31 lipca 2011

Po trzykroć wstyd...

Powinnam spalić się ze wstydu, bo, pomijając niemijające napełnienie znudzeniem, od jakiegoś czasu pęcznieję wybujałą miłością własną i wynoszę się nad mocno skonkretyzowaną grupę otaczających mnie ludzi. Niebagatelny wpływ ma na to fakt, że znam ich nie tylko z widzenia, ale przede wszystkim ze słyszenia. Bo ja, choć ucząc się jestem raczej wzrokowcem, kiedy obserwuję innych zmieniam się w słuchowca, który nie zauważy ani ciucha, ani fryzury, lapsus językowo-merytoryczny za to owszem, wcale nierzadko. Dlatego też ze wstydu powinnam się zapaść pod ziemię, sama nie jestem bowiem żadną alfą ni omegą i do omnibusa mi daleko, toteż nic nie daje mi prawa, by cudze potknięcia wytykać. Co więcej, powinnam czerwienić się nieustannie, bo na owe niezręczności nie zwracam nieuważnemu uwagi, a złośliwie kontempluję je po cichu, napawając się cudzą... Nie, nie mogę użyć słowa niewiedza, niewiedzę bowiem rzadko atakuję; mnie chodzi bardziej o ignorowanie otaczającego nas świata i o niezrozumienie wielu kwestii na płaszczyźnie wykraczającej poza własny nos i pipidówkowe naleciałości. W ten oto sposób moje postrzeganie siebie staje się wykrzywione egoistycznym rozdęciem, najwyższy więc czas, bym skurczyła się ze wstydu, jak w filozoficznej bajce autorstwa Leszka Kołakowskiego skurczył się Rio. Nie, on nie był właścicielem rozdętego ego; przeciwnie, był skromnym chłopakiem, który w siebie wierzył mniej niż przeciętnie. Kochać za to umiał, jak mu się wydawało. Kiedy jednak przyszło mu, po niedługiej rozłące, opisać ukochaną Murię, wydało się, że Rio nie pamięta szczegółów jakże dla niego, teoretycznie, istotnych. Z tego i kilku innych powodów, Rio skurczył się więc doszczętnie, znikł własnym wstydem przygnieciony.

Sama się jednak nie będę w przepastnym kotle na dnie piekła spalać. Jestem pewna, że dołączy do mnie dziewczę przeze mnie przez trzy lata marnie wychowywane. Ona też się ze wstydu skurczyć powinna, choć pewnie nie zdaje sobie z tego sprawy, nabluzgała bowiem portalowo na kogoś, z kim nigdy nie miała do czynienia, nawet przez chwilę, nie była więc upoważniona do przyklaskiwania opiniom innej uczennicy. Tamta zresztą też pozwoliła sobie na zbyt wiele, więc pewnie się z nami nieco podsmaży - czasem może warto się nieco pouczyć, zamiast jedynie marudzić, że nauka sensu nie ma, bo i tak odniesie się na egzaminie porażkę. A ta konkretna nauczycielka tłumaczy przedmiot, jak wynika ze statystyk, dla maturzystów najtrudniejszy metodą jak krowie na granicy. Wiem, bo na jej lekcji byłam i zrozumiałam zagadnienie. W odróżnieniu od dziewięćdziesięciu procent pozostałych, pardon, krów. Cóż, kiedy pani owa, choć tak cierpliwa w upraszczaniu czegoś, co dla większości nazywających siebie humanistami stanowi staroegipskie hieroglify, przy okazji rozpowiada wszem i wobec to, co jej ślina na język przyniesie. I oto ostatnio nawinęłam się jej na język ja. Nie tąpnęłoby mną to wielce, gdyby owa pani na tapetę wzięła moją nietwarzową fryzurę, niewyparzony język czy niepoukładane życie - guzik ją to powinno obchodzić, ale ludzie mają we krwi gadanie. Pani owa zahaczyła jednak o moje nauczycielskie kompetencje, tych zaś, jako niejęzykowiec i jako osoba niemówiąca w obcym języku, oceniać nie ma prawa, podobnie jak ja nie oceniam jej bycia matematyczką. Tym bardziej, że zdarzały się sytuacje, w których broniłam jej stawiając czoła wielu osobom, bo pani wrogów ma niemało. I tym sposobem będziemy się kurczyć ze wstydu wszystkie trzy, a największą karą za grzechy będzie wspólny kocioł.

22 lipca 2011

Niech już lepiej dyndają niedosięgnione..

KLIK w mój klimacik i w mój nastroik

...im dłużej żyjesz, z tym większej liczby marzeń rezygnujesz, aż nie zostaje ci kompletnie nic.

