29 stycznia 2011

Lalki o syreniej duszy..

Nigdy nie lubiłam lalek, nawet jako najmniejsza dziewczynka. Wtedy bowiem, jak już kiedyś wspominałam, wolałam być chłopcem i od Mikołaja dostawać wypasione wozy strażackie, jakie dostawał mój młodszy brat. Nic z tego, dostałam wtedy wielką lalę, płaczącą i wołającą mamę, której nigdzie nie było. Nie przypominam sobie, bym się nią bawiła, pewnie rzuciłam w kąt, a ponieważ rzucałam roniąc krokodyle łzy za strażackim wozem, nie pamiętam w który. Pamiętam za to świetnie żal, który czułam do rodziców, kiedy wyprowadzaliśmy się z miejsca, gdzie za domem stała chatka na kurzej łapce i gdzie czarna wołga dzień w dzień porywała jakieś dziecko, grzeczne czy niegrzeczne, nie sprawiało kierowcy różnicy. Żal na pewno po części wywołany był opuszczeniem magicznego miejsca dzieciństwa, jednak zawód był tym większy, kiedy po przyjeździe do babcinego domku - do którego zresztą wróciłam po latach i wciąż tu jestem - okazało się, że w starym miejscu został mój ukochany miś, być może leżący gdzieś w kącie, być może zakurzony, z jeszcze smutniejszymi oczyma niż codzienne (bo mój miś miał najsmutniejsze oczy świata, za co kochałam go bezgranicznie), a być może - nie daj Boże! - spalony bezlitośnie w wielkim piecu, który musiał ogrzać dwa przyległe domki, nasz były i sąsiadów, których w ogóle nie pamiętam, choć bywali u nas często i gęsto. Z nowymi sąsiadkami w babcinym miejscu bawiłam się w sklep, w podchody, w łażenie po miejscach niebezpiecznych, gdzie ścinano drzewa sięgające chmur, by zrobić prześwit na nową drogę, nie bawiłam się wcale lalkami. Ale w pokoju babci, do którego dzieciaki wstęp miały rzadki, żeby tam pobojowiska nie zostawić, była lalka. Miała czarne włosy, krzykliwie namalowany ręką ciotki makijaż, ostro zarysowane brwi, krwiste usta, ubrana w czarny komplet, spodnie i bluzkę, i niebieską pelerynę. Tajemnicza, dorosła, niegumowa, nieszmaciana, a z jakiegoś tworzywa sztywnego i nieprzyjemnego w dotyku, bo nie uginało się, nie dało się przytulić. A może, zasugerował Duński, z porcelany była. Nieistotne w tej chwili. Ważniejsze, że chyba się jej bałam, tych nieprzyjaznych oczu, sztywności w postawie i fakturze. I ta lalka jednak, druga i ostatnia w moim życiu, się gdzieś zapodziała. Może leży zapomniana w szafie, w której poskładałam babcine klamoty, bo wyrzucić ich nie mam serca.

Skąd pomysł na powyższe wynurzenia? Wczoraj natknęłam się na lalki tworzone przez panią Lidię Snul. Przypominają mi tą babciną, choć ona była dystyngowana, nieruchomo siedząca, gładka, wymuskana wręcz, one zaś są powykrzywiane, mają poskręcane ciała, zranione spojrzenia, mają dusze syren, bo intrygują, przerażają i noszą w sobie tajemnicę - tak mówi sama artystka. Nie są dla dzieci, też bym ich pewnie w dzieciństwie nie lubiła, wtedy lubi się zwykle rzeczy śliczne. Teraz mnie zachwycają swoją w gruncie rzeczy brzydotą, innością, są bowiem dla dużych już dziewczynek, w których wywołują niesprecyzowane wspomnienia twarzy, które gdzieś na drodze życia mignęły, wtarły się w świadomość i pożeglowały w swoją stronę. Wiem, że ich twarze już widziałam. Nie pamiętam, gdzie, ale ten urywek wspomnienia sprawia, że są mi bliskie. Moja znajomość z nimi dziwić jednak nie powinna, inspiracją dla pani Lidii były głównie, ale nie tylko, rosyjskie baśnie, bajki i legendy.

Kto chce obejrzeć kolekcję, klika TUTAJ lub TUTAJ.


