2 lutego 2013

Łotewskie to i owo..

Kolejowy strajk niemal zaprzepaścił łotewskie wojaże. Misternie utkany plan najdogodniejszego dojazdu do stolicy wziął w łeb i musiałam się niemało nagimnastykować, by wydostać się na świat z dechami zabitego pipidówkowego dworca. Peronowy stres, wynikający z istnienia trzech różnych rozkładów jazdy wiszących sobie spokojnie w gablotach, przewyższył nawet obawę, że samotnie przedzierając się przez lotniskowe przeszkody w którymś punkcie postąpię źle.

Minus dziewięć na Łotwie jest zdecydowanie zimniejsze niż minus dziewięć w Polsce. Dwa i pół dnia organoleptycznych doświadczeń czyni ze mnie ekspertkę w tej dziedzinie. Dłonie przestały marznąć dopiero w wełnianych rękawicach, nogi w dwóch parach skarpetek marzły bez ustanku. Równie zimno było w leżącej nad zamarzniętą Dźwiną Rydze, w czasie sanny ośnieżonym lasem, w gondolowej kolejce na wzgórze po drugiej stronie rzeki Gauja i nad skutym lodem Bałtykiem.

Otoczona Austriaczką, trzema Niemcami i łotewską nauczycielką niemieckiego przesiąkłam językiem zza Odry i Nysy. Z moim wszędobylskim angielskim czułam się lingwistycznie upośledzona. Czas zabrać się za naukę niemieckiego, pod który podpięłam sobie nowo wymyślone marzenie. I czas odświeżyć rosyjski, w którym przegadałam kilka godzin podczas uroczystej kolacji, choć umiem w nim powiedzieć pięć poprawnych zdań.

Zdecydowanie chcę pracować w niemieckich szkołach, których dyrektorzy jodłują przy winie. Owszem, przyjmuję możliwość, że na co dzień w pracy są szefami upierdliwymi, wymagającymi i mają muchy w nosie, zafascynowana jednak jestem ich wyluzowaniem poza szkolnymi realiami. Moja dyrekcja nie potrafi wyjść ze sztywnego szablonu, swoim wiecznym naburmuszeniem psując pozaszkolne imprezy sobie i nam. W jej obecności na pewno nie śpiewałabym "Szła dzieweczka do laseczka" całkiem solo.

Oraz zjadłam ślimaka.

80 komentarzy:

  1. Iś habe szyn geszenke fir majne familje - tyle pamiętam z niemieckiego ;)))

    Zimno zimnem, ale zdjęcia masz za to bajeczne, masę wspomnień, nawet i ten mróz będzie się ciepło wspominać :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takam przeszkolona, że rozumiem coś rzekła :)
      Fakt, mróz już tak nie szczypie, jak szczypał kilka dni temu. A zobaczyć Bałtyk skuty lodem... bezcenne. Przeżycie niesamowite.

      Usuń
    2. "Bałtyk skuty lodem" - już samo to brzmi jak poezja :)))

      Usuń
    3. Zmarznięte palce u rąk i nóg jakby mniej poetyckie jednak są ;p

      Usuń
  2. Uczę się niemieckiego, ale dopiero po ostatniej rozmowie z nauczycielką zaczęłam nim się szczególnie interesować. Chyba zacznę bardziej angażować się w ten język, niż podstawowy angielski. I jak smakują ślimaki? ;)
    Pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ślimaki smakują jak nie ślimaki, ale nie umiem powiedzieć jak co.
      O, to mi z nieba spadłaś: następny komentarz proszę po niemiecku :))))

      Usuń
  3. O kurnaolek pojodłowała bym przy winie , może nawet podczas dużej przerwy ( stop - odpada godziny pracy) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odpada, oj, odpada. W godzinach pracy o winie nawet pomyśleć nie wolno. O jodłowaniu zresztą też, bo kto by jodłował na trzeźwo ;)

      Usuń
  4. Jak ja nie znoszę niemieckiego: słuchać, uczyć się go, mówić w tym języku. Nie przez uprzedzenia tylko przez to, w jaki sposób ten język brzmi...

    Pomimo przeciwności losu, jakie Cię spotkały, zazdroszczę wyjazdu! Musiało być super!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie niemiecki fascynuje już od kilku lat. Zasłuchałam się w poprzedniego niemieckiego dyrektora i w tą austriacką koleżankę, i niemiecki brzmi dla mnie jak śpiew :)
      Było super.

