Zgodnie z wytycznymi mojego ulubionego mohera, przeprowadziłam się w środę, choć stało się tak bardziej przez przypadek niż wskutek świadomego działania. Jakkolwiek by nie interpretować fart bądź niefart wybranego dnia, sen ze środy na czwartek miałam co najmniej durny, dlatego cieszę się, że nad przesądami przechodzę najczęściej do porządku dziennego, nie zastanawiając się nad ich dziesiątym dnem. Zdecydowanie wolałabym nie być w ciąży, która mi się przerwszonocnie wyśniła. Nie ukrywam, że stałam się szalenie wygodną czterdziestolatką, celebrującą swoją samotność, w której mogę robić co i kiedy chcę, a którą ewentualny mały człowiek wywróciłby na lewą stronę, równocześnie przekopując mój nowo nabyty święty spokój. Zresztą, mam już swoje lata i niekoniecznie wierzę w wiatropylność. Tak waśnie, decyzja o liczbie pojedynczej właściwie została podjęta i liczę, że wzmożona skłonność Duńskiego do czulszych gestów rozpłynie się w powietrzu wraz z powiększającą się między nami odległością, i emocjonalną, i fizyczną. Po jakichś pięciu latach przyduszania przez finansową niepewność, męską na tym punkcie drażliwość i niemożność spełniania własnych marzeń, nareszcie chcę odetchnąć swoim powietrzem. Stopniowo przedzierzgnęłam się w egoistkę niemal doskonałą, kocham siebie miłością wciąż rosnącą i obawiam się, że w okolicach pięćdziesiątki trudno będzie ze mną wytrzymać, chyba że spełnią się moje mrzonki o zakochaniu po czubki uszu, co mnie uczłowieczy, albo ziszczą się plany moich zatroskanych koleżanek, planujących rychłe wyswatanie mnie z kawalerem, którego wybiorę podczas parapetówkowego castingu. Opcja druga ma jednak jeden słaby punkt, znajome bowiem wydają się nie słuchać moich sugestii, że tym razem kawaler musi być wyjątkowo bogaty, inne cechy schodzą na drugi plan. Bogactwo to nie może być jednocześnie byle jakie, bo skoro poświęcę ulubioną samotność, chcę w zamian jeździć dookoła świata, a potem wygrzewać emeryckie kości na Bora Bora.
--
Internet mam wyjątkowo, wrócę jak mi zainstalują stałe łącze.
o rany Tanya Ty wierzysz, że my doczekamy emerytury ??? bo ja nie wierze. Do 67 roku życia to mnie wykończy albo moja praca albo inne czynniki albo zespół różnych czynników w połączeniu. Nawet jak bym była bogata i mogła potem zwiedzać świat to nie doczekam. Poza tym na emeryturę nie liczę z ZUS i Ty też nie powinnaś być naiwna :)
OdpowiedzUsuńEhhhh ...
Masz 40 lat ??? gdzieś mi to umknęło :) cieszę się, że już po przeprowadzce chociaż nie cieszę, że tak się z Duńskim podziało ...
To teraz już nie mieszkacie razem ???
Polluśka, jak myślę, że los będzie złośliwy i pozwoli nam dożyć, niestety. Ale już mam awaryjny plan (w razie niepoznania kawalera): skoczę z mostu. Mam jednak wybrać most nie tylko wysoki, ale i rzekę głęboką, bo jak się nie zabiję, to utonę - rada moich kochanych dzieciorków. Na szczęście, najpierw stwierdziły, że mnie ratować będą ;))
UsuńCzterdzieści stuknęło mi w styczniu, za chwilę czterdzieści jeden będzie. A Duński wyprowadził się jakiś tydzień temu. Nie wiem, czy z tego powodu szaleję z radości, ale zwyczajnie odetchnęłam.
aha no to jak odetchnęłaś to się należy cieszyć, że tego kamienia już u szyi nie dźwigasz ... a kawaler czy ja wiem, może się trafi jakiś nie kawaler z odzysku ale do rzeczy ....
UsuńPopatrz na mnie nie byłam panną a Lu nie narzeka. Nie jestem taka najgorsza ;D
Z tym kawalerem to raczej żart, póki co, nie wyobrażam sobie, że się ktokolwiek koło mnie szwenda, dłużej odpocząć muszę. Choć kilka dni temu zrobiło mi się dziwnie na myśl, że teraz już będę sama do końca życia. Ale... zdaje się, że bardziej mnie zdołował fakt samotności w pipidówce niż samotności jako takiej.
UsuńChyba warto o Bora Bora lub innej ciepłej wyspie pomyśleć wcześniej, bo nawet jeśli się szczęśliwie doczeka emerytury, to za emeryturę nie wiem czy się tam w ogóle doleci, a co dopiero spędzi choć jeden dzień...ehh Więc podzielam Twoje zdanie, że jakby coś, to coś za coś ;DDD
OdpowiedzUsuńPrzelatywała mi myśl przez głowę, że w państwie Duńskim nie dzieje się najlepiej...Wciąż mam w pamięci- jak i Twój stary blog -jak walczyłaś o tę miłość...