Lalka stworzona przez panią Snul
--
and HERE is a riddle for you to solve

25 stycznia 2011

Surrealizmu odsłon kilka..

KLIK, bo mi się podoba, i bo też z deka irracjonalne

Czasem odkrywamy, że znaleźliśmy się w sytuacji z pogranicza realizmu. Jak kilka dni temu, kiedy Onet anulował dzień dzisiejszy i przerzucił mnie bezlitośnie w dawno już zapomniane wczoraj. Zniknęła notka, zniknęły komentarze, zostało jedynie to, co zostało napisane w przeddzień. Ot, w jednej chwili, bez maszyny do przenoszenia w czasie, bez urządzenia do handlowania czasem. O handlu czasem aktualnie czytam i uczucia mam mieszane. Nie wiem, czy wynalazek Wuja Franka (z książki Handlarz czasem Tomasza Jachimka) przynosi cokolwiek dobrego, prócz pomieszania z poplątaniem. Niby fajnie dokupić sobie kilka godzin soboty czy wydłużyć trwanie innych przyjemnych chwil, jeszcze lepiej skrócić znienawidzony poniedziałek do kilku godzin i jeszcze na tym zarobić, sprzedając niechciany poniedziałkowy czas jakiemuś zaganianemu biznesmenowi, ale chaos powstały wskutek zamieszania - bo co dla jednego jest piątkiem w południe, dla drugiego jest poniedziałkiem rano, dla trzeciego jeszcze środą w nocy - sprawia, że gra jednak nie jest warta świeczki. Poukładanie okazuje się wtedy nie być ograniczeniem, a wybawieniem jest z opresji notorycznej niewiedzy, jaki właściwie mamy dziś dzień. Opresja taka średnio miła być potrafi, a wiem, co mówię, nie pracując bowiem w ferie, miewam surrealistyczne dość wrażenie zlania dnia z dniem, podczas gdy cała reszta nienauczanego i nienauczającego świata funkcjonuje według dawno ustalonego podziału czasu. W sobotę, przykładowo, musiałam dzwonić i odwoływać lekcję dawno zaplanowaną, bo zupełnie z głowy mi wyleciało, że to już sobota i tłumaczyć się musiałam głupio, że w czasie ferii nauczyciel innym rytmem żyje, dlatego oprzytomniał dwie godziny przed lekcją, kiedy już za późno było na kreatywne stworzenie potrzebnych materiałów. Wczoraj za to, gdy na lekcję szłam, czułam się całkowicie sobotnio, niczym rasowa klientka Wuja Franciszka. Owszem, jeśli o powody odwołania zajęć chodzi, mogłam wymyślić historyjkę mniej kompromitującą moją pamięć doskonałą, acz niezajmującą się pierdołami. O, na przykład o tym, że na stypie byłam, że siedzieliśmy w smutku, kontemplując miałkość, marność i krótkość życia, w tle, na wielkim telebimie zaś pokazywano afrykańskie tańce plemienne. I ktoś, z głupia frant, poprosił mnie, bym zatańczyła, a ja, niewiele myśląc, wyginałam ciało śmiało w paroksyzmach radości połączonej z odurzeniem jakimś na co dzień niedoświadczanym. Powyższe snem było, oczywiście, sny czasem jednak poza swoje ramy wychodzą i gnębią nas swoim irracjonalizmem, wprowadzając w zdumienie, niezrozumienie, odrętwienie nawet. W irytację, przygnębienie, depresję czasem, ale i powodując, że śmiech pusty nas ogarnia. Jak wtedy, kiedy okazuje się, że w nazwie polskiej grupy krótkolafarskiej nie wolno użyć słowa "sekcja", kojarzy się ono bowiem z katastrofą smoleńską. Nieco z tropu zbita, pytam Duńskiego o powody takiej interpretacji i słyszę, że o sekcję zwłok chodzi. Podobnie niewskazane okazuje się użycie słowa "oddział", które przywodzi na myśl szpital psychiatryczny. Może panowie grający w skojarzenia nie powinni nadużywać, popularnego skądinąd w wyżej wymienionych kręgach słowa "zamek", bo ono rozporek może na myśl przywieść, a ten najprzyjemniej się nie kojarzy, bowiem rozpinamy go zwykle w wiadomym celu. To pokazuje, że surrealistyczne odczuwanie nie wymaga dziwnych sytuacji. Wcale nie musi być jak w tym filmie, który widziałam kilka dni temu, a w którym policja, pokazując wdowie kawałek kończyny zapakowanej w plastikowy worek, pyta ją, czy to może być stopa jej być może świętej pamięci małżonka. Kobieta waha się, więc policjant prosi, by pokazała przyniesiony but. Stopa zostaje wyjęta z opakowania, wsunięta w but, a potencjalny sprawca morderca, który świadkuje całej sytuacji, pyta, czy nie powinni założyć na stopę skarpetki. I wcale nie musi być jak z tym kotem o imieniu Tabby Sal, którego powołano na ławnika w sądzie w Bostonie, i nawet zaświadczenie od weterynarza nie przekonało wymiaru sprawiedliwości, że trochę śmiesznie, kiedy kot zostanie sędzią przysięgłym. Okazuje się bowiem, że zaawansowana w swojej paranoi amerykańska poprawność polityczna nie pozwala dyskryminować nikogo, nawet tych, którzy angielskim władają słabo bądź wcale, choćby i kotami byli. Nie, aż tak ekstremalne wrażenia nie są konieczne. Ja czasem czuję się jak wyjęta ze snu w momentach bardzo oczywistych. Ot, choćby, kiedy siedzę u fryzjerki, a ona leniwie wmasowuje mi szampon we włosy. I kiedy Duński plecie mi w włosów warkoczyki, których później nijak rozplątać nie mogę. I jeszcze kiedy jadę samochodem po drodze wiodącej w górę, a potem raptownie w dół. Wtedy czuję ciarki w mózgu i jest tak, jakbym stała z zamkniętymi oczyma na dachu świata. Jest euforystycznie, choć powody do euforii w gruncie rzeczy miałkie, a i surrealizm sytuacji mocno naciągany. Jednak jest w tych drobinach życia coś z pogranicza snu, w którym tańczyłam ów afrykański taniec plemienny na stypie. Akcja inna, ale emocje zbliżone, z tym samym smeraniem gdzieś pod czaszką.

