatanie mnie z kawalerem, którego wybiorę podczas parapetówkowego castingu. Opcja druga ma jednak jeden słaby punkt, znajome bowiem wydają się nie słuchać moich sugestii, że tym razem kawaler musi być wyjątkowo bogaty, inne cechy schodzą na drugi plan. Bogactwo to nie może być jednocześnie byle jakie, bo skoro poświęcę ulubioną samotność, chcę w zamian jeździć dookoła świata, a potem wygrzewać emeryckie kości na Bora Bora.
--
Internet mam wyjątkowo, wrócę jak mi zainstalują stałe łącze.

8 listopada 2013

..kiedy dzieją się rewolucje

Świat się nie zatrzymuje, kiedy dzieją się rewolucje. 

Życie po czterdziestce przyspieszyło gwałtownie, oferując zestaw niegwarantowanych wcześniej atrakcji. Podejmują się decyzje, które już dawno wewnątrz wykiełkowały, zawiązały owoce, dojrzały, a które bałam się wypuścić na zewnątrz, by nie przekształciły się we wściekle ujadające psy. Tymczasem, choć wszystko właśnie wymknęło się spod kontroli, zapanowała względna cisza. Zatrzęsły mi się ręce, pobiłam się z myślami, odpaliłam któregoś papierosa i prowadziłam urywane w pół zdania rozmowy, których miało nie być, bo pewne supły miały się rozplątać samoczynnie, a pewne zależności umrzeć śmiercią naturalną. Płonne nadzieje. Mimo zawirowań, metodycznie odhaczyłam wszystkie plany poprzedniego tygodnia. Szczęśliwie nie miałam czasu odwirowywać przemoczonych emocji i suszyć osobistego nieładu. Zajęta byłam składaniem w całość austriacko-bułgarsko-niemiecko-rodzimego puzzle, którego ostatni element stanie się powodem wtorkowej awantury. Zbroję się w argumenty i mobilizuję sojuszników, nie zamierzam przegrać z czyimś urażonym przeze mnie ego. Teoretycznie powinnam mieć wyrzuty sumienia, a jedynie mam ochotę pokąsać jeszcze raz. Jednocześnie, choć przecież miałam być uosobieniem spokoju, jestem u progu wypowiedzenia wojny tym, którzy widzą w fantastycznych młodych ludziach samo zło. Dzięki nim znów mi się chce, a to niemały cud. Wydrzeć sobie go nie dam. Nie i już.

27 października 2013

Już zakochana..

Zakochałabym się, wyszeptała dziewczynka uniesiona październikową wiosną. Zgłupiałaś doszczętnie, odkrzyknęła nieodrywająca się od ziemi czterdziestolatka. Wszystko to na pewno dlatego, że piję jabłkowe piwo, po raz tysięczny słucham płyty z piętnastego października, wiję się po pokoju jak Thom Yorke, a za oknem kwitną stokrotki. Lewituję gdzieś poza powinnościami, zawalam terminy, zostawiam wszystko na ostatnią chwilę. W zamian wzuwam zapomniane adidasy i biegnę przyszarzałym lasem, ledwie łapiąc dech. Kolekcjonuję wyduszone ze zmęczenia endorfiny, wymyślam utopijne scenariusze, kurczą mi się łydki, szura pod nogami złotoruda ścieżka, wiruję na jej środku, zamykam oczy, na własność mam cały świat. Śmieję się w głos i co z tego, że dzieciak z domu oddalonego o dwa patrzy na mnie podejrzliwie, bo musiałam się między wczoraj a dziś najeść szaleju, wcześniej przecież nie zachowywałam się aż tak. Generalnie niewiele mnie obchodzą reakcje otoczenia, dzielę się swoją euforią na prawo i lewo, i kompletnie mnie nie rusza, że przedzierzgam się w przeenergetyzowanego wariata. Popadam ze skrajności w skrajność, ze skażonej malkontenctwem marudy błyskawicznie zmieniłam się w napompowaną opioidami szczęściarę. Uśmiechniętą, wiecznie gadającą, nieustannie śpiewającą pod nosem, rozanieloną. W gruncie rzeczy już zakochaną. I czy to ważne, że niekoniecznie wiem w kim?

14 października 2013

Lubię. Szalenie lubię..

Lubię. Szalenie lubię być, z kim jestem. I niezmiernie cenię sobie aktualną nieznośną lekkość bytu, choć wydawać by się mogło, że lepiej czuję się w przyciężkiej depresyjnej aurze. Poranne zniechęcenie, wywołane przeziębieniem i musem pójścia do szkoły, podczas gdy cała Polska świętuje poza szkolnymi murami, uleciało w niepamięć, zamalowane rudością drzew, kaczą nadpobudliwością i fantastycznym towarzystwem tych, którzy chcą pobyć razem pomimo codziennego zagryzania się. Lubię spędzać nieformalnie czas z ludźmi, z którymi pracuję. To oni trzymają mnie w miejscu, które niejednokrotnie przyprawia mnie o furię niewartą funta kłaków. Nic to, że czasem drę z nimi koty. Nieistotne, że różnimy się poglądami niejednakimi jak dzień i noc. Nieważne, że wściekam się na ich schowane w piasek głowy. Liczy się fakt, że dzwoni ostatni dzwonek, za szkolnymi drzwiami zostawiamy niesnaski i jedziemy w plener wódkę razem pić.

Lubię. Szalenie lubię być, z kim jestem. Mam jakieś nieopisane szczęście do ludzi. Wbrew mojej paskudnie kłótliwej naturze, żyję w zgodzie z gremialnie nielubianą matematyczką, z bibliotekarką żywcem przeniesioną z jesieni średniowiecza, z zadufaną w sobie księgową, z nieposiadającą krztyny dystansu do siebie polonistką, z masakrującą rodzimą mowę pedagożką o duszy urzędnika idealnego, z molestującym mnie o postne piątki księdzem, z wiecznie nadąsanym biologiem, z germanistką buchającą nieokiełznanym chaosem. Wszyscy oni w niewiadomy sposób radzą sobie z moim rozedrganym ego, tolerują moje histerie i fanaberie, znoszą powykrzywiane teorie i beznadziejnie marudne dni.

Lubię. Szalenie lubię być, z kim jestem. Przegadywać czterdziestopięciominutowe wychowawcze, jakby trwały kilka chwil, kontynuować dyskusje na przerwach, na portalu, nad zalewem, w lesie, gdzie tylko się da. Mam szczęście do rozgadanych klas, do młodych ludzi dzielących się ze mną opiniami wyważonymi i nie. Nie moderuję swoich i ich emocji, czasem staję przed nimi nieosłonięta, czasem oni obnażają swoje złe sny. Temat nie robi nam różnicy, możemy roztrząsać patriotyzm, seks na półmetku, skutki Krokodila, sukces Demonologii II i dlaczego między jednym a drugim tysiącem warto w człowieczeństwie tkwić. Najpiękniejsze w każdej z moich klas jest jednak to, że naprawdę lubią ze sobą być.

