24 września 2011

Gorzka pewność..

To przekonanie siedziało we mnie od dłuższego czasu, nieprzyjemnie zaskakujące jest jednak uczucie nabrania pewności, że atmosferę paranoi budujemy sami, choć cała wina skrupia się na dyrekcji. Fakt, ona potrafi być nieprzyjemnie złośliwa, lubi pogniewać się niczym histeryczna małolata, nie znosi podważania swojego zdania, często grając alfę i omegę, sprowadzając nas do poziomu niemających prawa głosu maluczkich, ma swoich pupilków, a tych, którzy raz podpadli niejednokrotnie przez długi czas traktuje jak powietrze i nie docenia, choćby na rzęsach stawali, starając się działać na różnych polach zawodowych, jednak nie jest osobą, której należałoby się panicznie bać. Niestety, część osób, dorosłych i, jakby nie było, wykształconych i ogładzonych, drży na sam jej widok, zniżając głos, zawieszając rozmowę czy tłumiąc zdrowy śmiech, gdy się pojawi. Pozwalamy się tłamsić, w jej obecności niejeden raz przebieramy nóżkami niczym mające coś za uszami uczniaki, malejemy na własne życzenie. Kiedy dyrekcja wchodzi do pokoju, atmosfera staje się podobna panującej w rodzinnym grobie. Odważni stajemy się za jej plecami. Sama dyrekcja zaś, widząc świetnie, że może pozwolić sobie na coraz więcej i więcej, wykorzystuje sprzyjające warunki i narzuca własny, nie zawsze jedynie słuszny, kierunek. My zaś wmawiamy sobie, że to ona nas gnębi, podczas gdy w głównej mierze terroryzujemy się sami. Od wewnątrz.

18 września 2011

...w składzie porcelany uczuć

Biorąc pod uwagę umiejętność okazywania współczucia jestem... no, może nie zimna jak ryba, ale na pewno miotam się niczym słoń w składzie porcelany. Chciałabym być ostrożna, nie potłuc cudzych emocji, ale i tak zrzucam z półek niezręczne słowa i zahaczam cielskiem o koślawe gesty. W słuchaniu jestem dobra, chłonąć słowa zroszone szlochem mogę nieograniczenie. Jednak zaatakowana cudzym nieszczęściem czuję, że cokolwiek bym nie powiedziała i jakkolwiek bym się nie zachowała, moje pocieszanie ociera się o banał i zamiast pomagać, razi nienaturalnością. Być może osoba pocieszana, zaaferowana własnymi łzami i nawałem nieszczęśliwych myśli, nie zauważa mojej nieporadności, ja całą sobą czuję chcę ucieczki w miejsca... nie, niekoniecznie szczęśliwe, samotne raczej, bo przecież nie od ludzkiego niefartu chcę uciec, a od oczekiwań, że znajdę sposób, by uzdrowić zgnębioną duszę. Jak bowiem znaleźć odpowiednie zdania, skoro w danej chwili rozmiar ludzkiego dramatu jest nieopisany? I jak zdobyć się na czuły gest, kiedy rozmiar mojej niedotykalności jest nieogarniony?

Generalnie nie znoszę kontaktu fizycznego. Krępuje mnie, kiedy ktoś rzuca mi się na szyję - dwa czy trzy wyjątki, jak mówią, potwierdzają regułę, - gdy miętoli moją dłoń podczas rozmowy, gdy kładzie mi rękę na kolanie, głaska po policzku, gładzi włosy. Równie niezręcznie czuję się, gdy ktoś oczekuje ode mnie podobnego zachowania. Można sobie więc wyobrazić, jak źle jest mi w sytuacji, w której ktoś wypłakuje się na moim ramieniu - pardon, - smarkając mi w rękaw, rozsmarowując swój makijaż na moim czole, rosząc łzami moją szyję. Wiem, zabrzmiało zniechęcająco, nic jednak na nie poradzę na fakt, że w takich okolicznościach, zamiast skoncentrować się na zrozumieniu powierzanego mi problemu, bez ustanku opanowuję potrzebę oddalenia się. Zwykle jednak grzecznie siedzę z kołomyją myśli w głowie i czekam, aż łkający się opanuje i wypuści mnie z zakleszczenia, fizycznie i emocjonalnie.