21 stycznia 2011

Pod małą chusteczką..*

Są sytuacje, kiedy bierzemy miotłę i pod dywan wmiatamy sprawy niechciane i naszym oczom nieprzyjemne. Uklepujemy je starannie, przydeptując nogą, podmiatając wystające tu i ówdzie członki. Po jakimś czasie truchło problemu się rozkłada, szkielet zmienia się w proch, milknie gwar nad tym dywanem, sprawa rozchodzi się po kościach i choć smród często jeszcze długo unosi się nad kurhanem niemiłych wspomnień, wietrzymy pomieszczenie aż i on odejdzie w zapomnienie. Są oczywiście uparte trupy, które albo nie chcą się zmieścić pod dywan, co rusz wystawiając którąś z kończyn, albo rozłożyć się nie chcą, choć najmujemy armię robaków, by rozpierwiastkowały upiora. Dywan się wtedy wybrzusza, co rusz potykamy się o wypukłości, czasem nawet padamy na kolana, a dłonie znajdują oparcie na wystającym piszczelu, palce klinują się między żebrami, zapadają w oczodoły. Czaszka trupa szczerzy do nas łyse zębiska, igrając z naszą chęcią zatuszowania tego, co brzydkie.

Zdarza się też, że niepotrzebnie nawinie się świadek naszego zamiatania. Patrzy nam uważnie na ręce, śledzi poczynania, które z założenia mają być zwinne niczym jaszczurki, a pod nieprzychylnym spojrzeniem stają się niezgrabne i ociężałe, i dociera do nas, że coś, co chcieliśmy zachować jedynie dla siebie, stało się tajemnicą poliszynela, roztrząsaną niczym sensacja pierwszej wody, rozkładaną na czynniki pierwsze i obiegającą lokalny świat w tempie, którego pozazdrościć mogą skrupulatne trupie robaki. Wciąż ktoś szepcze za naszymi plecami, ktoś inny nas wzrokiem świdruje na wylot, jeszcze ktoś chodzi za nami krok w krok, czyhając na chwilę, w której uchwyci niefortunny moment wyślizgnięcia się upiornego ścierwa spod dywanu, sprzeda nas żadnemu krwi otoczeniu, a ono rozszarpie nas w drobny mak i zamiecie okruszki pod dywan. O ile wcześniej nie sczeźniemy pod pręgierzem wyrzutów własnego sumienia.