6 października 2013

Liczba pojedyncza..

Mam nadzieję, że wczoraj uruchomiono szkolny piec, bo od tygodnia od ósmej do czternastej zamarza mi mój piękny umysł. Powinnam ubić interes z moim jestestwem i w zamian wynegocjować zamrożenie emocji. Obiecałam sobie solennie, że szkoła nie będzie mnie z równowagi wyprowadzać i słowa dotrzymuję: cokolwiek się nie dzieje, zachowuję względnie stoicki spokój, choć od początku lipca miałam już okazję do co najmniej dziesięciu napadów furii i histerii. Nie, wciąż jeszcze nie schowałam głowy po szyję w piasek i głośno dzielę się tym, co mi ślina na język przyniesie, usilnie się jednak staram zachować poprawne formy i normy. Co udaje mi się w pracy, średnio wychodzi w domu. Zmęczona jestem stekiem dobrych rad i wytyczaniem mi życiowych dróg przez bojaźliwego właściciela wenusjańskich emocji, który swojej codzienności nie potrafi skierować na właściwy tor. Odzwyczaiłam się od liczby mnogiej, nauczyłam celebrować pojedynczą, bluszcze lubię na ścianach stareńkich domów, na mnie jakby mniej. Jednocześnie przykuta do potrzeby świętego spokoju, eksploduję na razie cichuteńko, z niecierpliwością wyczekując chwili, w której wybuch rozniesie wszystko w drobny mak. Ale to za moment, najpierw skorzystam z dwóch wyłaniających się zza zakrętu szans.
--
gwałcę przycisk replay

22 września 2013

Ja versus ja..

Czytam wiersze. Pierwszy, siódmy, piąty, trzeci. Zakładam im kartoteki: ten frywolny, ten obrazoburczy, ten prowokujący, a tamten w ogóle nie do pomyślenia. Analizuję je przez pryzmat cudzej skrzywionej koncepcji, dopasowuję do pomysłu kabaretu smutnego jak jesienny deszcz. Te najmniej odpowiednie chłonę po raz enty, odkrywam setne znaczenie, skrzętnie skryte któreś dno. Wyobrażam sobie, że deklamuję je przed tymi, którzy ich słyszeć z moich ust nie powinni. Z lubością celebruję niedowierzanie, oburzenie, wiktoriańskie zachłyśnięcie, wyszczerzone gniewnie kły. W zamian za nielubienie ludzi, dostaje się prezent z drobnych sabotażystów. Ci, zbyt zlęknieni, by stanąć przyłbica w przyłbicę, podkładają miniaturowe bomby, rozbryzgujące zasnute jednakowością dni. Nie planuję jednak rewolucji. W wyobraźni zabijam wiatraki, kruszę mury, szukam w skostniałości wyrw. W rzeczywistości stoję z boku, wącham gorzkie pomidory, brudzę palce orzechami, rzucam w kąt nudne książki, wsłuchuję się w ponure krakanie, łapię w locie stada czarnych wron. Uśmiecham się ponad miarę, egoistycznie dbam o spokój swoich chwil. I bez powodzenia szukam słów. Stałam się mistrzynią niepublikowanych tutaj jednozdaniowych form. 
--
- Człowieka/Można zabić słomką/-Powiedział nauczyciel na lekcji przyrody/W słońcu poruszyły się jak żywe/Rude włoski na jego rękach i brodzie/Dwadzieścia par oczu/Szukało na jego ciele miejsca/W które trzeba ugodzić (Mieczysława Buczkówna)

17 sierpnia 2013

Słowoczułość uwiera..

Spaceruję. Mijam wyszczerbione już maki, wdycham zapach skoszonych pól, ganiam płochliwą czerwoną ważkę. Robi się chłodniej, marzną mi nogi w sandałach, uwiera odwieczna wrażliwość bosych stóp. Połówka księżyca ciężko wisi na niebie, okrążają ją ptaki, zaczepia ją drutem wyrośnięty słup. Pająk snuje sieć, w którą rankiem znów wpadnę, choć będę rozglądała się pilnie wiedząc, że ona tam jest. Dlaczego ważka, skąd pająk i czemu słup to słup? Rzadko analizuję słowa, teoretycznym językoznawstwem nudzę się jak mops. W zamian lubię składać wyrazy w niejednorodny ciąg. Lubię czytać cudze myśli, poznawać, doznawać, smakować, rozkoszować. Lubię dać się wciągnąć, zahipnotyzować, zachwycić, nie chcieć wyjść spomiędzy słów. Lubię kłujące zdania, historie przyciężkie, wiercące dziurę w brzuchu opowieści. Nie lubię jednak nieudolnie snutych słowem intryg, wykuwania zdań motających się w bawełnie, usidlających zmierzłą złośliwością, knucia. Nie lubię historii z palca wyssanych, dopasowanych do pasującego bajkopisarzowi kontekstu, usprawiedliwiających bezmyślne stosowanie szpileczek, byle ukłuć, byle wbić. Takie zdania siedzą we mnie długimi wieczorami, nie odgania ich wino, nie wypędza ich spacer, nie zabija trywialny film. Słowoczułość uwierać potrafi paskudnie. Zaplątam ją więc może między zdarte płyty, między spłowiałe widokówki, między przeterminowane czasopisma, między zwoje drutów kolczastych. Oddam na przemiał, zutylizuję, przerobię na złom.

11 sierpnia 2013

Frania mi spełni marzenia z tej ziemi..

Wydatki chadzają stadami. I są ściśle związane ze złośliwością przedmiotów martwych, postanawiających się psuć jednocześnie, zamiast ustalić jakąś sensowną kolejność. Moje zasoby finansowe zostały więc uszczuplone o pralkę i odkurzacz, a to dopiero czubek góry potrzeb paskudnie przyziemnych i nieprzyjemnie praktycznych. Kiedy już je wszystkie zrealizuję, będę żywiła się trawą jak Marquezowski doktor. Tudzież zajmę się pichceniem zupy na gwoździu, o której pisze Wachmistrz. I będę chudła w oczach, co jest perspektywą wielce pożądaną. Mogłabym wprawdzie skorzystać z propozycji znajomego i przyjąć w spadku pralkę Franię, ale obawiam się, że celebrowanie wpatrywania się w wirującą odzież, obserwowania, czy Frania tejże nie podgryza i żmudnego wyżymania ciuszka po ciuszku miałoby swój urok jedynie w parne dni, bo, jak pamiętam z dzieciństwa, Frania najpiękniej sprawuje się na podwórku, a tu pewnie ani się człowiek obejrzy, a przyjdą jesienne chłody i kto by chciał mieć wtedy ręce umoczone po łokcie. Wciąż się trochę zastanawiam nad przygarnięciem Frani, bo mogłabym wtedy zrobić znaczący krok ku marzeniu o Nikonie D5100, na którego, przy takich wydatkach, będzie mnie stać za jakieś dziesięć lat z okładem, kiedy przeterminuje się na tyle, że będzie kosztował grosze, a sprzedawcy będą go dawać w promocji z czymkolwiek, byle magazynów nie zaśmiecał. Nie jestem jednak pewna, czy wtedy wciąż będę czerpała radość z pochylania się na pękatymi, żółtymi pająkami, przed którymi jeszcze dwa lata temu uciekałabym z krzykiem, a które teraz dźgam źdźbłem trawy, żeby pozowały przyzwoicie, zamiast wypinać się na mnie odwłokiem w czarne paski. Moje marzenia o Nikonie dzielę z połową portalu społecznościowego i ogrania mnie smutek, że tyle osób marzy o czymś, co powinno być na wyciągnięcie ręki, bo nie chodzi o żadne Bahamy czy inne pragnienia nie z tej ziemi. Tymczasem zamrażam kawowe kostki lodu. Zaleję je niegotowanym mlekiem i będę miała niebo w gębie, na które zdecydowanie mnie stać.