Przeminęło...jednak to prawda, że wszystko przemija...
Kochaj siebie, bo naprawdę warto. Wszak życie mamy tylko jedno!
Obawiam się, że bez odpowiednio zasobnego kawalerskiego portfela nie mam co myśleć o wyspach gorących: z różnych powodów się nie przelewa. Nieprzelewanie się to zresztą chyba główny powód złego dziania się: zaczęłam mieć dość. W początkach człowiek wierzy, że się jakoś ułoży wbrew wszystkiemu, potem dostrzega rysy. Mogłabym walczyć wciąż, ale nie chce mi się. Po prostu.
Usuńgdybym teraz była u Ciebie to bym przybiła piątkę z Tobą jeżeli chodzi o tę egoistkę kochającą siebie. pod tym względem jestem ekspertem;)
OdpowiedzUsuńkiedyś w pracy rozmawiałam z moimi współtowarzyszkami w niedoli - jak one zaczęły rozmawiać kiedy należy się wyprowadzać i wprowadzać, że na początku musi być wniesiony stół i te inne zabobony...i jak ja się cieszę że nie wierzę w te bzdury. wierzę w jedną rzecz - szczęście tworzymy my sami. więc - życzę szczęście w nowym mieszkaniu:))
Pod tym względem i ja jestem ekspertem. Zakochuję się w sobie w tempie szaleńczym, co mnie kapkę niepokoi, bo naprawdę się stanę nie do zniesienia. Póki co, mam jednak do siebie dystans: zmartwię się, kiedy zacznę się traktować poważnie.
UsuńHmm, nawet nie pamiętam, co u mnie zostało wniesione najpierw. Pewnie żyrandol ;)
I dziękuję, na razie jest mocno szczęśliwie.
egoizm to już teraz nie wada. to styl życia. a jakie masz kolory ścian w mieszkaniu?
Usuńmoja babcia jest bardzo przesądna i przez to nieszczęśliwa.
i zazdroszczę Ci jak już to kiedyś chyba albo ja albo Ty powiedziałaś tego niepalenia w piecu:)
Taki jakiś jasny krem mam. W dużym pokoju jedna ściana do tego ciemny beż (albo jasny brąz), a w małym jedna jest soczystym melonem (czyli dość wściekłym pomarańczem).
UsuńTak, można się nabawić nieszczęśliwości, kiedy człowiek musi cały czas uważać, żeby nie zrobić czegoś wbrew szczęściu...
Oj,Tanya...Żebyś nie wyprorokowała....Coraz bardziej Cię rozumiem...
OdpowiedzUsuńNie wyprorokuję. Jeśli o ciążę chodzi. Wyspy gorące jednak wyprorokowałabym bardzo chętnie!
Usuńkiedyś też kochałam moja samotność i byłam pewna, że to moje najlepsze lata. do czasu....
OdpowiedzUsuńa ty z duńskim...tyle lat i prysk!
Nie takie nagłe to pstryk, obawiam się...
UsuńNie zarzekam się, że będę sama zawsze. Na razie jednak celebruję :)
Hmmm... i teraz nie wiem zali jest tu przepijać za co, czy wręcz przeciwnie: przeciw czemuś...
OdpowiedzUsuńKłaniam nisko:)
Za coś, Wachmistrzu, za coś zdecydowanie: za życie po nieżyciu :)
UsuńBora Bora, mówisz... Ja bym wzięła Seszele:)
OdpowiedzUsuńA miłość do siebie samej to rzecz bezcenna:)
Seszele też mogą być. Generalnie wszystko się kwalifikuje, byle ciepłe było.
Usuńja to we wlasna emeryturke juz przestalam wierzyc :D
OdpowiedzUsuńCzas leci jak wściekły, do mojej mi nie tak już więc daleko, to i myśleć zaczynam. Ze zgrozą!
UsuńA może z tej ciąży nie dziecko, a co innego miałoby się urodzić ;)
OdpowiedzUsuńNa przykład? Jestem ciekawa propozycji :))
UsuńChoćby pomysł, gdzie tego bogatego kawalera znaleźć, który by Bora Bora miał w planach ;)
UsuńWidzisz, na parapetówkę każda z siedmiu pań miała przyprowadzić kawalera, bez niego miały nie zostać wpuszczone. Ale ja miękka jestem, ech. Potem się tłumaczyły, że kawalerowie przeszkadzaliby w piciu. Tylko kto im powiedział, że by z nami siedzieli? Obejrzałabym i do widzenia, niech stoją w kolejce po randkę!
UsuńPrzeżłem, Tanyu, ponad 60 lat, a też mi się marzy... Na pocieszenie mam tylko tyle, ze dzięki mej posturze (wg norm University of Harvard) jestem nieźle rozwiniętym trzynastolatkiem!
OdpowiedzUsuńZapraszam na wywiad z Leszkiem, którego gościnny post ukaże sie umnie wkrótce.
ściskam
Swego czasu jeden uczniak powiedział mi, że wyglądam na czternaście lat - nie potraktowałam tego jak komplementu. Wolę, kiedy mi mówią, że mam lat 26. Jakoś uznaję to za optymalny wiek.