      Usuń
    2. Nie powiem, bo chciałabym lubić każdy język. Wtedy łatwiej się go uczy, a każdy może się przydać. :)

      Usuń
    3. Zastanawiam się, jakiego ja nie lubię i chyba nie mam pomysłu. Choć nie, mam pomysł: nie lubię angielskiego z jedną taką klasą. A może nawet i z dwiema.

      Usuń
  5. I jak ślimak? a dobrze chociaż przyrządzony? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ślimak w kształcie jak ślimak, w smaku jak nie ślimak. I całkiem niezły.

      Usuń
  6. Rozumiem, że na Łotwie śpiewałaś solo "Szła dzieweczka do laseczka";) A może też dołączyłaś się do jodłowania? Chciałabym to widzieć, choć niekoniecznie słyszeć. Powinnaś mieć rękawice ze skóry jenota, takie, jakie Janek dał Lidce. Skarpetki najlepsze z prawdziwej wełny, choć nieco gryzą.
    Najważniejsze, że masz nowy cel w życiu: język niemiecki.
    Buziaczki po niemiecku: Kussen ( z u umlaut).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, śpiewałam. I to na trzeźwo właściwie, choć gdybym się mocniej krygowała, pewnie by mnie spoili. Do jodłowania się nie przyłączyłam, inni jednak jodłowali zawodowo. Zwłaszcza ów dyrektor. Bo wiesz, on w chórze śpiewa, więc przykre dla uszu to nie było.
      Niestety, rękawiczek ze skóry jenota na ryskim targu nie mieli. Za to mieli polski ser z Piątnicy :)
      Kussen, Kussen więc.

      Usuń
    2. Musiałaś podtrzymywać honor polskich nauczycieli; mogłaś jeszcze dołożyć kukułeczkę, co kuka. Ja jako była harcerka nigdy nie miałam oporów przed śpiewaniem, choć za solo nie przepadałam. Myślę, że poza naszym serem Łotysze też mają inne polskie produkty, np. wódkę;)
      Buziaczki śpiewające.

      Usuń
    3. Aniu, jedna piosenka wystarczyła; więcej byłoby ponad moje siły. Chętnie za to dołączę się do jodłowania, jak już niemieckiego się nauczę.
      Pewnie faktycznie i wódkę naszą tam mają, choć ja bardziej za winem i piwem oczy wypatrywałam - piwo mają pyszne! Wódkę widziałam jedynie tą o wdzięcznej nazwie "Moskovskaya" (pisownia oryginalna), ale napić się nie chciałam.
      Buziaczki niewódkowe.

      Usuń
  7. też jadłam ślimaka a konkretnie zupę ze ślimaków z nimi w środku no i żabie udka też jadłam :D

    Z rosyjskiego na 6 zdałam maturę i byłam zwolniona z ustnego egzaminu więc pewnie bym sobie pogadała :) o dziwo sporo jeszcze pamiętam po 17 latach od zakończenia jego używania ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ekstremalne doznania kulinarne :)))
      Ja rosyjskiego tak solidnie uczyłam się w podstawówce, w liceum miałam profesorkę niczym egipską mumię, zniechęcała mnie. Teraz ją doceniam, bo zawsze przyznawała się, gdy czegoś nie wiedziała, a chyba najmocniej na świecie mierżą mnie ludzie zgrywający wszystkowiedzących. No i rusycystką była świetną.

      Usuń
    2. a jak Ci ślimak smakował ??? bo mnie bardzo trochę był podobny do kurczaka moim zdaniem tylko bardziej hmmm oślizły ??? ;D

      Usuń
    3. Smakował. Ale nie wiem właśnie jak co. Chyba za mały był, żebym mogła smak z czymkolwiek skojarzyć. No i jakoś tak na nieoślizłego był zrobiony, dlatego w ogóle zjadłam.

      Usuń
    4. a widzisz w zupce był śliski a smakowała troszkę jak pomidorowa .... pyyyyycha ;D

      Usuń
    5. Ale pomidorowa kwaskowa czy pomidorowa słodkawa? Bo tej drugiej nie cierpię. Moja mama taką zawsze gotowała i śmialiśmy się, że je ją jedynie pies i ojciec, bo mu głupio żonie odmówić.

