27 listopada 2011

O germańskiej nazwie zawierucha..

Skleroza osobista, papużka-ze-mną-nierozłączka, bez której jak bez ręki, tak we mnie wrośnięta, przepoczwarza się w czarną dziurę, w której gubię w niechronologicznym porządku ułożone myśli, potrzebne w danej chwili słowa i torebkę wypełnioną najpotrzebniejszymi rzeczami. Zakumplowany, wydawałoby się, diabeł przykrywa ogonem przedmioty i duszy tęsknoty, szyderczo sycząc do ucha, że czas odklepać nowennę do świętego Antoniego od rzeczy zagubionych, inaczej gwarantowana w moim mózgu o germańskiej nazwie zawierucha. Jeśli, pókim jeszcze młoda i do umierania nieskora, blog ten zamilknie na wieki, będzie jasne, że wyszłam z domu, znajomego jak własna kieszeń, i zaginęłam w pipidówkowym zakamarku, gdzie po czasie odnajdzie mnie znajomy znajomego, odprowadzi do Duńskiego, a ten przykuje mnie do telewizora, żebym mogła ćwiczyć pamięć identyfikując identycznych bohaterów serialowej papki.

21 listopada 2011

13 listopada 2011

..nie wiadomo jak

Jest mi nie wiadomo jak.

Ubrana w rudości jesień napełniła mnie zachwytem, jeszcze bardziej rozanieliło mnie jej słoneczne ciepło. Żałuję, że nie da się go skumulować gdzieś pod skórą, a potem dozować sobie w chłodne wieczory wraz z kawą, kocem i książką. Jeszcze mocniej żałuję, że urodziłam się w miejscu, gdzie ciepło króluje przez kilka żałosnych miesięcy, by przez resztę roku przejmować zimnem do szpiku kości, taplać w błocie, zraszać rzęsistym deszczem czy owiewać halnymi. Najmocniej zaś żałuję, że nie jestem obrzydliwie bogata. Wtedy kręciłabym ciepłą stroną globusa i paluchem trafiała w miejsca tropikalne. Albo przynajmniej błogo ciepłe. I wcale nie iściłoby się krakanie blipowego znajomego, wieszczącego mi lądowanie w Liberii czy innym Hondurasie. Zresztą, umówmy się, mając kasy jak lodu w zaniedbanej lodówce, i tam znalazłabym dla siebie miejsca poza zamętem, gdzie kule nie świstałyby nad moją spragnioną słońca głową. Bez ustanku marząc o krajach, gdzie i pod mostem rzyć by mi nie marzła, codziennie rano w samym swetrze biegnę robić zdjęcia oszronionym liściom, wieczorem zaś uwieczniam setny zachód słońca nad płotem sąsiada. Pochłonięta już nie pasją, a - wedle Duńskiego - obsesją fotografowania, widzę piękno nawet w skostniałym T-shircie, zostawionym na nocnym mrozie wskutek niepomyślenia. Ba, z niemałym zdziwieniem łapię w przelocie myśl, że nie mogę się doczekać śniegu, po którym będę biegać w pobabcinych bamboszach, łapiąc każde jego skrzenie.

Jak wspomniałam poprzednio, rozszczepienie potrzeb towarzyszy mi na też w pracy. Po piętnastu latach za biurkiem, najchętniej wyszłabym z klasy trzaskając drzwiami i zostawiając kilku ekstremalnych pępków świata ze słowami niepowstrzymywanymi, mało parlamentarnymi i zupełnie niedyplomatycznymi. Zakochane w sobie małolaty drażnią mnie paskudnie, tym bardziej, że nijak sobie owej miłości własnej wytłumaczyć nie potrafię, dostrzegając w tych akurat egzemplarzach jedynie kupę nieuctwa, rozwydrzenia, rozdęcia i zwyczajnego buractwa znamiennego dla rozpieszczonych bufonów. Tymczasem stroję słowa w nie zawsze zrozumiałą dla zainteresowanych ironię, gdzieś z tyłu głowy szukając sposobu na przekłucie napompowanego szczeniackiego ego. Czynami, na znalezienie drogi dla słów mam małą nadzieję. Jednocześnie, nie czuję potrzeby zmiany pracy. Ba, szukam sposobu na zabicie wypalenia, pakując energię w rozpoczęcie projektu, któremu kolega - bazując na własnych doświadczeniach - nie wróży powodzenia, a na który napaliłam się niczym nieskażony zniechęceniem początkujący belfer - entuzjasta. I liczę, że uda mi się zarazić kilka osób.

Swoją drogą, może ktoś ma doświadczenie w eTwinningu?
--

próbka ześwirowania, reszta z prawej na flogu

8 listopada 2011

Altruistyczna pipka..

Jakbym trochę w kupę wdepnęła. Tłumaczenie skończone, nawet dość przyjemnie szło, choć wrodzone lenistwo, niezapowiedziane katary, nieprzemożone chęci do drzemania i inne takie rzucały tyle kłód pod nogi, że przekroczyłam termin o tydzień. A szkoda. Szkoda, że nie przekroczyłam o miesiąc, o rok, a może nawet, że nie tłumaczyłam zleconego mi tekstu do końca świata, a przynajmniej do emerytury. Nadszedł bowiem moment zapłaty, w którym okazało się, że zwyczajnie głupio mi zedrzeć skórę z kogoś, z kim na co dzień pracuję. Ba, właściwie można by powiedzieć, że choć zaniżyłam koszt dwukrotnie, a wedle niektórych stawek nawet trzykrotnie, i tak głupio mi było chować pieniądze do kieszeni, czego nie omieszkał skrytykować Duński, głośno i dobitnie zresztą. I ma rację: altruistyczna pipka jestem, ot co.

Jednocześnie w związku z tym, że ostatnio rzygam idąc do szkoły - z powodu uczniów, co jest niesłychane - od biedy mogłabym zostać tłumaczem. Przy odpowiedniej liczbie zleceń, nie umarłabym z głodu i chłodu pod mostem. I mogłabym tłumaczyć nocami, żeby mi się nie śniły pulsujące od zbytniego gorąca piece centralnego ogrzewania w moim własnym domu i sinusoidalne trzęsienia ziemi.