Święta spędziłam niepoprawnie nietradycyjnie. I do tego kłamliwie. Nie można powiedzieć, że do kłamstwa zostałam zmuszona, zwyczajnie wybrałam opcję egoistyczną, pozwalającą mi nie tłumaczyć się z faktu, że byłam sama. A tłumaczyć się byłoby przed kim, bo troszczących się wścibskich wokół nie brakuje. Nie, w ogóle nie ma powodu, byście wskutek mojej świątecznej samotności się nade mną użalali: nastrój miałam niebywale bożonarodzeniowy. Mruczałam kolędy krojąc sałatkowe składniki, doprawiając czerwony barszczyk, który z reguły wychodzi mi bezsmakowy i zajadając się kupnym sernikiem. Swoje pierwsze w życiu ciasto - kakaowy drożdżowiec, który wyszedł lepiej niż barszczyk, choć barszczyk był z torebki, a placek w całości tylko mój - upiekłam jakieś dwa tygodnie temu, więc limit piekarniczego zapału na najbliższe milenium się wyczerpał. Tak więc przy trzech potrawach obejrzałam cały telewizyjny asortyment świątecznych powtórek, nasycając się na kolejny rok, zmordowałam połowę napisanej niczym podręcznik do matematyki biografii Franciszka Józefa I, odespałam wszelkie niedospane noce i generalnie było mi błogo jak w niebie dla nierobów. Nie powiem, raz czy dwa pomyślałam sobie, że miło by było być w tej chwili z Duńskim, spacerować nad polskim morzem i pałaszować pierogi z grzybami, za którymi przepadam, a których robić nie umiem, jednocześnie, jako jednostce średnio prorodzinnej, święta we własnym sosie wyjątkowo mi smakowały. Smak ich byłyby wprawdzie jeszcze wykwintniejszy, gdyby stać mnie było na plażę i drinka z parasolką na Bora Bora, cieszyłam się jednak tym, co mam, czyli niedoborem śniegu, plusową temperaturą i wszechwładzą nad własnym czasem. I nad nieudawaniem. Jego w przedświąteczny czas miałam w nadmiarze, na rękę mi więc był brak konieczności uśmiechania się do ludzi, których najchętniej zadźgałabym widelcem z co najmniej kilku powodów. Zasób krzywych uśmiechów wyczerpałam na wigilii pracowniczej, w której przeddzień odbywały się seryjne fochy o "zastaw się a postaw się" urządzane przez samozwańczą gwiazdę szkolnej kuchni. Odebrały mi one apetyt na wspomniane wyżej pierogi i czerwony barszcz, który jej wychodzi przyprawiony niebem nad Bora Bora. Wolałabym siedzieć przy kawie, opłatku i szczerym uśmiechu, mając bowiem do wyboru piękne opakowanie z pustką w środku, wybieram samą pustkę. Może nie jest ona do końca tradycją uświęcona, ale za to nieudawana. Choć sama jestem ze świętami na bakier, nie jestem przeciwniczką ich celebrowania i bożonarodzeniowego pietyzmu w powielaniu odwiecznych rytuałów, niech to jednak będzie czas ludzki, nie spożywczy. Tym bardziej, że z większością współpracowników po prostu lubię być.