5 sierpnia 2013

Segreguję bez pietyzmu..

Bez sentymentu wyrzucam ulubione spodnie. Już dawno się przetarły i zmęczone są cerowaniem. Ze wszystkich stron oglądam pozostałe ubrania. Część już dawno się przeterminowała, skurczyła, skosmaciła. W koszu lądują pieczołowicie zwożone zewsząd pamiątki. Osiadała na nich coraz grubsza warstwa kurzu, spod której nie było widać miejsca ich pochodzenia. Bez litości segreguję gliniane, porcelanowe, drewniane i szklane aniołki. Jedne gustowne, inne pokraczne. Zasłoniły całą regałową półkę. Bez pietyzmu biorę do ręki każdą książkę. Do pudełek wkładam te, do których powrócę i które wciąż nieprzeczytane; jednorazowe trzeba będzie zagospodarować. Przebieram i wybieram, w dłoniach przedmioty ważę, nie mogąc i nie chcąc zabrać wszystkiego, co skumulowało się na starych stu metrach. Nie będzie na to miejsca na nowych pięćdziesięciu. Zmniejszona o połowę powierzchnia gromadzenia uruchamia zdolność chłodnego decydowania o rzeczach materialnych. Kwestie niematerialne wydają się nie wymagać kurczenia. Myśli małe i duże świetnie zawisną pod sufitem, wepchną się pod wersalkę, wcisną w szczeliny, rozłożą na balkonie, wpasują się w każdy odświeżony kąt. Zadomowią się błyskawicznie, migiem wygenerują znany dobrze swąd. Tymczasem przeprowadzkowy czas wlecze się ślimaczo. Wciąż potrzeba wymienić to, zmienić tamto, wykręcić siamto, wkręcić owamto. Konieczność odnowień darowuje mi szansę przywyknięcia do nieznajomych ludzi, nieznanych dźwięków, mniejszych czterech ścian, do bliskości sklepów i podwórka daleko stąd.

24 lipca 2013

System króliczych jam..

Potykam się, lecę, leżę. Ląduję twarzą w króliczej norze. Niewystraszone zwierzę nie pryska mi spod nóg. Prycha na mnie gniewnie, daje prztyczka w obolały nos. Podnoszę się z kolan, uciekam z pola zrytego systemem króliczych jam. Gonią mnie setki szeptów: a kysz, niespokrewniona, won nam stąd! Na gwałt poznam więc królika, on mnie wprowadzi w znajomych krąg. Wejdę w sieć zależności, zburzę mur bycia gdzieś tam skądś. Uzbrojona w króliczą łapkę, stwardniałą gliną otoczę moje papierowe sny. Będę miała za plecami nierozerwalne królicze szwy.

19 lipca 2013

A tymczasem leżing pod gruszą..

Lepsze jutro było wczoraj, wykaligrafował ktoś kształtnymi literami na wyszczerbionym murze i biorąc pod uwagę mnogość zlikwidowanych przez ostatnie dwadzieścia lat miejsc pracy i nikłość nowo powstałych trudno się z tym nie zgodzić. Nie dziwi więc, że w czasie na poły służbowego wyjazdu do Bielska - Białej byłam usilnie namawiana, by zebrać się w sobie i do krajów obcych uciekać. Towarzysząca mi koleżanka jest aktualnie szczęśliwą emerytką, zna jednak wszelkie słodycze lokalnego szkolnictwa od podszewki; pracowałyśmy razem ładnych kilkanaście lat. Zmobilizowana, w myślach planuję więc wspinaczkę po szczeblach zmywakowej kariery, zupełnie nie bacząc na oburzenie innej koleżanki, której zdaniem powinnam się spełniać w zagranicznej szkole, bo przecież język znam i magistra mam przed nazwiskiem. Przypominam jej nieśmiało, że magistrów teraz więcej niż psów Burków, że polskie tytuły po drugiej stronie świata średnio warte i, co najistotniejsze, że cały cymes wyjazdu polega na rzuceniu nauczania i całkowitym się przekwalifikowaniu. A w związku z tym, że fachu porządnego w ręku nie mam, zmywak wydaje się być wyjściem najrozsądniejszym, bo gary czyszczę jako tako. Tymczasem, zamiast kompletować życiorysy, uprawiam wirtualny leżing pod gruszą. Realnego uskuteczniać się nie da, bo na moim podwórku działa wylęgarnia łaknących krwi komarów. Zadziwiające, że podwórko dalej sąsiadka przesiaduje godzinami rozmawiając przez telefon i nie widać, żeby jakoś szczególnie machała ramionami. Kiedyś zapytam, co je. Póki jednak nie mam najmniejszej ochoty na gadki - szmatki, tryskam wrześniowymi pomysłami: w głowie mi się rodzą i roją wizje powakacyjnych e-twinningowych projektów, w których motywem przewodnim są zamki i ich duchy. Bo w związku z niewypuszczaniem się dalej z pipidówki - nie liczmy kilku dni w krzeszowickiej głuszy - podążam szlakiem najbliżej położonych Orlich Gniazd. I tak marzą mi się Comeniusy, w ramach których odkrywamy legendy o różnokolorowych damach pohukujących na kamiennych murach. Niestety, choć czekają nas kolejne dwa lata Leonardo da Vinci, wśród partnerskich krajów zabraknie Łotwy, gdzie w odrestaurowanym pałacu pokazuje się spowita w szarości niegdysiejsza właścicielka. Bo na wschodzie na pewno straszy bardziej spektakularnie, swojsko i romantycznie. To właśnie na wschodzie mogłabym się osiedlić, wcale nie myjąc tam sztućców i talerzy, a nauczając gdzieś w Tadżykistanie czy Uzbekistanie. Gdzieś w stepie szerokim.

P.S. Gdybym kogoś nie odwiedziła w ciągu kolejnych dwóch czy trzech dni, proszę o upomnienie się: Google Readera mi zlikwidowali. Przy okazji, zna ktoś jakiś sensowny czytnik blogów?