      Usuń
  8. Wow, chciałabym umieć przegadać w obcym języku kilka godzin, znając zaledwie kilka zdań ;))) Rozumiem, że były pewne czynniki ułatwiające to zadanie... No i ten ślimak - niczym wisienka na torcie! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie niekoniecznie, bo ciężko lampkę wina nazwać rozrusznikiem. Ja gaduła jestem, to raz, a dwa, gadać się nie boję, to szyłam po (nie)rosyjsku aż miło ;)

      Usuń
  9. Jeszcze w XVII wieku się po lodzie jeździło do Inflant a i nawet do Szwecyi saniami a gospody stawiano na lodzie, by owe z wiosną jako drewniane i na wodzie się unoszące, za łodziami do brzegu holować...:) To by dopiero peregrynacyja była, w rzyci mająca wszelkie strajki kolejarskie...:)
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda, Wachmistrzu. I tylko zima skuwająca lodem Bałtyk aż do Szwecji kapkę mnie odstręcza.
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  10. Ja nie lubie zimna, najchętniej pojechalabym tam gdzie cieplo moze do Włoch albo Hiszpanii. Podziwiam Cie za te wedrowke na wschod :D

    ps. wrocilam po dluzszej przerwie;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też nie lubię, nie znoszę wręcz. Ale w sumie wyjazd mi zasponsorowali, więc nie bardzo mogłam kręcić nosem. No i mnie w ogóle ciągnie na wschód.
      Fajnie, że znów jesteś :)

      Usuń
    2. Troszkę , musialam poukladac kilka spraw :)) ooo to jak zasponsorowali to chyba nie bylo tak zle ;)))

      Usuń
    3. Czasem trzeba pożyć poza blogiem...

      Usuń
    4. Oo pewnie, nie mozna zyc caly czas w sieci bo to nie zdrowe. Spokojnego wtorku :)))

      Usuń
    5. I ogłupia, jak stwierdziłam po autoobserwacji ;)

      Usuń
    6. Czytajac niektore wypowiedzi w sieci, stwierdzam ze idiotow sie nie sieje sami schodza:D

      Usuń
    7. Co prawda, to prawda.

      Usuń
  11. Jezu ale ślimak juz nie żył?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja myślę. Nie ruszał się w każdym razie ;p

      Usuń
  12. rosyjski to bardzo przydatny język
    będąc w Egipcie byłam w szoku, że ludzie tam znają ruski niemal tak dobrze jak swój ojczysty arabski
    dla turystów (i ich dolarów) zrobią wszystko :P

    niemiecki mnie przeraża
    tam nawet kocham cię brzmi jak rozkaz strzelania ;)
    i pomyśleć, że moja babka miała niemieckie korzenie... cóż, rodziny się nie wybiera

    a zimy nie lubię, śnieg, mróz, lód i cała ta zimowa otoczka to jakoś nie dla mnie
    oby do wiosny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przydatny i piękny. Jak kiedyś miałam awersję, co kazali się go uczyć, tak teraz doceniam całe jego piękno. Niemiecki też mi się zaczął podobać: tej Austriaczki mogłabym słuchać godzinami, choć zupełnie czasem nie wiem, o czym gada. Zimę zaś lubię tak jak Ty, czyli wcale.

      Usuń
  13. I Ty tak z własnej woli na to zimno??? Jakoś nie chce mi się wierzyć

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pół na pół. Dyrekcja marudziła, żebym złożyła wniosek, uległam, napisałam go na odczep się, a tu kasę przyznali. To pojechałam i fajnie było.

      Usuń
  14. Czyżby mój dyrektor był Niemcem?;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niemcem czy nie, skoro jodłuje przy winie, to ja zaraz wysyłam CV :))

      Usuń
  15. Całkiem owocna podróż. Dobrze czasem wyjrzeć poza własną pipidówkę i zobaczyć, że gdzie indziej również da się żyć. Kto wie, czy nie lepiej i ciekawiej. Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poza pipidówkę wyglądam kiedy tylko się da, inaczej bym zwariowała :)
      Nie jestem jednak do końca pewna, czy inni są szczęśliwi z tego mojego wyglądania: wracam z nadmierną ilością wywrotowych myśli.

      Usuń
  16. ciesz się że chociaż jakiś pseudo - dworzec jest.i pozytywnie zazdroszczę wycieczki. a co do dyrekcji - cóż, myślę że w Polsce niestety są biurokraci i dyrektorzy przez małe d. niestety - jaki kraj tacy terroryści;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że na kłódkę zamknięty, bo nie powiem, że miło było do niego wchodzić...
      O biurokracji nawet mi nie mów: okazuje się, że z UE mogę rozliczyć się bez rachunków, a szkolna księgowa chciałaby, żebym jej paragony z toalet dostarczyła. Całe popołudnie to dziś sumowałam, żeby sensownie wyszło, bo to, czego Unia nie kontroluje, muszę dla szkoły rozłożyć na czynniki pierwsze.