Sama w swoich reakcjach na własne nieszczęścia jestem dość zrównoważona: nie dzielę się większością moich strachów, nie lubię użalania się nade mną, wolę walnięcie pięścią w stół i sprowadzenie mnie do parteru. Na zewnątrz, poza domem, w obecności rodziny nawet, właściwie nigdy nie urządzam histerii, większość mojego emocjonalnego ekshibicjonizmu skrupia się na Duńskim. Czasem sobie myślę, że ten mój chłód bierze się z faktu, iż nie trafiło mi się w życiu prawdziwe nieszczęście, jednak już z chwilą, kiedy piszę to zdanie, wzdrygam się na widok słowa prawdziwy, gdyż każdy dramat jest prawdziwy. Przyprawiająca o spazmy tragedia, mimo iż dla nas może być jedynie niefartem, dla cierpiącego jest najprawdziwsza, przynosi jak najbardziej realny ból, nabija głowę huraganem prawdziwie szalejących myśli, rozdziera duszę brakiem nadziei.

Mimo świadomości powyższego, nie do końca potrafię utożsamić się z częścią ludzkich nieszczęść. Są dla mnie zwyczajnym pechem, który można rozłożyć na czynniki pierwsze, aczkolwiek nie ma potrzeby ronić nad nim morza łez. Jeśli z kimś się znam dobrze, jestem więc niezła w stawianiu do pionu; umiejętność ta niekoniecznie działa w kontaktach ze znanymi odrobinę, tam bowiem włącza mi się opcja dyplomacji i za bardzo staram się znaleźć słowa, które nie dotkną. W tej sytuacji zaprzeczyć muszę przekonaniom kilku osób, że byłby ze mnie świetny psycholog, wczuć się bowiem potrafię w ludzką duszę. Niestety, nie dość, że trywializuję problemy, może się okazać, iż nie jestem w stanie wyrazić konkretnych myśli w obawie, że zostanę źle zrozumiana i pacjent rozpadnie się na kawałki drobniejsze niż rozsypka, w której przyszedł. Mówią wprawdzie, że trzeba dotknąć dna, by mieć się od czego odbić, ale nie sądzę, by rolą specjalisty było metodyczne wbijanie nieszczęśnika głębiej i głębiej w muł.
--
Przeczytałam powyższe i wyszło, że jednak jestem jak ryba, a to nie całkiem tak. Powiedzmy, że mam w sobie spore pokłady empatii, tylko ubrać jej w słowa i gesty nie potrafię, i nie lubię nią przesadnie szafować.

13 września 2011

Dynda bies, dyndam ja, dynda kotka - niczym w snach..

Dyndam. Błądzę sobie zawieszona między niebem a ziemią i zamaszyście macham nogami, choć nogami nie powinno się machać, bo wtedy człowiek kołysze do snu diabła, jak mawiała moja świętej pamięci babcia. Ponieważ jednak z czartami jestem za pan brat, do pakietu dorzucam kołysankę. Fałszuję kapkę, ale w żółtych ślepiach biesa nie dostrzegam irytacji, zatracam się więc w moim mruczandzie. Aaaa, koty dwa, rude, wredne, pełne zła. Diablę przymyka oczy, a ja spoglądam na zatłoczony padół łez i odgaduję, co się w ludzkich głowach roi. Nie zazdroszczę człowiekowi niepewności, niepokoju, niezdecydowania. Bo ja myśli mam właściwie beztroskie, bliższe obojętności niż zamartwianiu się, choć późnymi wieczorami, kiedy pełnia rozjaśnia umysł i spać nie mogę - z rzadka, bo zmęczona wrześniem, śpię jak niedźwiedź w czasie śnieżnej zimy, - czasem napada mnie trwoga, że przyszłość nie będzie namalowana różową farbą. Może to i lepiej, wmawiam sobie, wszak róż mnie mdli. Zdecydowanie wolę przygaszone brązy. Tymczasem wpadłam jednak w katatoniczny stan nieanalizowania i koło nosa lata mi gama kolorów malująca etapy w moim życiu. Dyndam więc, macham nogami, mruczę kołysankę.