P.S. bis: Wymyśliłam sobie, że w konkursie wezmę udział. Na zdjęcie się jednak zdecydować nie mogę, więc pod ten mój powrót po przydługim okresie, konkurs swój ogłaszam: które najgorsze Waszym zdaniem? Bo jedno z poniższych wyeliminować muszę.


31 maja 2013

Truchtem przez wyjątkowo ciasny maj..

Pokończyły się matury, wywiadówki i inne radości. Mam znów ograniczony jedynie kilkoma godzinami obowiązków czas dla siebie. Kiedy więc już przezwyciężę prowadzącą do wielokrotnego zawału serca zadyszkę, nawiedzającą mnie po kilku krokach truchtu, zacznę intensywnie ćwiczyć do maratonu. Umiejętność pokonywania długich dystansów wydaje się aktualnie niezbędna, biorąc pod uwagę, że jeszcze chwila, a odetną mi pipidówkę od okalających ją miast i miasteczek, skazując mnie na zmotoryzowanie albo na jogging właśnie. W grę wchodzi jeszcze żebranie o podwózkę lub wóz drabiniasty, ale i ludzie nieskłonni do szoferowania, i szkapę w bloku nieco kłopotliwie trzymać. Bo bloki nabierają realnych kształtów, usztywnionych podpisanymi umowami i zaciągniętymi kredytami. I doczekać się nie mogę, i wolałabym moment przeprowadzki odwlec maksymalnie daleko w czasie. Wprawdzie przerażenie obudzone zastanawianiem się, gdzie ja te wszystkie graty upchnę na dwukrotnie mniejszej powierzchni przeminęło z wiatrem, wciąż jednak zimny pot mnie oblewa na myśl mieszkania przez tydzień albo, nie dajcie bogowie, dwa z moją pełną zapału mamą. Uspokojona załatwieniem wstępnych umów, przestała mnie nękać telefonami, ale jestem pewna, że w myślach nieustannie przyszłe moje gniazdko maluje i mebluje, a mnie pomysłami molestuje. Pomyślę jednak o tym w końcu lipca, bo aktualnie inne zmartwienia absorbują moją uwagę. Po wielu perypetiach Duński wreszcie dostał pracę z prawdziwego zdarzenia i zamiast trzymać się jej pazurami, kombinuje jak koń pod górę, narzekając na nadmiar godzin i niedomiar gotówki. Wiadomo, też wolałabym mieć generalską pensję, za którą zjeżdżałabym świat wzdłuż i wszerz. Tymczasem łapię się na nienawidzeniu swojej pracy za biurokratyczne wymysły, za średniowieczne pomysły, za niesięganie po podane na talerzu i pretensje do całego świata, że się nie udało, za paranormalne zdolności, których sama nie mam, a których zazdroszczę, za zielenienie na zawołanie, za dorabianie górnolotnej ideologii do niechciejstwa i za alergię na wysublimowane paluszki i główki. Nie rzucam jej jednak w diabły, bo nie mami mnie wizja bezrobocia pod zimnym mostem. Najpierw muszę zarobić na bilet w miejsce gorące. Tak, zdecydowanie gorąco jest najbardziej pożądanym stanem. Ktoś gdzieś w sieci napisał, że chciałby suszy, klęski żywiołowej, wyschniętych pól, zaschniętych gardeł. Podpisuję się pod tym obiema rękami. Serdecznie dość mam lejącej się z nieba wilgoci, wolałabym lejący się bezlitośnie żar. Wydaje się więc, że powinnam zaprzestać prania. Ilekroć wypełniam pralkę, niebo zasnuwają ciemne chmury. W kwestii wywoływania deszczu czynię niemałe postępy: zaczęłam od siąpienia, doszłam do burz. Dziś jednak czary mary w łeb dostały: piorę, słońce się nie chowa, piję likier macchiato, snobuję się na nieudaną (Posiadanie wolnego czasu to w dzisiejszych czasach stempel nieudacznictwa, Krzysztof Varga) bez telewizji i wymyślam sposób, jak pozbyć się trudnych do wykorzenienia nawyków sięgających jądra planety. I jak zabrać się za leżącą odłogiem pracę, która idzie mi jak po grudzie. Ale to nic. To nic.

6 maja 2013

Kamienne niedoskonałości..

Tu cisza. Pół metra dalej, za wyszczerbionym murem tętni głośne życie. A tu cisza. Ponad połacią kamiennego spokoju unosi się niezliczoność historii. Pokolenia bliższe i dalsze wyszeptują przymglone wspomnienia. W głowie kołaczą opowieściami błahymi i ważkimi, wiekopomnymi i natychmiastowo zapominanymi. Przekrzykują się. Licytują ważnością, barwnością, dramatem, zwyczajnością. Zaszeleszczą zwiewną suknią, szurną stopą, przymkną powiekę, chuchną dotykiem w dłoń. Ich kamienną doskonałość skruszył czas. Aniołowi wyszczerbił skrzydła, przyczernił alabastrową koronkę, korzeniami przeciął łydki, mchem naznaczył twarz. Wrośnięci w swoje miejsca pełnią nieznużoną straż.


2 maja 2013

Diabli nadali ten depresyjny maj..

W diabły poszło moje wczorajsze postanowienie zignorowania zaokiennej ponurości, wyjechania poza pipidówkę i zajrzenia w oczy kamiennym posągom. Ranek powitał mnie egipskimi ciemnościami, dalekimi grzmotami i deszczem bębniącym o blaszany dach. Nie czerpię wielkiej przyjemności z ekwilibrystycznych starań robienia zdjęć pod parasolem, czemu dałam wyraz na najpopularniejszym portalu. W zamian otrzymałam psychologicznie abrakadabra, które miało mnie wzmocnić od wewnątrz, a jedynie wewnętrznie zirytowało. Humor poprawia mi jedynie konsekwentna szarość i burość natury, dzięki której nie gryzą mnie wyrzuty sumienia, że nie wsiadłam w poranny pociąg na wschód. Wprawdzie uparcie ostatnio fotografuję wilgoć, płaczący kamień mógłby więc wkomponować się w krąg moich zainteresowań, jednak wizja przemokniętych stóp i przesiąkniętego nosa odstrasza mnie skutecznie. Nienawidzę kataru, a ten wydaje się szczególnie lubić mnie, przez co całkowicie odpadają szaleńcze tańce na łąkach zroszonych poranną rosą. Alergia też sprawy nie ułatwia. Znamienne, że przez 55,2% życia nie byłam uczulona na nic, teraz kicham na wszystko, co wokół. Tak czy inaczej, z katarem czy bez, w każdym wolnej chwili, a tych w tych dniach wyjątkowa obfitość, będę wyczyniała różnorakie tańce - połamańce, które pozwolą mi wyczarować sobotnie i niedzielne słońca, i pojadę wreszcie tam, gdzie jadę od miesiąca, a nie dojeżdżam przez chłód, deszcz czy śnieg. Chętnie, szalenie chętnie, pojechałabym również na Mazowsze i Suwalszczyznę. Zaproszenia dziś otrzymałam, skorzystać mi mało zręcznie. Bynajmniej nie dlatego, że zapraszających kobietek w życiu nie widziałam i jakbyśmy na siebie zareagowały nie wie nikt, ale dlatego, że spontaniczne wydostanie się z pipidówki dla kogoś tak niezmotoryzowanego jak ja wymaga co najmniej dyplomu z logistyki z wyróżnieniem. Tudzież prywatnego jumbo jeta. Póki nie ma takiegoż w hangarze za domem, przykuta jestem do jadących pięć razy dziennie w dwie strony pociągów. I, można rzec, w jedną stronę busa. Siedzę więc murem w domu i wyłączam telewizor, który od niemal tygodnia mówić ani pokazywać nie powinien, a wciąż w tle gra. Wyłączam, bo informują tam o gradobiciu w Będzinie i że nawet kiepskie dni można spędzić twórczo, wyobraźni trzeba jedynie. Ani krzty jej sobie nie zostawiłam, bo podsuwa mi widoki trupów pod dywanem i szkieletów w szafie, klikam więc bezmyślnie w durne gry, słucham deszczu w rynnie, głaskam ślimaka po rogach i wypełniam się trelami skrzydlatego maleństwa zasiadającego na szczycie gruszy. I rozkoszuję się pomysłem dokupienia węgla w kwietniu. Jest jak znalazł na depresyjny maj.