Francuzi zaś przykrywają problemy małą chusteczką. Jakież to subtelne, zupełnie nie kojarzy się z truchłem w szafie, w małą chusteczkę nie da się bowiem trupa zawinąć, wynieść, w ustronnym bagnie utopić. Haftowana, lekka, delikatna miękko otula najbardziej drażliwy fragment problemu, łagodzi jego kanty, wa gdy wypuszczamy zbyt długo zatrzymane w płucach powietrze, chusteczka zsuwa się sprawiając, że musimy stanąć z naszym demonem twarzą w twarz. Jakkolwiek bowiem byśmy nie kombinowali, nie da się malutkim skrawkiem materiału zakryć ogromu i od groma problemów. Ot, jedynie niewielkie smutki zatruwające regularnie egzystencję, zawiedzione nadzieje, rozwiewające się w miarę upływu lat nadzieje (Joanna Orzechowska w Filmie). Tak niewiele, a jakby cały nasz świat.
--
*inspirowane filmem Guillaume Canet'a pt. Małe chusteczki

15 stycznia 2011

Obłęd udzielony..

Istnieje teoria, że kiedy człowiek o zrównoważonym spojrzeniu na życie zbyt długo przebywa w towarzystwie paranoika, sposób myślenia szaleńca udziela się i rozsądny przekształca się w niemal obłąkanego. Szczęście polega na tym, że ów rozsądny od paranoika odstawiony, powraca na swoje wcześniej wytyczone tory i obłęd znika jak ręką odjął. Szczęście powyższe jest również szczęściem moim, wydaje się bowiem, że od września powoli jestem wikłana nie tyle w obcowanie z szaleńcami sensu stricto, ale na pewno wplątać się dałam w sytuację zupełnie dla mnie paranoidalną. Obłęd nie polega wcale na fakcie istnienia zjawiska, raczej na jego skali, na ogromie emocjonalnego ładunku, na przerabianiu igieł w widły. Pociesza mnie fakt, że obłęd udzielił się nie tylko mnie, a i reszcie zainteresowanego otoczenia. I teraz latamy sobie jak z piórkiem w tyłeczkach, rozplątując zaplątane bądź plątając niesplątane, prostując skrzywione czy też krzywiąc wyprostowane, wyjaśniając niejasne albo zaciemniając rozjaśnione - wedle uznania i perspektywy spojrzenia.

Ale o co chodzi?, pewnie zadajecie sobie pytanie. O studniówkę, moi drodzy. O bal, o którym huczy w szkole już od połowy września, jakby bardziej priorytetowe kwestie w ogóle nie istniały, spychane na bok przez nierozwiązywalne problemy partnera w polonezie, koloru wstążeczki, wyboru między lazanią a żurkiem i kroju bielizny. Ja wiem, że to bal dla większości ważny, pierwszy dorosły, wypełniony przyszłymi wspomnieniami; bal, który ma być perfekcyjny, bo wszystko to przecież dla mojego dziecka, więc musi być jak w marzeniach, niczym trzy wesela w jednym. Gdzieś po drodze jednak umknęła świadomość, że organizując imprezę dla ponad setki maturzystów, nie da się uniknąć musu pójścia na kompromis, nie istnieje bowiem sposób pozwalający na spełnienie marzeń każdej panny i każdego kawalera. W ferworze przygotowań zgubiła się też myśl, iż negocjacje to rozmowa, a nie narzucanie niekłótliwej mniejszości zdania przez bardziej krzykliwą większość. Przyjemnie pozytywny jest fakt, że im bliżej balu, tym zgrzytów jest coraz mniej. A może to tylko ja ich nie przyjmuję do wiadomości, odsuwając się od rozgardiaszu, by uleczyć się z obłędu udzielonego. Mam bowiem nadzieję, że dziś nic nie zakłóci zabawy. Nawet on, a może zwłaszcza on.

