21 października 2011

Unplugged, czyli ciemno wszędzie..

Na cztery październikowe dni cofnęliśmy się do czasów, w którym świeczka była nieodzownym elementem wyposażenia domostw. Przepalony kawałek kabla i dostaliśmy w prezencie kilka przegranych w karty wieczorów w pakiecie z zaczytanymi dniami. Pierwsi panowie elektrycy, z energetycznej interwencji, przyjechali w czwartkowy wieczór z bólem serca, mocząc auto w strugach deszczu, złorzecząc pod nosem na naszą upierdliwość i rozkładając bezradnie ręce, choć powinni poczuwać się do winy, mimo iż problem był jedynie pośrednio wywołany ich zeszłoroczną wymianą licznika. W piątek drugi pan elektryk wymówił się brakiem czasu, polecił nam jednak kolejnego speca, który pojawił się wieczorem, popsuł, co jeszcze zostało do popsucia, zakazał dotykania gniazdek pod karą śmierci i dał namiar na następnego w kolejce fachowca. Ten obejrzał awarię w sobotę, pogadał z nami o głupotach, zmartwił się, że będziemy musieli znosić narzucony przez złośliwość rzeczy martwych, rozświetlony płomieniem świec romantyzm do poniedziałku i zostawił nas sama na sam z piecem o wymuszonym obiegu i prądem zasilającym lodówkę w prezencie od sąsiadki. Jakoś przebiedowaliśmy niedzielę, racząc się koniakiem, którego w innych okolicznościach nie wzięlibyśmy do ust i niecierpliwie wyczekując poniedziałku, który miał przenieść nas z powrotem w XXI wiek. Tak też się stało: pracownik gadatliwego pana elektryka sprawnie rozprawił się z kabelkiem, zainstalował to i owo, byśmy wreszcie mogli cieszyć się dobrodziejstwami cywilizacji. We wtorek bladym świtem, zbudzony przez koty Duński postanowił wyżyć się krótkofalarsko - cóż, kiedy zawołał raz czy dwa, światło błysnęło nam na pożegnanie i poszło na kolejny spacer. Do wieczora siedzieliśmy jak na szpilkach, obawiając się, że pan elektryk o nas zapomniał: miał przecież przyjść po osiemnastej, gdy tymczasem mijała dziewiętnasta. Wszystko dobre, co się dobrze kończy: spec przyjechał, odkrył, że elektryk sprzed lat zrobił mu psikusa, instalując jeden drobiazg inaczej niż przewidują standardy i nareszcie rozjaśnił nasze noce, dnie i humory.
--
Chwilowo czarno widzę moje blogowanie - dostałam zlecenie tłumaczenia, obszernego i z terminem depczącym mi po piętach.

9 października 2011

Chaotyczne mruczando o inteligencjach..