      Usuń
    2. kiedyś utoniemy w morzu faktur, umów i paragonów. my, w Polsce mamy taką miłość do papierów. ja to czasami mam chęć wyjechać w Bieszczady i zostać tam drugim pustelnikiem. bo pierwszy już jest - mój tata pił z nim wódkę czy herbatę z prądem. bez żadnych umów, dowodów i życiorysów z trzema zdjęcami... to by dopiero było życie.

      Usuń
    3. Się czasem zastanawiam, po co te wszystkie papierska. Niby ekologię się promuje, a ile lasów ginie dla buchalteryjnych fanaberii.
      Hmm, pustelnikiem zdecydowanie nie chciałabym być - no, może na chwilę. Ja jednak jestem miejskie zwierzę. Może niekoniecznie wielce stadne, ale miejskie. Zresztą, w mieście też można stać się swoistym pustelnikiem w sumie...

      Usuń
    4. to ja mogę być pustelnikiem zupełnie. wszyscy którzy mnie znają wiedzą że mi samotność nie wadzi - wystarczy mi coś do jedzenia i oczywiście książki, książki i jeszcze raz książki

      Usuń
    5. Mnie też samotność nie wadzi. Ale trochę inny rodzaj jej lubię: mogę nie gadać z ludźmi, ale lubię spacerować wśród ludzi. I patrzeć.

      Usuń
  17. Gdybyś pracowała w niemieckiej szkole pewnie przed swoim dyrektorem też nie zaśpiewałabyś solo takiej piosenki :P Czyli jednak byłaś gdzieś na wyjeździe? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z niemieckim dyrektorem było dwóch nauczycieli i śpiewali przy winie ile wlezie, więc i pewnie ja bym się odważyła :)
      Byłam, na trzy i pół dnia wszystko zliczając, ale zawsze coś.

      Usuń
    2. No pewnie, że zawsze coś, chociaż dwa dni to pewnie zajął dojazd :D Ale wiadomo że to w każdym razie oderwanie od rutynowej codzienności. Sama bym bardzo chętnie wyjechała na jeden dzień, nawet jeśli większość tego dnia straciłabym na dojazd :)

      Usuń
    3. Znam to, czasem też tak wyjeżdżam: więcej jazdy niż bycia gdzieś tam, ale warto :)

      Usuń
    4. Raz warto, raz nie ;) Na przykład jak jadę godzinę autobusem na uczelnię na wykład, po czym okazuje się, że nie ma wykładu a autobus następny mam za 2 godziny ;) Przez to studiowanie straciłam już naprawdę bardzo wiele cennego czasu :D

      Usuń
    5. Ach, o wyjazdach dla przyjemności mówiłam. Takie jazdy na darmo wkurzają bez dwóch zdań.

      Usuń
  18. Nie wiem jak wyglądają nienieckie szkoły, ale Niemcy kojarzą mi się z kiepskim poczuciem humoru.Ich komedie są nie do strawienia, że o programach rozrywkowych nie wspomnę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Programów rozrywkowych nie znam, ale swego czasu obejrzałam jedną czy dwie niemieckie komedie romantyczne i, jak nie jestem fanką tego gatunku, podobały mi się. Ale może głównie dlatego, że nie były amerykańskie.
      A znani mi Niemcy śmieją się bardzo dużo.

      Usuń
  19. Odpowiedzi
    1. Tylko niewiele w tym kierunku robię. Ba, jeszcze bardziej się w pipidówkę zaplątuję.

      Usuń
  20. A ja popieram twoje podejście. Skoro nauka sprawi ci przyjemność, a w dodatku mogłaby otworzyć jeszcze szansę na lepszą pracę i tym samym lepsze samopoczucie - dawaj na całego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lepsza praca pewnie nie bardzo wchodzi w grę, bo podjęłam pewne decyzje wiążące mnie z pipidówką niemal na amen, ale przyjemność i lepsze samopoczucie gwarantowane :)
      P.S. Czy pomyliłam coś, czy do Ciebie dostanę się tylko z hasłem?

      Usuń
  21. Do niemieckiego mam uprzedzenia i jest trochę, uhm... Jednak nie dokończę, bo nie myślę obrażać rodowtych Niemców. Ale ucz się skoro musisz i lubisz wymawiać jego słowa. E, tam... plotę trzy po trzy:)). Pozdrawiam cieplutko:) Maya

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie muszę, chcę. To robi wielką różnicę. Z przymusu nie nauczyłabym się wiele.
      Ściskam :)