16 stycznia
Obłęd został za drzwiami lokalu. Nie obyło się bez formalnych zgrzytów, bo tu i ówdzie pojawił się przestój, bo tam czy siam nie powinno być kartki, bo tak czy owak nie powinny paść pewne nazwiska, ale za to polonez wyszedł jak zwykle cudnie, dziewczęta w zdecydowanej większości wyglądały dziewczęco, a panowie męsko. Obyło się też bez sytuacji krępujących obie strony. Usłyszałam od moich dzieciorków wiele ciepłych słów, co było przemiłe, ogłuchłam też od wyśpiewanego prosto do uszu najgłośniejszego Sto lat w moim krótkim życiu. Stwierdzam jednak po raz kolejny, że to nie lokal, dość wyszukany i daleko położony, tworzy atmosferę, a kreują ją ludzie. Być może jeszcze zbyt mało czasu upłynęło, czymże jest bowiem tych kilka godzin, ale z rozrzewnieniem wracam myślami do balu mojej poprzedniej klasy, w sali dla tylu osób za ciasnej, nie pierwszej nowości i nowoczesności, z jeszcze większym sentymentem wspominam moją własną studniówkę w szkole, na korytarzu wystylizowanym naszymi własnymi rękoma na smoczą jamę. Mam nieodparte wrażenie, że przez wszystkie te wymyślne miejsca, niewymyślanie i nieuczestniczenie w dekorowaniu sali, ustawianiu stolików, dmuchaniu balonów, przypinaniu girland, ginie gdzieś poczucie satysfakcji, że fajnie jest się spotkać przed balem, poznać osoby towarzyszące zanim zasiądzie się za stołem, spędzić ze sobą czas w sytuacji dość nietypowej. Wszystko podane jest na tacy, wszystko opłacone, nic samodzielnie niewykreowane. Szkoda, pamiętam, jaką frajdą było tworzenie smoczego domu z moją licealną klasą, jaką przednią zabawą było przekomarzanie się w czasie przypinania dekoracji z moimi pierwszymi wychowankami. Takie chwile łączą, podanie na tacy blazuje.

Kto chce poznać moje koty, klika TUTAJ.

8 stycznia 2011

Tęsknota, czyli postudiowałabym jeszcze..

Lubię jeździć do miasta, w którym chodziłam do liceum do klasy - uwaga! - biologiczno-chemicznej, i w którym studiowałam, choć to miasto raczej prowincją niż metropolią pachnie. Lubię pójść do jednej z dwóch ulubionych kawiarni, zamówić białą, zanurzyć się w książce, popatrzeć na ludzi. Lubię przypomnieć sobie czasy nieodlegle studenckie, kiedy zdarzało nam się ulec pokusie ciastka i kawy, i nie iść na wykład studenta usypiający. Miałam szczęście nie mieć wielu takich, mimo iż szkółka, szumnie zwana studiami, renomy wielkiej nie miała. Ba, nie miała jej wcale, była raczej przechowalnią dla nierobów i wylęgarnią magistrów wątpliwej jakości. Do szewskiej pasji doprowadzała mnie roszczeniowa postawa "płacę, więc wymagam, od innych, od siebie w żadnym razie". Jestem zdania, że nie każdy musi studiować - magistrów i tak mamy zatrzęsienie, więc jeśli ktoś nie znajduje przyjemności w zdobywaniu wiedzy, nie warto się mordować dla owczego pędu. Tym bardziej, że finansowa gratyfikacja za posiadanie tytułu nie zawsze rekompensuje kilkuletnią nudę i stres kombinatorski. Tak czy owak, zbywając milczeniem generalny poziom uczelni, doceniam, że spotkałam tam co najmniej czwórkę ludzi, którzy wypełnieni byli/są pasją, namacalną, zaraźliwą.