27 kwietnia 2013

Wciąż ten sam cyrk..

I znów zaistniała sytuacja, że jedna osoba wodzi całą resztę za bezwolne nosy. Z powodzeniem stosuje zgrane do nieprzyzwoitości gierki. Podkłada tłuściutkie, zaróżowione świnie. Kopie nieprzykryte dla niepoznaki gałęziami wilcze doły. Wplątuje innych w sieć bezceremonialnych intryg. Inni siedzą pokornie pod miotłą. Zasznurowali usta, trzymają buzie na kłódki. Starają się schodzić z linii rażenia i wzroku. Kładą po sobie uszy. Ani mrugną okiem na panoszący się despotyzm i nepotyzm. Bo są i tacy, którzy mają się jak pączki w maśle. Pławią się w zachwytach i zaszczytach. Każde ich posunięcie docenione, złotymi zgłoskami w historii zapisane. Ich chwila jednak minie. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ, poza czubek własnego nosa nie wygląda. O siebie jedynie dba.

Kluczę sobie od sytuacji do sytuacji. Rysuję emocjami sinusoidę o niekiepskiej amplitudzie. Czasem opadam na dno zobojętnienia. Zamykam umysł na szkolne zagrywki. Wpatruję się w bladozielone brzozy, w rozciągnięte na słońcu koty. Pochłaniam truskawki z greckim jogurtem. Śnię nieskażone codziennością sny. Czasem znów wzbijam się na szczyty nierozwagi. Rzucam gniewne słowa, chętnie furią rozbiłabym otępiałe łby. Te rzucają się sobie do gardeł. Syczą, knują, wilkiem patrzą. Intrygantce w dupę włażą, odstawiając przed trybuną godny pożałowania cyrk. Dają jej wolną rękę, budują misterny ołtarzyk. Nie dostrzegają zestawu paskudnych win. Ta pławi się więc w nieomylności i nieprzewidywalności. Obdarowuje swoimi pomyłkami. Trzyma pod biurkiem na każdego hak.

Zmęczona jestem.

20 kwietnia 2013

Ku nieskończoności..

Czwartą kawą celebruję dziewięć lat i dwa dni sieciowej grafomanii. Myśli i słowa ostatnio mi zdrewniały i układają się w kwadratowe klocki, nie wyobrażam sobie jednak, że porzucam ten wrosły we mnie świat. Kawa bieli się w granatowym kubku. W domu czuję się gościem, bo przecież białą kawę zwykłam pijać jedynie w kawiarni lub u kogoś. Nietrudno o takie wrażenie, kiedy powolutku zaczynam przyzwyczajać się do nieuchronnie zbliżających się zmian, wskutek których kawę popijała będę w obrębie dwunastu wymalowanych radośnie ścian. Nietrudno, gdy w pracy szykują się dwie kolejne kilkugodzinne nasiadówki, na których poruszymy trylion bzdetnych spraw. Ich ilość mnoży się niepotrzebnie, zabierając mój cenny czas. Ten mogłabym poświęcić na pogoń za motylami, na wypatrywanie zielonej soczystości i wsłuchiwanie się w śpiewający las. Nie zliczę, ile razy uśmiechnęłam się do wreszcie nadeszłej wiosny. Daje mi w prezencie dwie mieniące się tęcze, siedem gołębi błyskających nade mną skrzydłami, sześć żółtych goździków z czerwonymi lamówkami, jedną rześką burzę z pięcioma odległymi grzmotami, kwadrylion oddechów po końcówki oskrzelików i sekstylion mrówek mających w planach zaanektować mój dom. Gdzieś w tle euforii walczę z piętnastoma wiatrakami, wciąż wierząc w zwycięstwo Don Kichota niespełna rozumu, choć sto sześćdziesiąt osiem razy przekonywałam się, że wiara w ten sukces to nieuniknione dno. Gdzieś tam, przed niewłaściwą instytucją, wyjaśniam też, dlaczego łotewska wyprawa kosztowała mnie osiem złotych mniej niż przewidziano, i ze zgrozą myślę o chwili, kiedy zatwierdzą nam kolejnych siedem państw. Łatwiej wytłumaczyć się przed Europą za dwiema granicami niż przed księgową pół kilometra stąd. Odganiam oktylion paranoi, wsiadam na rower, wpadam w otchłań kolejnych dwustu czterdziestu dziewięciu zdjęć.


7 kwietnia 2013

Zabawa w prawdę i fałsz..

Mój blog potrafi być jak dwulicowy chłopiec z niedawnego snu. O jednej twarzy z przodu, jak natura przykazała, a drugiej wędrującej z prawa na lewo, z lewa na tył. To nie jest miejsce, gdzie pokazuję jednolitą mnie. To miejsce sprzecznych komunikatów, euforycznych momentów i spędzonych w czarnej dupie chwil. Tutaj nie jestem w stu setnych, tutaj dawkuję rozważnie i nierozważnie, z nadwagą i niedowagą setne części tego, co ma miejsce w równoległym świecie. Ja tu rządzę niepodzielnie, ja decyduję, które fragmenty odsłonić, a które wciąż lub wcale nie. Elementy odsłonięte tuninguję, rasuję, koloruję, wyolbrzymiam, uwypuklam, zmieniam w feerię rozedrganych lub stabilnych, poczerniałych lub tlenionych, literackich lub grafomańskich słów. Pod nimi zalegają kolejne i kolejne, drugie, piąte, tysięczne warstwy, zostawione dla mnie i dla tych, którzy funkcjonują w bloga tle. Tutaj celebruję swoiste katharsis, oczyszczam z codziennego brudu myśli, mowę i sny. Maluję tutaj swój dziurawy autoportret, wciągam w zabawę w prawdę i fałsz. Mamię, czaruję, lawiruję. Nie dopowiadam, kluczę między zdaniami. Niby tu jestem, niby nie ma tu mnie.