Zapewne dla towarzystwa wczoraj po południu czarny jak smoła podrzutek płci żeńskiej zadyndał na śliwie. Pewnie się zakleszczył między rozwidlającymi się pniami, zawyrokował listonosz, zanim jeszcze zobaczyłam sprawczynię zamieszania. Dałabym sobie rękę uciąć, że to Nikita, najmłodsze diablę w kocim stadzie, znów wsadził nos, gdzie nie powinien, miauczeniem wniebogłosy oznajmiając okolicy, że krzywda dzieje mu się wielka. Ledwie dostrzegłam czarną plamkę na poczerniałym pniu. Kotka dała się pogłaskać po łebku, łypnęła na mnie wielkimi jak pięciozłotówki oczętami i powróciła do darcia mordki. I do dyndania. Pomna wydarzeń, kiedy młodociany Kitajec ugryzł mnie w palec, kiedy chciałam chwycić go znienacka, poszłam po rękawice, tymczasem czarna znajda ucichła i zwabiona naszym wątpiącym kici kici zeszła ze śliwy, przybiegła na ganek, wtrąbiła kilka kulek suchej karmy, wieczorem zaś świdrującym miaukiem wymusiła wpuszczenie ją na noc do domu - inaczej spać by nie dała, drąc japę pod oknem, - pokręciła się w kółko i zaległa Duńskiemu na brzuchu. I tym sposobem już jest nasza. Ewidentnie ktoś, komu dyndał jej los, ją nam podrzucił.

Dynda mi przed nosem dzisiejszy sen. Jak wahadło, zbliża się i oddala, wciąż jednak pozostając w zasięgu wspomnień. Są sny, które męczą bardziej niż niejeden koszmar o diabelskich nasionach ułożonych u moich stóp. Czart, któremu mruczę kołysankę jest bowiem niczym malarstwo Salvadora Dali, zaś perspektywa wyjazdu do Anglii, choć mało prawdopodobna, nie jest aż tak dalece abstrakcyjna. We śnie osaczała mnie niczym , nie chciałam jechać, Nie wyśniłam wprawdzie powodu niechęci, była ona jednak tak wielka, że już spakowana i z dłonią na klamce, z rozkoszą posłuchałam głosu proponującego, by usiąść przed podróżą. Przysiadłam na chwilę, na momencik, byle tylko złapać ostatnie polskie wrażenia i nagle czas skurczył się w mgnieniu oka, a mój samolot odleciał beze mnie. Ja zaś zamarłam w niemym przerażeniu, bo przecież ten wylot ważny był, ważniejszy niż zostanie w kraju. Tutaj czekało mnie bowiem jedynie zawieszenie między niebem a ziemią. Jedynie bezwolne dyndanie.

Słowo dyndać użyte po raz dziesiąty zmienia się w kompletną abstrakcję.

7 września 2011

Wykończenie pasażera oraz bilans strat i strat..

W cywilizacji pop nie warto się kompromitować przed pustą trybuną, jako rzecze Ignacy Karpowicz w wywiadzie dla "Bluszcza" i pewnie dlatego niemałe już grono obserwatorów ogarniętych jest pustym śmiechem nie do powstrzymania. Okazuje się bowiem, że policzenie do dwunastu może sprawiać trudność równą nauczeniu się znaków tradycyjnego pisma chińskiego. Albo niewspółmiernie większą, bo o ile przeciętny Chińczyk jest w stanie w ciągu ponadczterdziestoletniego życia przyswoić sobie ojczyste pismo na tyle, by swobodnie napisać wszelkie najpotrzebniejsze zdania, o tyle pewien ktoś, kto za dokumentację odpowiada, od dwóch tygodni nie potrafi doliczyć się tuzina osób. W tej sytuacji nie ma się co dziwić, że setka pierwszaków jest liczbą niepoliczalną, a za zsumowanie niemal pięciuset uczniów w szkole i przeliczenie ich w rozbiciu na chłopców i dziewczynki w ogóle szkoda się brać, bo i tak wyjdą za każdym razem inne farmazony. Jakby nieco mniej rozbawione zaistniałym rozgardiaszem są ci, którzy na informacjach pochodzących od wyżej wymienionej muszą polegać, przez co przychodzi im świecić oczyma, że nie wiedzą oczywistego. Kapkę mało rozśmieszona czuję się również ja, bo najważniejsze z list, które zostawiłam rzeczonej w lipcu rozpłynęły się w powietrzu, a te, które pod koniec sierpnia ponownie oddałam jej do rąk własnych, są ignorowane, wszelkie zaś poprawki, dopiski i odpisy czynione są na wykazach zupełnie nieaktualnych i nieuaktualnianych w sposób rzetelny. Dlatego obawiam się, że użyte wyżej słowo rozgardiasz jest w odniesieniu do jednego z pionów naszej szkoły raczej przesadnie delikatnym eufemizmem. Przez tenże pion moja cierpliwość gimnastykuje się jak Nadia Comăneci, aż ją w krzyżu strzyka, co skutkuje chęcią uzależnienia się od melisy, skosztowania artykułów kolekcjonerskich barwiących świat, skorzystania z urlopu dla poratowania zdrowia psychicznego tudzież odejścia na wcześniejszą emeryturę. Najpewniej jednak machnę na to wszystko ręką, odurzę się świeczką o zapachu zielonej herbaty i będę medytacyjnie wymrukiwać napełniające energią ooo-aaa-ummm-ooo, licząc na to, że nie zaszkodzi, jeśli nie pomoże.