Anne Rice


Rzadko zauważane trzy noworoczne marzenia do spełnienia dyndały sobie u sufitu. Rzucaliśmy na nie okiem od wielkich dzwonów, kiedy gdzieś tam na horyzoncie majaczyła szansa spełnienia, gros czasu wisiały sobie jednak nienękane naszymi nadziejami. Wczoraj tąpnęło. Sufit raptownie zjechał w dół, czułki marzeń połechtały nas po piętach, w serca wkradł się zupełnie zbędny entuzjazm, tuż przed oczyma zamigotała nadzieja. Ośmieleni powodem tąpnięcia, a nienauczeni niczego poprzednimi doświadczeniami, już snuliśmy dalekosiężne plany, już liczyliśmy zyski, wetowaliśmy przeszłe straty. Błąd. Splot trywialnych wydarzeń, tak durnych, że ułożyć ich sobie logicznie w głowie nie umiem, sprawił, że sufit poszybował w rejony nie do sięgnięcia, a ja zapadłam się w sobie i wtóruję w zawodzeniu deszczowi za oknem. Jestem równie wytrwała jak on. Nie pierwszy raz los bawi się nami metodą kija i marchewki, nieczęsto jednak tak perfidnie układa zdarzenia. Tąpnięcie zachwiało mało pożądaną acz spokojną równowagę, wtłoczyło nas w inną rzeczywistość, chcianą tak bardzo, że jej nagłe pojawienie się i jeszcze szybsze zniknięcie poszarpało nasz światek. Na tę chwilę stałam się strachliwą zwolenniczką stagnacji, która ma do marzeń pretensje, że nie wiszą przykładnie u sufitu, a zeskakują, grają nam na nosach, by zawisnąć jeszcze wyżej i zostawić nas w niewierze, że znów się uda.

15 lipca 2011

Nudy na pudy..

Do szczęścia brakuje mi tylko zrozumienia tego, co czytam, oraz soli do pomidorów.
(Zbigniew Uniłowski O miłości)

Z nudów ląduję w kinie na filmie, podczas którego zauważam, że ściany sali w Cinema City mają przyjemnie głęboki odcień niebieskiego i że siedzenie w siódmym rzędzie w dziewięciorzędowej skali wciąż jest siedzeniem zbyt blisko ekranu. Zdecydowanie lubię filmy, w których intra- i interpersonalne wiry wsysają mnie głęboko w postrzępioną życiem psychikę bohaterów, tymczasem ten film oferuje za wiele poplątanych wątków, zbyt rozedrganą, mało plastyczną kamerę, katatonię dźwięków pulsujących w mojej głowie jeszcze długo po wyjściu z kina i zakończenie, którego nijak nie potrafię ogarnąć. Bo kto mi powie, na czyje zlecenie Witold i Igor zostają zabici? Podobała mi się za to Maja Ostaszewska, taka podobna do Charlotte Gainsbourg, która oszałamia mnie swoją mało hollywoodzką urodą i talentem do odgrywania tego, co skryte w głębinach ludzkiej duszy. W gruncie rzeczy mogłabym wylądować na innym filmie, ale mając do wyboru trójwymiarowe dzieła, od których bolą mnie oczy, Kac Vegas w Bangkoku czy roztańczoną komedię i tak dochodzę do wniosku, że Uwikłany był najlepszym z wyborów.

Z nudów sięgam po następne książki, ze stosiku, który wcale się nie zmniejsza; przeciwnie, rośnie w tempie zastraszającym, zwiastującym rychłe bankructwo. Na stos powinni skazać tych, którzy sprawili, że książki kosztują taki majątek. Nic to, sięgam po kolejną pozycję - nie wybieram, biorę po kolei, nie patrząc nawet na okładkę, chcę mieć niespodziankę, na którą wypadnie, na tą bęc. Z niemałą werwą zaczynam czytać Sprawiedliwość owiec. Druga część - tak, zdarzyło mi się czytać serię od końca - była uroczą opowiastką o głupiutkich owcach prowadzących pod człowieczym nosem śledztwo w sprawie morderczych poczynań niejakiego Garou, pierwsza część nie była już dla mnie ani tak świeża, ani tak urocza, ani tak wypełniona naiwną magią.

Z nudów, kiedy pogoda sprzyja, czyli rzadko, idę na fotograficzny spacer i robię zdjęcia kwiatkom, trawkom, pszczółkom, motylkom, grupując je potem na kolorystyczne albumy i umieszczając na portalu społecznościowym, gdzie zbieram miłe słowa za artystyczne oczy, podczas gdy mnie się wydaje, że większość ujęć jest banalna, a zasługę za całe piękno przypisać należy naturze, która tak wyjątkowo maluje i rzeźbi ten świat. Tylko mrówki nie bardzo pozwalają się obfotografować moim nieprofesjonalnym aparatem, w myślach więc utrwalam obraz rozdeptanego i kijem rozgrzebanego mrowiska, które komuś zdaje się szczególnie przeszkadzać. Pracowite owady dzień w dzień odbudowują swoją siedzibę, by kolejnego dnia ów ktoś (czy owi ktosie) znów wyżyli się na bogom ducha winnych stworzeniach.

Z nudów odkrywam coraz to nowe seriale, wszystkie z zacięciem szpitalno - kryminalnym, niekoniecznie dwa w jednym. Z nudów sięgam po bardzo zaległe numery Angory i doinformowuję się w kwestiach dawno już nieaktualnych. Z nudów odblokowałam kilka gier na portalu społecznościowym i klikam bez opamiętania i bez intelektualnego zacięcia. Z nudów nie mam o czym pisać na blogu - ot, dziś na przykład siedziałam nad notką pół dnia i zamiast tego, co chciałam, wyszło mi to, co powyżej.

by the way

10 lipca 2011

O ghostwritingu i Jimie Carreyu..