1 kwietnia 2013

Prima aprilis..

Niespiesznie. Noga za nogą. Zasłuchuję się w ciszę. Zatapiam w las. Nie w jazgot emocji. Te urządzają hałas w tle. Słucham ich. I nie słucham. Zależnie od godziny. Zależnie od pory dnia. Pstryk! Coś się popsuło. Jeszcze nie jestem pewna. Nie jest czarne na białym. Pękła jednak przedostatnia nić. Rozjaśni się za kilka dni. Stawiam bezmyślne pasjanse. Oczekuję, że się zejdą. Potwierdzą wykutą teorię. Różnie to z nimi jest. Przydługi prima aprilis trwa od pięciu dni. Przejmuję się troszeczkę. Ronię krokodyle łzy. Teraz wtulam się w skarpety. Wypinam się na świat. Nikita wskakuje na kolana. Nie potrzeba więcej nic.


24 marca 2013

Wielkie nic..

Powoli mija weekend wypełniony mało hedonistycznym, acz rozleniwiającym nic. Duński wyjechał, koty uprawiają za oknem nieskrępowany seks, śnieg niezmiennie pokrywa połacie zarośniętego lasu, a ja sobie tkwię. Napisałabym coś tutaj, wokół jednak dzieje się niewiele, choć dzieje się wiele. Wszystko to jednak albo nie wzbudza większych emocji, albo budzi te, które już odmieniłam przez wszystkie przypadki. Kawa błyskawicznie stygnie w niebieskiej filiżance, ma niespecjalny smak. Mam ochotę wypić ją z mlekiem, dosypać imbiru, kardamonu, cynamonu, nie chce mi się jednak po to mleko iść. Limit chęci spacerowania wyczerpałam wczoraj. Z dumą przyniosłam skostniałe dłonie i kilka niezłych ptasich zdjęć. Dziś głowa ciąży od wczorajszego grzechu zapalenia papierosa, pulsuje w okolicach skroni, tępo ćmi. Książka leży odłogiem, na stertę rzucam gazety. Czekają na bardziej sprzyjający czas. Przerzucam telewizyjne kanały w poszukiwaniu nie-Stocha i nie-Kowalczyk, nie znajduję jednak nic. Powinnam nauczyć się doceniać rozmemłaną papkę, skoro nocą, kiedy zdarza mi się znaleźć coś wartego obejrzenia, po kilku kadrach zapadam w kamienny sen. Niegdyś przeszkadzał mi w zaśnięciu najmniejszy szmer, teraz mogą szeptać pod poduszką krasnoludki, mogą krzyczeć kocie orgazmy, mogą syczeć toksyczne myśli, nie przeszkadza mi w śnieniu nic.

W Japonii kwitną wiśnie. A mnie w głowie porwane od Milky gra.


I obiecałam, że w wolnej chwili zajrzycie TAM.
I może dodacie, dlaczego przychodzicie tu.

13 marca 2013

Niejednoznaczność barw..

I niby co z tego, że ludzkie oko ponoć rozróżnia coś koło siedmiu milionów kolorów, kiedy mój ślepy na barwy umysł potrafi nazwać dwadzieścia, maksymalnie trzydzieści. Zupełnie nie rozróżniam karmazynowego od czerwonego czy fioletowego, za to jestem stuprocentowo pewna, że bezbłędnie rozpoznałabym wiosenną zieleń, gdyby ta wreszcie się pojawiła. Jednobarwne paskudztwo zaczęło mnie męczyć wraz z chwilą swojego pojawienia się i choć przyznaję, że zima na zdjęciach zrobionych tysiące kilometrów ode mnie wygląda przepięknie, jej jednoznaczna białość męczy mi oczy. Nie lubię jednoznaczności; lubię, kiedy świat tryska wieloma znaczeniami. Zamiast postaci pompatycznie nieskazitelnych wolę dramatycznie wahające się. Są ludzcy w swoim kluczeniu między wyborami. Dlatego, wyrywając moją ocenę z historycznego kontekstu, bliższa jest mi postawa pełnego rozterek majora niż przekonanego o słuszności jedynej ścieżki kapitana. Inna rzecz, że nie umarłabym dla sławy i chwały; im jestem starsza, tym bardziej to wiem. Co więcej, im jestem starsza, tym mocniej paczy się mój gust. Zupełnie nie znam się na sztuce: nagradzane na festiwalach filmy o nieposklejanych wątkach uważam za co najwyżej mierne, podczas gdy zjechane przez krytykę obrazy uznaję za co najmniej interesujące. Domyślać się jedynie mogę, że poszukujemy w sztuce kompletnie innych barw.

9 marca 2013

W drobny mak..

Hurtem kupię każdą ilość choćby i przeciętnej jakości otwartości i będę ją bezlitośnie aplikować w zbyt wiele mózgów. Począwszy od idioty, któremu przez myśl przeszło zamykanie szkolnych bibliotek, skończywszy na tchórzu, który zażyczył sobie zgody rodziców na podpisanie przez pełnoletnich petycji o bibliotek niezamykanie. Właściwie mogłabym przeznaczyć całą zakupioną dawkę dla tych dwóch przypadków, reszta pacjentów, pozbawiona odgórnych przykładów, ogarnęłaby się prędzej czy później sama bez ingerencji z zewnątrz. Obawiam się jedynie, że potrzebna na zakup kwota przekroczyłaby moje zdolności agitowania do pieniężnej zbiórki (bo, umówmy się, nie stać mnie na samodzielne sfinansowanie takiej akcji), dlatego może raczej powinnam obłożyć wszystkie szkolne i domowe podłogi czymś miękkim, by szczęka, coraz częściej i częściej spadając na podłogę, nie rozbryznęła się w drobny mak.

W drobny mak robiła się dwa dni temu perspektywa ucieczki z pipidówki. Klamka zapadła, kredyt za chwilę zostanie wzięty, babciny domek popadnie w ruinę, ja wsiąknę w blokowisko. Po chwilowym zapaleniu się do budowy domu, zdecydowałam ostatecznie, że leniwi ludzie powinni mieszkać w miejscach, gdzie nie wymaga się od nich przycinania żywopłotów, rąbania drew na opał i uprawiania marchewki. Blokowisko mnie nie odstrasza: kameralne jest i do sklepów blisko; osacza mnie nadmierna ekscytacja mojej mamy, która w myślach przyszłe mieszkanie wedle własnych upodobań maluje, mebluje i modeluje. Szczęściem w nieszczęściu, rodzicielka trafiła mi się z gustem w tej materii nieprzeciętnym i do mojego zbliżonym.