Istnieje ponadto szansa, że znów w pociągu spotkam intrygującego pasażera i, zamiast jedynie oddawać się fantazjom, rzeczywiście pójdę za nim do domu o matowiejących w bladym bladym blasku zachodzącego słońca drzwiach. Popatrzę jak znika on w czeluściach tajemniczego budynku, którego nigdy wcześniej nie widziałam, choć przechodziłam i przejeżdżałam tamtędy setki razy i powinnam znać okolicę na pamięć. Dziwność tej niewiedzy wytłumaczę sobie jednak łatwo ekstremalnym brakiem spostrzegawczości i bez zbędnych ceregieli zapukam do drzwi. Dłuższą chwilę postoję w ciszy, niepewna: odejść czy czekać, aż w końcu szuranie z drugiej strony zdradzi, że pasażer nie wyszedł tylnym wyjściem, zorientowawszy się, że go śledzę. Otworzy mi drzwi i gestem zaprosi do środka, w milczeniu ugości kawą i wczorajszym ciastkiem. Poczuję się nieswojo, nawet ogarnie mnie panika, będę jednak siedziała sztywno na niewygodnym, nieobitym krześle, trawiona ciekawością, wyczekująca historii zapisanej maczkiem kartki, żadna wytłumaczenia dla jego milczenia, dla nieobecnego wzroku, dla domu w miejscu, w którym zwykle rosły pomarszczone żółte róże, teraz uświadomię sobie to wyraźnie. Zerwę się z krzesła, nagle zakręci mi się w głowie i opadnę bezwładnie na krzesło, nie mogąc się ruszyć, z zaschniętym gardłem i rezygnacją w oczach. W oczekiwaniu na straszne, przypomnę sobie, że miałam wysiąść w pipidówce, zjeść z Duńskim kolację, obejrzeć film, przewertować czasopismo, usnąć, śnić. Przydługo jednak nic się nie zadzieje, nie zaleję się krwią z rozciętej czaszki, nie poczuję jego brudnego dotyku, nie wyszarpie mi garści włosów, nie uderzy na odlew w twarz, otworzę więc oczy i zobaczę nad sobą zatroskaną staruszkę ze szklanką lodowatej wody w wysuszonej dłoni. Zemdlała pani tak nagle, usłyszę skrzypiący głos i poczuję, jak woda wilży mi usta. Rozejrzę się podejrzliwie po pokoju, wychylę się, by zajrzeć w głąb korytarza. Nigdzie nie będzie pasażera. Zmarszczę brwi, nie wierząc, że tak po prostu zniknął, nie mógł zapaść się pod ziemię, zapytam więc, gdzie podział się mój niedoszły oprawca. Kobieta zrobi zdziwioną minę, jakby zupełnie nie wiedziała, o czym mówię, a ja stracę rezon i zacznę się zastanawiać, czy to wszystko mi się nie przyśniło. Może z gorąca zasłabłam na ulicy, a miła staruszka udzieliła mi schronienia przed palącymi promieniami słońca? Po kilku minutach kurtuazyjnej rozmowy, wymówię się pociągiem powrotnym. Wyjdę z domku na błyszczącą latarniami i światłami samochodów ulicę, powoli pójdę w stronę dworca kolejowego wiedząc, że nie czeka tam na mnie żaden pociąg i mając w perspektywie spędzoną na hali noc. I wtedy poczuję na sobie zły wzrok. Odwrócę się powoli i spojrzę w oczy stojącemu w oświetlonym oknie pasażerowi. Uciekłaś mi tym razem, więc do spotkania, usłyszę dudnienie w myślach. Biegiem rzucę się ku dworcowi.

Istnieje szansa, że przeżyję to wszystko, a w wtedy ekstremalne doznania szkolne wyblakną w obliczu przeżytego w wyimaginowanym domku koszmaru.