Wygrała pani siódmego kota, mruczy mi w spodnie dresowe czarno-biały przybłęda, ocierając się sumiastymi wąsiskami i trącając pustą miskę chłodnym nosem. Bez wahania się spoufala, choć znamy się ledwie chwilę i nie na co dzień, pojawia się bowiem i znika, zaszczycając nas swoją obecnością raz na koci rok. Wsypuję mu garść karmy i przez chwilę słucham, jak kuleczki chrupią miażdżone kocimi zębiskami. Jak to jest, że wygrywam jedynie koty? Zwabione kocicami i pełną miską na ganku - nie wiem, co stanowi większą pokusę - ciągną do nas niczym ćmy do światła, tymczasem inne nagrody nawet nie majaczą na horyzoncie. Można rzec, że nigdy w życiu niczego nie wygrałam. Materialnego, pomińmy dziś rozważania na poziomie emocjonalnego filozofowania. To moje nigdy w życiu jest delikatnym przekłamaniem, bo w jakieś ósmej klasie podstawówki wygrałam szkolny konkurs na opowiadanie science fiction. Gatunek, który teraz mnie nudzi, i którzy - cóż - traktuję jak mało wart uwagi, niegdyś był moim koronnym i czułam się jak ryba w wodzie fantazjując o kosmitach, kosmicznych podróżach, kosmicznych przygodach czasem okraszonych kosmiczną miłością po kres kosmosu i - ponownie cóż - składając powyższe fantazje kosmicznie koślawym, infantylnym i naiwnym stylem. Szkolne jury jednak doceniło dziecięce wysiłki i przyznało mi pierwszą nagrodę. Teoretycznie. Praktycznie bowiem całą śmietankę spił mój młodszy brat, za którego opowiadanie napisałam. Takie małe kłamstewko. Ghostwriting, byśmy dziś rzekli. Zupełnie nie pamiętam, jaką brat nagrodę dostał. Żadną wartą uwagi pewnie, skoro z pamięci uleciała. Niemniej chyba żal mi było, że nie mogłam paradować w wawrzynie zwycięzcy. Nic to, dawne dzieje. Mniej dawno wygrałam po raz drugi, w konkursie któregoś z tygodników. Konkurs bynajmniej nie wymagał ode mnie zdolności literackich, raczej zdolności zerowych, wystarczyło odpowiedzieć na pytanie dla idiotów i wysłać do redakcji kartkę. Wystartowałam od niechcenia, więc niemało się zdziwiłam, kiedy po jakimś czasie przyszła przesyłka. Kaseta video z filmem z Jimem Carreyem. Miło. Tym milej, że akurat tego aktora zniosłam jakoś w Brusie wszechmogącym, nie trawiąc go serdecznie w pozostałych filmach, kaseta więc wylądowała w kącie, w którym pewnie do tej chwili leży. Dziewicza, wciąż nieobejrzana. Po tych nie do końca pozytywnych doświadczeniach zrezygnowałam z brania udziału w jakichkolwiek konkurach. Choć nie, raz jeszcze wysłałam konkursowy kupon. W dwutygodniku tym razem, należało odgadnąć fragment zdjęcia z której strony pojawił się na stronie konkursowej. Wysilili się na takie szczególiki, że dla mnie, osoby nieszczególnie spostrzegawczej, było to zadanie niemałej trudności. Przekonana jednak o prawidłowości swoich odpowiedzi, już widziałam siebie w full wypas bryce, która była nagrodą główną. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że nikt nie odgadł wszystkich zdjęć. Jeszcze mocniej się zdziwiłam, gdy stwierdziłam, iż jedynie w ostatnim zdjęciu mam błąd - jak jakieś kilka tysięcy innych czytelników. Słowa nie opiszą mojego zdumienia, gdy okazało się, że gdybym posłuchała Eksa, full wypas bryka byłaby nasza. I znów wszystko przez te baby, ech. A mówił, żebym się nie upierała, tylko mu zaufała. Cóż, nie mieliśmy do siebie zaufania w życiu, czemu miałabym mu ufać konkursowo? Tak to właśnie wyleczyłam się z wszelkich konkursów (konkurs na Bloga Roku w pierwszej i drugiej edycji był niewiele znaczącym epizodem, umówmy się, choć w nagrodę czytała mnie pani Krystyna Kofta), przez co nie mam żadnych szans na wygranie jakiejkolwiek kolejnej nagrody, bo wiadomo, żeby wygrać, trzeba grać. Tymczasem z łatwością i bez grania wygrywam casting na wybrankę dopieszczającą majowe kocię Nikitą zwane, które - w odróżnieniu od pozostałych, wielce nieinwazyjnych, niedotykalskich wręcz kotów - bezpardonowo pcha się na moje kolana, stamtąd na laptopa i każe się głaskać, a nie bloga pisać. Cóż, nagrody przecież nie wyrzucę, tak rzadko mi się zdarzają.