Powinnam spalić się ze wstydu, bo, pomijając niemijające napełnienie znudzeniem, od jakiegoś czasu pęcznieję wybujałą miłością własną i wynoszę się nad mocno skonkretyzowaną grupę otaczających mnie ludzi. Niebagatelny wpływ ma na to fakt, że znam ich nie tylko z widzenia, ale przede wszystkim ze słyszenia. Bo ja, choć ucząc się jestem raczej wzrokowcem, kiedy obserwuję innych zmieniam się w słuchowca, który nie zauważy ani ciucha, ani fryzury, lapsus językowo-merytoryczny za to owszem, wcale nierzadko. Dlatego też ze wstydu powinnam się zapaść pod ziemię, sama nie jestem bowiem żadną alfą ni omegą i do omnibusa mi daleko, toteż nic nie daje mi prawa, by cudze potknięcia wytykać. Co więcej, powinnam czerwienić się nieustannie, bo na owe niezręczności nie zwracam nieuważnemu uwagi, a złośliwie kontempluję je po cichu, napawając się cudzą... Nie, nie mogę użyć słowa niewiedza, niewiedzę bowiem rzadko atakuję; mnie chodzi bardziej o ignorowanie otaczającego nas świata i o niezrozumienie wielu kwestii na płaszczyźnie wykraczającej poza własny nos i pipidówkowe naleciałości. W ten oto sposób moje postrzeganie siebie staje się wykrzywione egoistycznym rozdęciem, najwyższy więc czas, bym skurczyła się ze wstydu, jak w filozoficznej bajce autorstwa Leszka Kołakowskiego skurczył się Rio. Nie, on nie był właścicielem rozdętego ego; przeciwnie, był skromnym chłopakiem, który w siebie wierzył mniej niż przeciętnie. Kochać za to umiał, jak mu się wydawało. Kiedy jednak przyszło mu, po niedługiej rozłące, opisać ukochaną Murię, wydało się, że Rio nie pamięta szczegółów jakże dla niego, teoretycznie, istotnych. Z tego i kilku innych powodów, Rio skurczył się więc doszczętnie, znikł własnym wstydem przygnieciony.
Sama się jednak nie będę w przepastnym kotle na dnie piekła spalać. Jestem pewna, że dołączy do mnie dziewczę przeze mnie przez trzy lata marnie wychowywane. Ona też się ze wstydu skurczyć powinna, choć pewnie nie zdaje sobie z tego sprawy, nabluzgała bowiem portalowo na kogoś, z kim nigdy nie miała do czynienia, nawet przez chwilę, nie była więc upoważniona do przyklaskiwania opiniom innej uczennicy. Tamta zresztą też pozwoliła sobie na zbyt wiele, więc pewnie się z nami nieco podsmaży - czasem może warto się nieco pouczyć, zamiast jedynie marudzić, że nauka sensu nie ma, bo i tak odniesie się na egzaminie porażkę. A ta konkretna nauczycielka tłumaczy przedmiot, jak wynika ze statystyk, dla maturzystów najtrudniejszy metodą jak krowie na granicy. Wiem, bo na jej lekcji byłam i zrozumiałam zagadnienie. W odróżnieniu od dziewięćdziesięciu procent pozostałych, pardon, krów. Cóż, kiedy pani owa, choć tak cierpliwa w upraszczaniu czegoś, co dla większości nazywających siebie humanistami stanowi staroegipskie hieroglify, przy okazji rozpowiada wszem i wobec to, co jej ślina na język przyniesie. I oto ostatnio nawinęłam się jej na język ja. Nie tąpnęłoby mną to wielce, gdyby owa pani na tapetę wzięła moją nietwarzową fryzurę, niewyparzony język czy niepoukładane życie - guzik ją to powinno obchodzić, ale ludzie mają we krwi gadanie. Pani owa zahaczyła jednak o moje nauczycielskie kompetencje, tych zaś, jako niejęzykowiec i jako osoba niemówiąca w obcym języku, oceniać nie ma prawa, podobnie jak ja nie oceniam jej bycia matematyczką. Tym bardziej, że zdarzały się sytuacje, w których broniłam jej stawiając czoła wielu osobom, bo pani wrogów ma niemało. I tym sposobem będziemy się kurczyć ze wstydu wszystkie trzy, a największą karą za grzechy będzie wspólny kocioł.
Sama się jednak nie będę w przepastnym kotle na dnie piekła spalać. Jestem pewna, że dołączy do mnie dziewczę przeze mnie przez trzy lata marnie wychowywane. Ona też się ze wstydu skurczyć powinna, choć pewnie nie zdaje sobie z tego sprawy, nabluzgała bowiem portalowo na kogoś, z kim nigdy nie miała do czynienia, nawet przez chwilę, nie była więc upoważniona do przyklaskiwania opiniom innej uczennicy. Tamta zresztą też pozwoliła sobie na zbyt wiele, więc pewnie się z nami nieco podsmaży - czasem może warto się nieco pouczyć, zamiast jedynie marudzić, że nauka sensu nie ma, bo i tak odniesie się na egzaminie porażkę. A ta konkretna nauczycielka tłumaczy przedmiot, jak wynika ze statystyk, dla maturzystów najtrudniejszy metodą jak krowie na granicy. Wiem, bo na jej lekcji byłam i zrozumiałam zagadnienie. W odróżnieniu od dziewięćdziesięciu procent pozostałych, pardon, krów. Cóż, kiedy pani owa, choć tak cierpliwa w upraszczaniu czegoś, co dla większości nazywających siebie humanistami stanowi staroegipskie hieroglify, przy okazji rozpowiada wszem i wobec to, co jej ślina na język przyniesie. I oto ostatnio nawinęłam się jej na język ja. Nie tąpnęłoby mną to wielce, gdyby owa pani na tapetę wzięła moją nietwarzową fryzurę, niewyparzony język czy niepoukładane życie - guzik ją to powinno obchodzić, ale ludzie mają we krwi gadanie. Pani owa zahaczyła jednak o moje nauczycielskie kompetencje, tych zaś, jako niejęzykowiec i jako osoba niemówiąca w obcym języku, oceniać nie ma prawa, podobnie jak ja nie oceniam jej bycia matematyczką. Tym bardziej, że zdarzały się sytuacje, w których broniłam jej stawiając czoła wielu osobom, bo pani wrogów ma niemało. I tym sposobem będziemy się kurczyć ze wstydu wszystkie trzy, a największą karą za grzechy będzie wspólny kocioł.