Jest wśród nich starszy pan w wyciągniętej bluzie, w wytartych sztruksach, z wiecznie zmierzwionymi włosami. Na pierwszy rzut oka taki nieporadny, taki nieogarnięty, z myślami potarganymi jak przerzedzona i posiwiała fryzura. Kiedy zaczyna mówić, nieliczni obecni wstrzymują oddech, słowa przenoszą ich w świat sprzed kilkunastu, kilkudziesięciu lat, sprzężony ze światem teraźniejszym. Pan lubi dyskutować, słucha studenckich argumentów, żyje nie tylko tym, co kiedyś, żyje aktywnie i tym, co teraz. Pan jest poetą, prozaikiem, eseistą, tłumaczem literatury francuskiej, anglosaskiej, niemieckiej (wg Wikipedii), członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Jest odrobinę na początku nerwowy, ale rzeczowy i kompetentny wykładowca literatury, a jednocześnie niesłychanie pomocny promotor mojej pracy, który naprowadza na właściwe ścieżki, jednocześnie pozostawiając studentowi swobodę pisania. Tego promotora wszyscy nam zazdroszczą, bo kobieta nadzorująca działania drugiej grupy zmienia zadanie częściej niż lowelas obiekty pożądania, a profesor opiekujący się trzecią grupą pozostawia tyle wolnej ręki, że na dobrą sprawę człowiek nie ma pojęcia, czy pisze na temat, czy zupełnie poza. Jest też profesor ukraińskiego pochodzenia, o historii mówiący tak, z akcentem tak mnie na łopatki kładącym, że słuchać go mogę godzinami i zawsze dziwię się, że już wykład dobiegł końca. U niego chciałam pisać pracę, miałam już temat wymyślony, w głowie ułożony; niestety, zbyt wiele zachodu wymagałoby dostanie się na seminarium do grup o innej specjalności. Mogłam próbować, ale forma pracy zaproponowana przez mojego ostatecznego promotora odpowiadała mi niezmiernie. Wracając do mojej wyliczanki, jest wreszcie wykładowca na co dzień nauczający w Kanadzie, starający się przybliżyć nam fascynujący świat antropologii. To żaden teoretyk, to człowiek, który zjeździł świat, badając zwyczaje ludów, o których istnieniu przeciętny zjadacz chleba nie ma bladego pojęcia. Jeśli na którymkolwiek wykładzie siedziałam z otwartymi ustami, na zajęciach z antropologii właśnie.

Dzisiaj, siedząc nad kawą w moim studenckim mieście, zatęskniłam za czasem, kiedy w co któryś weekend pędziłam na uczelnię, spotykałam ludzi o podobnych pasjach, o zbliżonej wrażliwości, z którymi zgadzałam się i spierałam. Choć często gęsto byłam niewyspana, choć denerwował mnie uczelniany nieład i niejednokrotnie irytowała studencka ignorancja, choć niejeden raz zżymałam się na zawyżanie ocen, przepuszczanie wszystkich ciurkiem, chciałabym tam wrócić. Tam, czyli na studia. Choćby i w szkółce zwanej szumnie uczelnią. Bo to miejsce sprawiło, że znów mogłam uczyć się tego, co sprawia mi niekłamaną przyjemność. Po kilkunastoletniej przerwie byłam pełna obaw, że mam zbyt wielkie zaległości, że obcowanie z językiem na poziomie licealnym cofnęło mnie do etapu miernej studentki, że ludzie, którzy nie mieli dziur w studiowaniu, okażą się mieć wiedzę na poziomie zdecydowanie moją przewyższającym. Strachy na lachy, dałam sobie świetnie radę i dałabym raz jeszcze.

To co? Historia anglosaska czy antropologia? Tak, na razie, teoretycznie.

5 stycznia 2011

Mord w myśli, mowie, wciąż nie uczynku..

KLIK w kota pana Simon'a

Jeśli moje koty dożyją dnia kolejnego, to znaczy, że mam anielską cierpliwość.

Wydaje się, że moje futrzaki są zdolne jedynie pochłaniać, co doprowadza mnie do powolnego bankructwa, wydalać, co zapewnia mi całodobowy etat społecznej babci klozetowej, i szaleć bladym świtem, co procentuje wzmożoną zawartością żądzy mordu w moich myślach, mojej mowie, niedługo uczynku. Jeszcze kilka zarwanych nocy, jeszcze dwa czy trzy półprzytomne dni, a każdy sąd obdarzy mnie łagodnym wymiarem kary, ponieważ bez trudu udowodnię, iż działałam w afekcie.

Koty moje złośliwe są nad wyraz. Przed świętami, kiedy, chcąc nie chcąc, musiałam zrywać się przed wschodem słońca, grzecznie spały razem ze mną, budząc się wraz z brzęczeniem budzika i wtedy dopiero rozpoczynały radosne harce. Wprawdzie fukałam na nie srogo, bo po co miały Duńskiego budzić, gdy nie było takiej potrzeby, ale on wydaje się mieć sen kamienny, z którego nawet wojna nuklearna nie byłaby w stanie go wybudzić.

