28 kwietnia 2020

Dwa lata, siedem miesięcy..

...i dwadzieścia sześć dni. O ile dobrze policzyłam moim paskudnie niematematycznym mózgiem. Ktoś mi dziś przypomniał o tym miejscu, zajrzałam więc. Nie, nie zaczytałam się we własnych słowach, zwyczajowo rzadko wracam do już napisanego, ale sentyment ogarnął mnie jakiś niepowstrzymany i pomyślałam, że może choć kilka liter, zostawię choć kilka słów. Pracuję, gdzie pracowałam, z ludźmi, którzy i wtedy byli, tylko dzieci zmieniają się jak w kalejdoskopie, wciąż nowi i inni, a jakby niezmiennie tacy sami. Ja taka sama nie jestem. Zmieniłam delikatnie opakowanie, wnętrze wywróciłam do góry nogami. Jakby nie ja, a jednak wciąż ja. Bo, tak najpewniej się zdarzyło, sobą nie byłam przez ostatnie kilka lat. Wracam do siebie. Wcale nie nieśmiało, a z hukiem słyszanym spoza czterech ścian. Wracam pospiesznie, niedelikatnie, nachalnie, bezczelnie, zachłannie i lubię właśnie tak. Sprawę ułatwia pandemia. Choć są dni, kiedy nudzę się jak przysłowiowy mops, niekończące się przeglądanie, wyszukiwanie, tłumaczenie i wykładanie zajmuje całe wiosenne dni. Wygodnie nie mieć czasu. Nawet, kiedy zza pazuchy wyziera wodzony leń.
Opublikuj. Lekki dreszczyk. Uff.