Po jednym z ubiegłorocznych szkoleń, nudnym jak flaki z olejem i prowadzonym znów przez tą samą panią, która potwierdza jedynie moją zapożyczoną teorię, że jeśli ktoś jest od wszystkiego, jest do niczego, została mi w głowie refleksja, że posiadam inteligencję chaotyczną. Towarzysząca mi od pewnego czasu sieczka w głowie nie jest bowiem niczym nowym, a zastąpiła jedynie zwykle względnie poukładane rozchełstanie, które od biedy można by nazwać artystycznym nieładem, gdyby nie fakt, że moja inteligencja wizualno-przestrzenna równa jest niemal zeru. Przynajmniej tak by się mogło wydawać w pierwszej chwili i na podstawie dotychczasowych doświadczeń. Wyobrażenie sobie jakiejś przestrzeni i zagospodarowanie jej w myślach jest dla mnie co najmniej kosmosem: póki nie wymierzę, mogę mieć pewność, że dywan okaże się za duży, szafka za wysoka, a fotel za szeroki, dla mnie bowiem dwadzieścia centymetrów mierzy tyle samo co pół metra. Jednocześnie specjaliści tłumaczą, że ten aspekt ludzkiego umysłu może zahaczać o metaforyczne myślenie, co zdaje się do mnie niejako pasować, biorąc pod uwagę nieporządek z mojej głowie. Inteligencją powyższą na pewno jednak grzeszy majowe kocię, zwane Nikitą. Kocię dawno już straciło swoje kocięce rozmiary i zmieniło się w dość pokaźną kulkę rudo-białej sierści, która upierdliwie wpasowuje się w niewielką przestrzeń między moim ciałem, a laptopem, zawsze bezbłędnie wyliczając, jak mocno zwinąć kocie ciało, by całe zmieściło się na tej niewielkiej powierzchni. Zwinięty w mruczący kłębek Nikita dość skutecznie powstrzymuje mnie przed rozwijaniem największego z moich atutów, czyli inteligencji lingwistycznej. Błogosławieni ci, którzy wymyślili autokorektę, bo tylko dzięki nim ta notka nie jest naszpikowana literówkami wszelkiej maści, świadczącymi, że nie takam mądra, na jaką się kreuję. Nie da się jednak zaprzeczyć, że zabawę słowami lubię, nie tylko gadając jak najęta i wypisując tutaj swoje filozofie niemal od zarania moich internetowych dziejów, ale i składając wyrazy w niestrawialną sieczkę, co nie tylko mnie nie zawstydza, a wręcz bawi nieprzyzwoicie. Co więcej, specjaliści informują, że człowiek obdarzony w dużym stopniu inteligencją językową ma tendencje do pamiętania rzeczy mniej istotnych, co wydaje się być moją domeną. Często zapominam o rzeczach obiektywnie ważnych, podczas gdy magazynuję w głowie informacje pozornie błahe, aczkolwiek niezbędne do moich prywatnych szczęść i dobrych samopoczuć, które egoistycznie traktuję jako coś najistotniejszego na świecie. Ot, jestem niemal pewna, że jutro zapomnę oddać do sekretariatu listę uczelnianych wyborów moich tegorocznych maturzystów, za to do końca życia pielęgnować będę w pamięci piątkowy koncert Chóru Aleksandrowa. Nic to, że inteligencję muzyczną, wedle testu, mam najniżej rozwiniętą, akurat to muzyczne przeżycie z niewieloma się może równać. Nie ma więc większego znaczenia fakt, że tylko jedna, góra dwie piosenki kojarzą mi się z konkretnymi wydarzeniami ani że muzyki słucham od wielkich dzwonów, a i wtedy dość kociej, rosyjskiego chóru słuchałam już wcześniej z niekłamaną przyjemnością, na żywo zaś wywarł na mnie piorunujące wrażenie. Jeszcze kilka takich koncertów i zamiast wypisywać tutaj myśli, będę Wam je przekazywać śpiewająco. Albo chociaż mrucząco. Zupełnie jak Nikita.

Test można zrobić TUTAJ.


4 października 2011

Przedwyborcza sieczka w głowie..

Od ponad tygodnia mam sieczkę w głowie (wbrew tytułowi i temu, co poniżej, marginalnie polityczną), co skutkuje pustką tutaj i ciszą u Was, ale wczorajszy test znaleziony TUTAJ i czym prędzej dla śmiechu zrobiony, dał mi kapkę do myślenia. Co więcej, potestowe moje myśli wędrują dokładnie tym samym tropem, którymi podążały po obejrzeniu telewizyjnej dyskusji poświęconej kulturze, która sieczką była jeszcze intensywniejszą niż bajzel w mojej głowie, i która do wniosków nie prowadziła żadnych, bo wszystko i tak rozbija się o pieniądze albo o rozbieżność w definiowaniu kultury przez wielkie K, którą to, jak trafnie zauważył jeden z dyskutantów, przekuwa się z kultury wysokiej na kulturą pokazową, czyli tą z wielką pompą i wieloma gośćmi, którym wypada się pokazać, czyli tropem myśli jednego z polityków, z którym nadzwyczaj często się zgadzam. Być może głównie dlatego, że formułuje on myśli bezpośrednio, nie owijając ich w poprawną politycznie bawełnę, ta bowiem mi już bokiem wychodzi na własnym podwórku, jestem więc kawy na ławie złakniona niczym kania dżdżu. Wiadomo, polityk zawsze pozostanie politykiem i bezpośredniość tego pana może być chwytem wyborczym równie sprytnym jak spacery od domu do domu i mówienie słuchaczom wszystkiego, co słuchacze chcieliby usłyszeć w wykonaniu lokalnych polityczków, jednak na dzisiaj tego pana słuchać lubię. Jednocześnie na lubieniu skończyć się może.