UsuńWas zaś odwiedzę, jak się ogarnę po niemaniu sieci przez za długi czas ;)
A no mówią, że pieniądze szczęście nie dają ;)
OdpowiedzUsuńNigdy się z tym do końca nie zgadzałam ;)
Ja się zgadzałam, jak byłam młodsza i głupsza; teraz wiem, co dobre! :))
UsuńHehe :P Pieniądze może same w sobie dobrem nie są ;) W końcu najczęściej grube pieniądze śmierdzą, a małych wciąż brakuje. I najczęściej są przyczyną zmartwień.
UsuńA niech sobie śmierdzą, takim smrodkiem nie pogardzę ;)))
UsuńNo jak dają to się bierze :P
UsuńNo właśnie dawać nie bardzo chcą...
UsuńFaktycznie, Tanyu, całkowicie się przenicowałaś, na dodatek stałaś się kobiecym Narcyzem. Życzę Ci bogatego kawalera i wyjazdu na Bora Bora, choć nie wiem, jak tam jest. Muszę sprawdzić w internecie.
OdpowiedzUsuńBuziaczki dobrze życzące.
Jakkolwiek by tam było, Aniu, ciepło jest na pewno, a tego najbardziej będą łaknęły moje emeryckie kości!
UsuńTak, narcystycznie jestem usposobiona ostatnio niewątpliwie.
Buziaczki jednak z kapką dystansu do siebie i całej mojej miłości własnej.
8 lat różnicy między nami, a scenariusz taki sam. I niech będzie ten bogaty kawaler, Bora Bora, święty spokój i co tam jeszcze chcesz :)
OdpowiedzUsuńNa razie żadna z opcji się nie trafiła. Kawalera i Bora Bora wkładam między bajki, liczyłam jednak bardzo na święty spokój. A tu się odkleić pan D. średnio chce.
UsuńEmerytura... Podejrzewam, że niedługo dzieci będą się o niej uczyć w szkole - na lekcjach historii :)))
OdpowiedzUsuńCzyli zmiany pełną parą i na całego. W każdym razie Bora Bora to jest myśl :)))
Tak, albo raczej będą czytały o nich na polskim. W ramach interpretowania tekstów baśniowych ;)
UsuńTak czy inaczej, marzenia o Bora Bora nie są złe.
Sen o ciąży, nie oznacza, że w nią zajdziesz :))), a raczej będzie odwrotnie. Narodzi Ci się jakiś nowy plan. Oby! Pozdrawiam :) Maya
OdpowiedzUsuńNie wierzę w sny, Mayu, więc się średnio tej ciąży obawiam :)
UsuńA plan nowy jest: żyć i swoje marzenia spełniać. Wszystko powolutku.
ee kto dożyje tej swojej emerytury to ja nie wiem...
OdpowiedzUsuńTeż nie wiem, ale naczytałam się, że trzeba łapać marzenia za ogony i nie puszczać.
Usuńcelebruj ile się da, później pozostaną fajne wspomnienia :P
OdpowiedzUsuńCelebruję. I zapominam się, kiedy się da :)
UsuńBora Bora czy inna hola hola wciąż u mnie w sferze marzeń, ale .... marzenia podobno dodają skrzydeł? Mnie to czasem dołują, ale ... nie roztrząsajmy. Wpadłam, by podziękować Ci za wspaniałą blogową (i nie tylko) znajomość. Pamięć mnie, dzięki Ci Panie, mnie jeszcze nie opuściła. Najpierw b. chorowałam, fociłam dla zabicia myśli. Teraz "sztudiuję" zaocznie. No, co? Baba jestem, co nie? A ona sobie zawsze znajdzie cósik, by ponarzekać na brak czasu. W necie więc nie tfożę. Dobrych świąt, Tanyuśka i dobrego N. R. - chlisha
OdpowiedzUsuńJejuniu! Jak ja Ci strasznie tego studiowania zazdroszczę, to nawet nie wiesz. Niestety, finansowy dołek, w który wpędziłam się na własne życzenie, choć za Duńskiego sprawą, sprawia, że nie stać mnie na moją antropologię. Kiedyś może... Niech mam kolejne marzenie, a co!
UsuńJa dobrze Cię widzieć! I wesołych, oczywiście, i roku następnego lepszego. Niech nam będzie lepiej i lepiej, Clisheńko :))
Tanyuska, na unijne diengi się załapałam:-) brakuje mi blogowania, ale ... cóż... już coraz mniej "porywcza" jestem, trudno mi się roztroić....nie rezygnuj z antropologii!!!! znajdziesz sposób... ściskam... clisha
UsuńPrzyjdzie czas, wrócisz :)
UsuńNie zrezygnuję, ale poczekać muszę. Choćby na uniwersytecie trzeciego wieku, ale się uda, bo tak!
Buziaki.
He he, no to mnie laskę o lasce w binoklach wypatrzysz gdzieś w szacownym audytorium... see you soon :-)
OdpowiedzUsuńZdecydowanie się tam zobaczymy!
Usuń