Zakochałabym się, wyszeptała dziewczynka uniesiona październikową wiosną. Zgłupiałaś doszczętnie, odkrzyknęła nieodrywająca się od ziemi czterdziestolatka. Wszystko to na pewno dlatego, że piję jabłkowe piwo, po raz tysięczny słucham płyty z piętnastego października, wiję się po pokoju jak Thom Yorke, a za oknem kwitną stokrotki. Lewituję gdzieś poza powinnościami, zawalam terminy, zostawiam wszystko na ostatnią chwilę. W zamian wzuwam zapomniane adidasy i biegnę przyszarzałym lasem, ledwie łapiąc dech. Kolekcjonuję wyduszone ze zmęczenia endorfiny, wymyślam utopijne scenariusze, kurczą mi się łydki, szura pod nogami złotoruda ścieżka, wiruję na jej środku, zamykam oczy, na własność mam cały świat. Śmieję się w głos i co z tego, że dzieciak z domu oddalonego o dwa patrzy na mnie podejrzliwie, bo musiałam się między wczoraj a dziś najeść szaleju, wcześniej przecież nie zachowywałam się aż tak. Generalnie niewiele mnie obchodzą reakcje otoczenia, dzielę się swoją euforią na prawo i lewo, i kompletnie mnie nie rusza, że przedzierzgam się w przeenergetyzowanego wariata. Popadam ze skrajności w skrajność, ze skażonej malkontenctwem marudy błyskawicznie zmieniłam się w napompowaną opioidami szczęściarę. Uśmiechniętą, wiecznie gadającą, nieustannie śpiewającą pod nosem, rozanieloną. W gruncie rzeczy już zakochaną. I czy to ważne, że niekoniecznie wiem w kim?
27 października 2013
14 października 2013
Lubię. Szalenie lubię..
Lubię. Szalenie lubię być, z kim jestem. I niezmiernie cenię sobie aktualną nieznośną lekkość bytu, choć wydawać by się mogło, że lepiej czuję się w przyciężkiej depresyjnej aurze. Poranne zniechęcenie, wywołane przeziębieniem i musem pójścia do szkoły, podczas gdy cała Polska świętuje poza szkolnymi murami, uleciało w niepamięć, zamalowane rudością drzew, kaczą nadpobudliwością i fantastycznym towarzystwem tych, którzy chcą pobyć razem pomimo codziennego zagryzania się. Lubię spędzać nieformalnie czas z ludźmi, z którymi pracuję. To oni trzymają mnie w miejscu, które niejednokrotnie przyprawia mnie o furię niewartą funta kłaków. Nic to, że czasem drę z nimi koty. Nieistotne, że różnimy się poglądami niejednakimi jak dzień i noc. Nieważne, że wściekam się na ich schowane w piasek głowy. Liczy się fakt, że dzwoni ostatni dzwonek, za szkolnymi drzwiami zostawiamy niesnaski i jedziemy w plener wódkę razem pić.
Lubię. Szalenie lubię być, z kim jestem. Mam jakieś nieopisane szczęście do ludzi. Wbrew mojej paskudnie kłótliwej naturze, żyję w zgodzie z gremialnie nielubianą matematyczką, z bibliotekarką żywcem przeniesioną z jesieni średniowiecza, z zadufaną w sobie księgową, z nieposiadającą krztyny dystansu do siebie polonistką, z masakrującą rodzimą mowę pedagożką o duszy urzędnika idealnego, z molestującym mnie o postne piątki księdzem, z wiecznie nadąsanym biologiem, z germanistką buchającą nieokiełznanym chaosem. Wszyscy oni w niewiadomy sposób radzą sobie z moim rozedrganym ego, tolerują moje histerie i fanaberie, znoszą powykrzywiane teorie i beznadziejnie marudne dni.
Lubię. Szalenie lubię być, z kim jestem. Przegadywać czterdziestopięciominutowe wychowawcze, jakby trwały kilka chwil, kontynuować dyskusje na przerwach, na portalu, nad zalewem, w lesie, gdzie tylko się da. Mam szczęście do rozgadanych klas, do młodych ludzi dzielących się ze mną opiniami wyważonymi i nie. Nie moderuję swoich i ich emocji, czasem staję przed nimi nieosłonięta, czasem oni obnażają swoje złe sny. Temat nie robi nam różnicy, możemy roztrząsać patriotyzm, seks na półmetku, skutki Krokodila, sukces Demonologii II i dlaczego między jednym a drugim tysiącem warto w człowieczeństwie tkwić. Najpiękniejsze w każdej z moich klas jest jednak to, że naprawdę lubią ze sobą być.
6 października 2013
Liczba pojedyncza..
Mam nadzieję, że wczoraj uruchomiono szkolny piec, bo od tygodnia od ósmej do czternastej zamarza mi mój piękny umysł. Powinnam ubić interes z moim jestestwem i w zamian wynegocjować zamrożenie emocji. Obiecałam sobie solennie, że szkoła nie będzie mnie z równowagi wyprowadzać i słowa dotrzymuję: cokolwiek się nie dzieje, zachowuję względnie stoicki spokój, choć od początku lipca miałam już okazję do co najmniej dziesięciu napadów furii i histerii. Nie, wciąż jeszcze nie schowałam głowy po szyję w piasek i głośno dzielę się tym, co mi ślina na język przyniesie, usilnie się jednak staram zachować poprawne formy i normy. Co udaje mi się w pracy, średnio wychodzi w domu. Zmęczona jestem stekiem dobrych rad i wytyczaniem mi życiowych dróg przez bojaźliwego właściciela wenusjańskich emocji, który swojej codzienności nie potrafi skierować na właściwy tor. Odzwyczaiłam się od liczby mnogiej, nauczyłam celebrować pojedynczą, bluszcze lubię na ścianach stareńkich domów, na mnie jakby mniej. Jednocześnie przykuta do potrzeby świętego spokoju, eksploduję na razie cichuteńko, z niecierpliwością wyczekując chwili, w której wybuch rozniesie wszystko w drobny mak. Ale to za moment, najpierw skorzystam z dwóch wyłaniających się zza zakrętu szans.
--
gwałcę przycisk replay
Subskrybuj:
Posty (Atom)