Ten sam pan wygrał nasze szkolne, uczniowskie wybory, co mnie w ogóle nie zdziwiło - ba, tego właśnie się spodziewałam, - a co rzekomą głupotą oburzyło kilka osób z grona nauczycielskiego. Zupełnie tego oburzenia nie rozumiem: skoro dajemy młodzieży szansę wyrażenia własnych politycznych przekonań, powinniśmy je uszanować, nawet jeśli wiemy, że część oddanych głosów była jajcarską zagrywką. Zawsze istnieją młodzi ludzie, którzy świadomie dokonują swoich wyborów, interesując się polityką dużo bardziej niż, na przykład, ja sama i gdybym w polityczną dyskusję się z nimi wdała, pewnie znaleźliby masę argumentów nawet jeśli nieprzekonujących mnie do konkretnego wyboru, ale zmuszającego mnie do uszanowania inności. Zresztą, w polityce ciężko w ogóle szacować przed faktem, który wybór jest dobry, a który nie najlepszy: najwięcej wychodzi w praniu. Kolejne zresztą, ciekawi mnie, czy gdybym ja zagłosowała na wyżej opisanego pana, niektórzy moi koledzy z pracy równie głupim by mój wybór nazwali?

Jak wspomniałam wyżej, w związku z owym panem niczego przesądzać nie zamierzam i pewnie decyzję podejmę przy urnie, odkąd jednak uzyskałam prawa wyborcze, jestem wierna jednemu ugrupowaniu. Wierność ta niejeden raz wywołała rozdźwięk w rodzinie, bowiem (pseudo)politycznym sercem stoję po przeciwnej stronie barykady niż moi rodzice. Zresztą, i im do siebie dalej niż bliżej, choć teoretycznie tą samą stronę politycznie obstawiają. Nic to, niezależnie od tego, czy moja wierność się pokusom oprze, czy runą jej ostatnie bastiony, na głosowanie pójdę. Tak jak za, bodajże, drugim razem, kiedy musiałam specjalnie do rodzinnej pipidówki (innej niż obecna) dotrzeć, a to niełatwa była sprawa w czasach niekomórkowych i w sytuacji, kiedy (identycznie jest dziś) stacja kolejowa od miejscowości oddalona jest o sześć kilometrów, a żaden inny środek transportu nie łączył moich dwóch pipidówek. I tak jak całkiem niedawno, kiedy się z zajęć musiałam zwolnić, by na wybory zdążyć. I jeszcze jak w połowie drogi zastał mnie deszcz tak intensywny, że do lokalu wkroczyłam niczym zmokła kura. Mówię sobie, że w większości przypadków głosować warto, choćby z najprostszego z powodów: bym miała prawo narzekać, a jako rasowa Polka, narzekać nad wyraz lubię.

Nie do końca wiedząc, na kogo zagłosuję, wiem świetnie, na kogo głosowała nie będę. Na pewno z miejsca wyeliminuję konkretną kandydatkę, która i tak szanse ma małe, będę jednak miała satysfakcję, że dzięki mnie się jeszcze choć odrobinę zmniejszą. Panią tą bowiem "złapałam" na tłumaczeniu się, że startuje z jednej z partii tylko dlatego, że z którejś listy startować trzeba, a tak naprawdę to ona się z programem tej partii nie zgadza jakoś szczególnie. Zupełnie nie interesują mnie polityczne zapatrywania owej pani, jednak podobne wyznania są dla mnie ewidentnym dowodem, że najważniejsze w tym całym zamieszaniu jest złapanie swojego kawałka tortu, bez względu na sposób dotarcia do celu. W tym miejscu dodam też, że, chodząc na wybory sumiennie, świadomie zrezygnowałam z uczestniczenia w nich, kiedy przyszło mi wybierać między mniejszym a większym złem. Niektórzy widzą sens w takich wyborach - ja nie. W życiu człowiek nie ma wyjścia, w politycznej ruletce można sobie czasem pozwolić na wagary.