Wraz z nadejściem świąt, okresu wzmożonego wypoczynku i zwiększonej ilości snu, bestie zaczęły budzić się równocześnie z pierwszymi promieniami słońca, albo raczej wraz z ostatnimi przebłyskami księżyca, urządzając sobie gonitwy z przytupem, miauczeniem, warczeniem i zestawem innych, równie śródnocnie denerwujących, efektów dźwiękowych, skutkiem czego musiałam zwlekać się z łóżka i stosować groźby słowne. Póki srogi mróz nocą trzymał, nie miałam serca wyrzucać słodkich skądinąd diabląt na dwór. Wreszcie jednak moja cierpliwość wkroczyła w stadium terminalne, a wtedy zaczęła się zabawa w kotki i myszkę, tylko role nieco się odwróciły.

Zuza, Tina, Franc i Kitajec, jak przystało na naiwne koty, grzecznie wybiegają za mną na ganek, kuszone kawałkiem czegokolwiek bądź wyobrażeniem, że cokolwiek dla nich niosę. Saga, do której słabość mam na jej szczęście największą, nie daje się tak łatwo wpuszczać w maliny. Przyczajona, bo tchórz z niej większy niż z zająca w szczerym polu, czeka w cieniu aż smakowity kąsek upoluje w kuchni, ani myśląc wychodzić z domu, żeby jej dupka zmarzła. Rzucam jej więc to czy owo dla świętego spokoju i kładę się spać. Oczy już mi się przymykają, już prawie całuję się z Hypnosem, kiedy rozlega się wredne drapanie: to kocica przypomina o swoim istnieniu. I zabawa rozpoczyna się od nowa. Bo Sagi złapać się nie da, kiedy ona nie ma na to ochoty.

Najgorsze w powyższym jest to, że ona tak naprawdę chce wyjść na dwór, w odróżnieniu od wkręconej przeze mnie pozostałej czwórki, tylko śmiałości nie ma przekroczyć progu. Kiedy tylko bowiem uchylę drzwi na korytarz, zaraz chyłkiem drepcze za mną i wzrokiem stara się wypalić w drzwiach wyjściowych dziurę. Uchylam więc wrota do ciemności, ale Saga wyjść nie może, bo w progu od razu pojawiają się inne koty, a przecież niedotykalska księżniczka nie przepchnie się przez motłoch, stoimy więc na korytarzu, czekając na wyjście z impasu.

W międzyczasie ja wybudzam się zupełnie. Po kilkuminutowym przekomarzaniu się, wszystkie zwierzaki są za drzwiami, albo przed drzwiami, zależnie od stężenia mojej empatii, a ja wracam do łóżka. I leżę, i się przekręcam, i myślę o tym czy owym, i tu mnie swędzi, tam uwiera, i liczę barany, i wymyślam niestworzone sposoby w sen zapadnięcia. Rankiem zaś wstaję nieprzytomna i do pracy niezdolna. Idę jednak, bo dyrekcja, zupełnie nie wiem dlaczego, nie chce uwzględnić usprawiedliwienia od mamy.

Podczas pisania notki, w czasie ją poprzedzającym i w czasie po niej następującym żaden kot nie poniósł uszczerbku na zdrowiu ani fizycznym, ani psychicznym. Ewentualnych zacietrzewionych obrońców zwierząt zapewniam, że moje koty są jak pączki w maśle, co widać na załączonym obrazku:

1 stycznia 2011

Zgrzyt, czyli noworoczne wierszoklectwo..

koniecznie KLIK

zgrzyt/
fatum przekręca klucz,
drzwi stają otworem/przed tobą drabina
ku szczytom, dolinom/górą suną
srebrzyste obłoki aspiracji, cirrusy planów, stratusy
marzeń/dołem ciągną się bagna rezygnacji, leżą
w gawrach potwory nieodkrytego, człapie
nieprzewidywalność wydarzeń/nowy rok rozpościera
się niezapisany, nienazwany/entuzjazm
nieugaszony buzuje pod skórą/
zaklina fatum/czary-mary, idźcie precz
połacie niewiary/nosem w szczęście, nie w niefart,
nie w demony przecież/twój los tego
wart/sam przekręć przeznaczenia klucz/
zgrzyt