      Usuń
  22. Moje osiem lat nauki języka niemieckiego czyni ze mnie osobę, która na pewno świetnie odnajdzie się w Niemczech. Znam bowiem same przydatne zwroty, jak: Heidi jest chora; Zupa grzybowa smakuje przepysznie; Górskie chaty są przykryte śniegiem; Siedzę w plażowym koszu oraz: Mam buty z wygodną podeszwą :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to po szkole :)))
      Ja znam bardziej przydatne zwroty: w szkole się ich nie nauczyłam, ale w podstawówkowych czasach przyjeżdżali do pobliskiego ośrodka wypoczynkowego na kolonie Niemcy. Przed ich przyjazdem uczyliśmy się jak szaleni, tylko po to, żeby potem wyzywać ich. Po polsku. Dobrze, że człowiek nie ma już czternastu lat, bo był wtedy jakiś inny ;|

      Usuń
  23. Niemieckojęzyczny MMŻ miałby co robić na Łotwie:) Ja też znam trochę niemiecki, ale trochę tak, jak Autora postu powyżej. MMŻ uczył się poza wszystkim prywatnie, na konwersacjach, ja nie:P
    Za to rosyjskim posługuję się dość biegle, bo mam stały kontakt z językiem. I głos mam też dobry, z tym, że jodlować nie umiem:P
    Zaczyna mi się to wszystko podobać:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się niemieckiego uczyłam przez dwa lata w podstawówce, czyli wieki temu. Ze zdziwieniem jednak stwierdzam, że lepiej się nim posługuję, choć bardzo kulawo, niż niektórzy uczniowie podchodzący do matury. Jeden powód tego: oni boją się mówić, a ja trajkotam bez żadnego zawstydzenia.
      Ooo, to po rosyjsku do mnie pisz! :))
      To co, kolejnym razem Cię zabieram w walizkę i jedziemy jodłować jak umiemy.

      Usuń
  24. O, to mamy podobne plany lingwistyczne. Chociaż ja chciałabym dorzucić u siebie jeszcze francuski, rosyjski i dokończyć japoński.

    A z podróży chciałabym zdjęcia zobaczyć!
    Ja mam nadzieję, że uda mi się trafić na jakąś normalną szkołę, z normalnymi ludźmi, gdzie w przyszłości będę nie tylko z satysfakcją pracować, ale również po pracy mieć czasami luźne, miłe spotkanie, a co!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja najchętniej dorzuciłabym wszystkie języki świata ;)))
      Zdjęć kilka można zobaczyć na flogu, może już nawet kliknęłaś. Zdecydowanie więcej jest ich na facebooku: jeśli masz ochotę i masz tam konto, to zapraszam na mój blogspotowy profil i "napisz do mnie".
      Ach, i takiej szkoły Ci z całego serca życzę!

      Usuń
  25. Witaj
    Nie wiem, dlaczego u nas tak ciężko, smutno się żyje.
    Praca, sprawy codzienne, borykanie się z trudnościami, to polska rzeczywistość, niekoniecznie różowa. I ten wieczny pośpiech.
    Nie bywam za granicami naszego kraju, ale wielu znajomych, rodzina bywa. Wracają stamtąd szczęśliwi, chcą pozostać tam na stałe.
    Pozdrawiam cieplutko i zadowolenia z życia życzę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że napiszę jeszcze jedną notkę o Łotwie: tam życie nie łatwiejsze, a jednak w pipidówkach dzieją się tam rzeczy, które w mojej pipidówce są nie do pomyślenia.

      Usuń
  26. no to sobie użyłaś!
    dobry był ten ślimaczek? :D

    OdpowiedzUsuń
  27. Biedny ślimak...
    Hahaha, z szefami to tak jest, że są sztywni, chociaż ja z moją kierownicą byłam nawet na piwie, nie mniej jednak pozostałej części szefostwa nie wyobrażam sobie w pubie, o jodłowaniu (czy bliższym nam karaoke) nie wspominając.
    Co do języka rosyjskiego zaś, przypomniałaś mi sytuację, która miała miejsce u mnie w pracy, całkiem niedawno, kiedy to mój orzecznik okazał się kompletnie bezradny wobec czytania bukw. Na szczęście ja się musiałam przymusowo uczyć rosyjskiego w szkole podstawowej i pospieszyłam mu z pomocą. Tak, nigdy nie wiadomo, kiedy się znajomość tego języka może przydać... (o ile w ogóle można to nazwać znajomością ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja śpiewałabym za to do woli z moją Vice - fałszowałybyśmy razem ochoczo :)
      Też musiałam się uczyć rosyjskiego. Przez całe osiem lat. Wtedy nie znosiłam tego języka, teraz zaczęłam kochać całym sercem. Bukwy czytam, czy sylabizuję raczej, ale tylko drukowane; nad pisanymi odręcznie pocę się straszliwie.

      Usuń