Zdroworozsądkowo przymocowując się na stałe do miejsca mało lubianego, żywię naiwną nadzieję, że w drobny mak nie rozsypią się możliwości wyrwania się stąd do większych miast, gdzie zaczerpuję powietrza, które musi mi starczyć na kolejne tygodnie. Bo w pipidówce wszystko co złe jest możliwe. Z początkiem marca zostaliśmy odcięci od kolejnego gimnazjum i cenzuralnych słów mi brakuje, by opisać zdenerwowanie, które mnie ogarnia na widok z premedytacją nieporadnych działań. Nie, nie mogę skrzyknąć grupy, która zajęłaby się problemem za plecami zwierzchnika, bo ani się taka grupa spośród zastraszonych nie utworzy, ani sama egoistycznie nie mam ochoty nastawiać karku przed kimś, kto i tak zrobi swoje, a mnie wciągnie w swoją niezdrowo podjazdową grę.

3 marca 2013

Odrobina kosmosu..

Kiedy już polecę z milionerem Tito w kierunku Marsa, zastanowię się, czy warto na Ziemię wracać. Wprawdzie nigdy nie wiadomo, czy Marsjanie okażą się sympatycznymi istotami i czy marsjańskie powietrze nie będzie mi szkodzić, ale biorąc pod uwagę mój aktualny pęd do jakichkolwiek ucieczek, pewnie będę reflektowała. Przeszło mi niedawno przez myśl, że gdybym była pisarką światowego, lub choćby rodzimego, formatu, stanowiłabym niezłe źródło inspiracji dla motywu niespełnionej ucieczki. I chciałabym, i się boję. Odwieczny dylemat strachliwych dusz. Nieoczekiwanie jednak pojawiła się możliwość wygrzebania się z grajdołka i bynajmniej nie trzeba czekać do roku 2018. Wystarczy skorzystać z oferty życia i za pięć tysięcy funtów poślubić dwudziestoczteroletniego Pakistańczyka, którego zamiarem jest zdobycie unijnego obywatelstwa. Co prawda, po miesiącu czy dwóch - chyba że miłość nieoczekiwana buchnie - trzeba będzie zbierać manatki i wracać do kraju, jednak za zarobione na cudzym marzeniu pieniądze można wyjechać na Bora Bora i tam beztrosko koczować pod mostem, wypatrując mniej ryzykownych życiowych szans. Tymczasem, zamiast w kosmos, do Zjednoczonego Królestwa czy na wyspy gorące, byłam na koncercie bezboleśnie uzupełniającym kosmiczne luki w moim klasycznie muzycznym ja.



23 lutego 2013

Czarno - białe historie..

Kawa kreśli esy floresy nad garstką poplamionych zdjęć. Pod stertą pożółkłych firanek drzemały zapomnianym snem, opowiadając niesłyszalnie historie. O spacerze uliczkami w kolorze sepii. O dorożce wystukującej brukowany rytm. O czarnobrewych dziewczętach pośród morza wyblakłych róż. O szerokich uśmiechach przyciętych zębem czasu. O starannie wyprasowanych garniturach i teczkach pełnych ważnych pism. O sukienkach w łączkę i włosach upiętych w kok. O rzece nieopodal, o zasypanej śniegiem rzeźbie u stóp dalekich gór. O mężczyźnie, którego imię i nazwisko nie mówi nic a nic. O szkolnych ławach przytroczonych do podłogi z desek. O filiżankach herbaty i papierosach w spracowanych dłoniach. O wąsach zawadiackich i brodach spływających w dół. O rosochatej wierzbie rozszczepionej na pół. O zmianach zaognionych wiekiem, o przepaści czasu między tym, co wtedy, a tym, co dziś.  O twarzach wydrapanych z pamięci kilkadziesiąt lat wstecz. O dziecku, które kiedyś było mną.


19 lutego 2013

Zaszczucie

Wchodzisz. Przynajmniej zamierzasz. Nie przekroczysz szklanych drzwi zanim nie udowodnisz, że masz prawo tu być, nie wylegitymujesz się identyfikatorem, nie zostawisz podpisu w szczegółowo opisanej tabeli. Denerwujesz się. Nie, wcale się aż tak bardzo nie spieszysz, ale codzienna procedura, która powinna stać się obojętną ci rutyną, z dnia na dzień irytuje coraz bardziej. Sam nie wiesz dlaczego. Ot, taki malutki bunt. W głowie rodzą ci się niepotrzebne pytania. Czy jutro będziesz musiał zostawić odcisk kciuka? Czy pojutrze przejdziesz pomyślnie skan siatkówki? Wreszcie wchodzisz. Bez celu snujesz się korytarzem. Czujne oko kamery śledzi każdy twój ruch. Starasz się nie zwracać na siebie uwagi, ale co chwila ktoś cię zaczepia, wmanewrowuje w beztroski small talk, wrabia w nieskrępowany śmiech. Ukradkiem łypiesz na kamerę i widzisz jak niewidoczny operator monitoruje twoje sny. Wojeryści!, parskasz buńczucznie. Nie mają prawa cię za nie ukarać, nie wolno im postawić cię na środku i rozliczyć za wyobraźnię i wolną myśl. Rejestrują je jednak w nieskończenie pojemnej pamięci, by wyciągnąć na światło dzienne, kiedy już jesteś przekonany, że sformatowali przepełniony dysk. Wieczorem z uporem maniaka przeszukasz swój organizm, by znaleźć w niespodziewanym miejscu wmontowany w twoją duszę czip. Tymczasem woalujesz swoje myśli, wysyłasz je w bezpieczne rejony, pustką w oczach sugerujesz, że nieskażony nieprzeciętną myślą interesujący jesteś tyle co przydrożny pył. Stajesz w jednym szeregu z przyciętymi według schematu umysłami, jesteś jednym z wielu, z tłumu nie wyróżnia cię nic. Pamiętasz jeszcze, kiedyś wykazywałeś inicjatywę. Rozbiła się o niedziałające poczucie humoru i wstręt do niepohamowanej radości. Twoje pomysły były zbyt daleko idące, gwałciły horyzonty, ukrócały pożądany ład. Nie lubisz za to siebie, sprzedałeś młode ideały za święty spokój i miniaturowy zestaw płatniczych kart. Odganiasz dywagacje, koncentrujesz się na kieracie w formacie od - do. Wreszcie koniec, fajrant. Zanim wyjdziesz, odhaczają cię w tabeli i podejrzliwym wzrokiem odprowadzają twoją teczkę do drzwi. Poszerzcie ofertę o rewizję osobistą, zamierzasz sarknąć mimochodem, ale gryziesz się w język. Jutro musisz tu wrócić.

15 lutego 2013

Nieulotne wspomnienia..

Wyjazdy mi służą. Szczególnie te do miasta, w którym stężenie pyłu w powietrzu przekracza normę o 1086%. Oddycham tam nieskrępowaną piersią, beztrosko wdychając zanieczyszczenia i w ogóle nie tęskniąc za czystym powietrzem pipidówki. Wydaje się, że lepiej wypełniać płuca dymem niż pozornie czystym zaduchem. Szczególnie zaś istotne jest, że w tym mieście nasiąkam niespiesznym spokojem piwnych rozmów (jak dojdziemy do wprawy) po brzask, że tam znajduję zrozumienie u kogoś o życiorysie w wielu punktach bliźniaczym mojemu, i że ten ktoś potrafi skierować moje postrzeganie na inne tory i pomaga mi dostrzec inne perspektywy. I tak od bez mała dziesięciu lat.

Wyjazd mi służył. Wróciłam z koniakiem na głowie, trzema parami pasujących jak ulał dżinsów i dwoma filmami w pamięci. Oraz garścią nieulotnych wspomnień, które będą we mnie tkwić zdecydowanie dłużej niż wrażenia z "Nieulotnego", po którym spodziewałam się arcydzieła, a otrzymałam mnogość nietrzymających się siebie wątków i małość emocji, które mogłyby buzować, gdyby twórcy obrazu trzymali się wydarzeń z początku filmu zamiast szpikować go coraz nowymi motywami. Przesyt nie raził mnie natomiast w nasyconej momentami absurdalną teatralnością "Annie Kareninie", której wielu zarzuca dalekość od książki, co mnie zupełnie nie przeszkadza.

I kontynuując wątek: krem ze śluzem ślimaka Helix Aspersa przywiozłam.

2 lutego 2013

Łotewskie to i owo..

Kolejowy strajk niemal zaprzepaścił łotewskie wojaże. Misternie utkany plan najdogodniejszego dojazdu do stolicy wziął w łeb i musiałam się niemało nagimnastykować, by wydostać się na świat z dechami zabitego pipidówkowego dworca. Peronowy stres, wynikający z istnienia trzech różnych rozkładów jazdy wiszących sobie spokojnie w gablotach, przewyższył nawet obawę, że samotnie przedzierając się przez lotniskowe przeszkody w którymś punkcie postąpię źle.

Minus dziewięć na Łotwie jest zdecydowanie zimniejsze niż minus dziewięć w Polsce. Dwa i pół dnia organoleptycznych doświadczeń czyni ze mnie ekspertkę w tej dziedzinie. Dłonie przestały marznąć dopiero w wełnianych rękawicach, nogi w dwóch parach skarpetek marzły bez ustanku. Równie zimno było w leżącej nad zamarzniętą Dźwiną Rydze, w czasie sanny ośnieżonym lasem, w gondolowej kolejce na wzgórze po drugiej stronie rzeki Gauja i nad skutym lodem Bałtykiem.

Otoczona Austriaczką, trzema Niemcami i łotewską nauczycielką niemieckiego przesiąkłam językiem zza Odry i Nysy. Z moim wszędobylskim angielskim czułam się lingwistycznie upośledzona. Czas zabrać się za naukę niemieckiego, pod który podpięłam sobie nowo wymyślone marzenie. I czas odświeżyć rosyjski, w którym przegadałam kilka godzin podczas uroczystej kolacji, choć umiem w nim powiedzieć pięć poprawnych zdań.

Zdecydowanie chcę pracować w niemieckich szkołach, których dyrektorzy jodłują przy winie. Owszem, przyjmuję możliwość, że na co dzień w pracy są szefami upierdliwymi, wymagającymi i mają muchy w nosie, zafascynowana jednak jestem ich wyluzowaniem poza szkolnymi realiami. Moja dyrekcja nie potrafi wyjść ze sztywnego szablonu, swoim wiecznym naburmuszeniem psując pozaszkolne imprezy sobie i nam. W jej obecności na pewno nie śpiewałabym "Szła dzieweczka do laseczka" całkiem solo.

Oraz zjadłam ślimaka.

20 stycznia 2013

Wielobóstwo uzurpowane..

Bazując na teorii, że człowiek z wiekiem tyje bynajmniej nie wskutek tegoż wieku, a dlatego, że nabyty przez lata rozum, nie mieszcząc się w czaszce, spływa w dół, ustaliłam, dlaczego nieubłaganie głupieję. Dziewięć kilogramów w dół oznacza, że rozum cofnął mi się o jakieś dziewięćdziesiąt punktów IQ, kumulując się w obrębie niewielkiej mózgoczaszki. Przy odrobinie szczęścia wciąż jeszcze jestem na plusie, gwarancji jednak nie ma. Znów wokół mnożą się zjawiska, których nie ogarniam moim kurczącym się rozumkiem, a wśród których kluczę nieco na oślep, co rusz z impetem wpadając na nieprzebijalny głową mur. Zupełnie nie radzę sobie z bandą otaczających mnie ideałów-mucha-nie-siada. Gnębią mnie swoim nieskażeniem i przekonaniem, że są bogami; każdy w dziedzinie, w której ja bogiem nie byłam, nie jestem i nie będę, choć nurzam się w niej nieprzerwanie od siedemnastu lat. Znów coraz częściej wywrzaskuję swoją opinie wprost w ich boskie oblicza, nie mogę się jednak wyzbyć wrażenia, że jestem nieustannie ignorowana, a moje słowa giną w czarnej dziurze na linii ja - samozwańczy bóg. W wielu kwestiach różnimy się zbyt mocno, bo znaleźć najcieńszą nić porozumienia, są jednak obszary, w których nasze interesy wydają się być zbieżne. Tymczasem obrona tychże interesów przyjmowana jest zrzędzeniem głównie przez osoby, których interesy w tej sferze są moim jednakie, a moje słowa odbierane są totalnie na opak, choć artykułuję je w sposób zupełnie odmienny od bieżącej notki, czyli jasno i bez ukrytych między wierszami znaczeń. Jakiś czas temu postanowiłam, że w sprawach priorytetowych nie będę siliła się na eufemizmy i dyplomację, bo zbyt wiele razy moje słowa nie trafiały w miejsce przeznaczenia, a tu okazuje się, że sposób przekazu nie ma większego znaczenia, kiedy odbiorca chce usłyszeć z góry założoną treść. W związku z powyższym przekornie sprzeciwiam się ideałom, doszukując się dobrego w grupie nieodrysowanych od linijki, niewyszlifowanych, zadziornych dusz, które przypadły mi w sierpniowym przydziale. Widzę ich w różnych sytuacjach, przystawiam do własnej skali, porównuję z tymi, którzy zawsze wpasowują się w wycyzelowaną wizję i niedzisiejszą misję i myślę sobie, że lepiej mieć do czynienia ze spontanicznymi wariatami niż z autystyczną i snobistyczną nieskazitelnością, która żywcem pcha się do niebios bram.