1 września 2011

Pasażer

Niemal spóźniła się na pociąg. Kluczyła wśród podchodzących jej pod nogi ludzi, czując rwący ból w łydkach, który towarzyszył jej zawsze, gdy zbytnio przyspieszała. Reklamówka z książkami i grafitowy garnitur ciążyły, bluzka lepiła się do rozgrzanego słońcem ciała, a cienkie pasma włosów uporczywie wsuwały się pod przyciemnione okulary, łaskocząc nieprzyjemnie w nos i policzki. Niecierpliwym ruchem, nie zwalniając kroku i unosząc ku twarzy to jedną reklamówkę to drugą, próbowała odgarnąć kosmyki, a wtedy ból w łydkach rozlewał się na kostki. Już miała machnąć ręką na pociąg, pójść na kawę z mlekiem i croissanta z konfiturą, ale zauważyła okrągły zegar wskazujący zachęcające dwadzieścia pięć po drugiej i jeszcze przyspieszyła, ignorując bolesne rwanie. Wpadła na dworzec wystarczająco wcześnie, by kupić bilet. Pociąg stał jeszcze dłuższą chwilę, zanim rozległ się beczący sygnał odjazdu. Rzuciła niedbale pakunki, z ulgą zdjęła odparzające stopy sandały, rozparła się z nogami na przeciwległej kanapie i rozrzuconymi na boki ramionami. Powoli odparowywała. Wyjęła książkę, która miała ją porwać, a nudziła raczej i tylko z szacunku dla pisarza brnęła dalej w może i ciekawą historię, opowiedzianą jednak w nieopowiadający jej sposób.

Nie od razu zwróciła na niego uwagę. Siedział po drugiej stronie przejścia wiodącego przez przedziału, nerwowo skubiąc ściskaną w dłoni czarną, sfatygowaną saszetkę. Miał przerzedzone, zaczesane do góry włosy, zmierzwioną brodę i niepewność w oczach. Że też się nie roztopi w tym długim rękawie, pomyślała i wróciła do nużącej lektury. Zmęczone czytaniem i gorącem oczy same jej się zamykały, nie pozwalała sobie jednak na drzemkę w obawie przed przejechaniem stacji. Za oknem migały obsypane soczystą zielenią drzewa, pierzaste obłoki skrzyły się w słońcu, bydło leniwie się pasło, zboże kołysało się delikatnie smagane wietrzykiem.

Donośny głos konduktora wyrwał ją z odrętwienia. Chyba jednak na chwilę usnęła. Mechanicznie podała mu bilet i powróciła do studiowania monotonnego krajobrazu za oknem. Ale musi pan mieć bilet, usłyszała, jak kontroler niecierpliwie podnosi głos, co mi pan tu w ogóle pokazuje? Brodaty pasażer w popłochu potrząsał zapisaną maczkiem kartką, konduktor jednak nie zamierzał czytać, uparcie żądał biletu i groził koniecznością wypisania mandatu kredytowego. Widziała, jak kontrolowany wciska się głębiej w kąt i rozdygotanymi rękoma wertuje plik dokumentów wyrzuconych z saszetki. Szkoda faceta, taki zagubiony, pomyślała i głośno zapytała o cenę biletu do stacji docelowej. Nie wyszło dużo, zaoferowała więc, że zapłaci, bo po co pasażer ma wysupływać dziesięciokrotność ceny przejazdu. I tak już wyglądał jak kupka nieszczęścia. Bilet wypisano, już podawała konduktorowi pieniądze, kiedy jej towarzysz podróży wyciągnął dwudziestozłotowy banknot. No i co pan nie mówi, że ma pan pieniądze?

Przestała zwracać uwagę na to, co się dzieje za oknem, kątem oka obserwowała pasażera po drugiej stronie, pisząc w głowie historię jego życia, zastanawiając się, co go skłoniło do podróży, dlaczego stał się taki wycofany, i wreszcie, co za papier tak kurczowo ściskał w drżącej dłoni. Z rozmysłem przejechała stację, na której miała wysiąść. W mieście szła za nim pewnym krokiem, nawet nie starając się, by jej nie dostrzegł, był tak zanurzony w swoim świecie, że nie widział ludzi wokół. Przechodnie trącali go ramionami, raz krzyknęła ostrzegawczo, kiedy jakby zamroczony przechodził przez ulicę, nie zareagował jednak i tylko refleks szpetnie klnącego kierowcy uratował mu życie. Szedł prosto do celu, do niepozornego domku tuż za kolejowym wiaduktem. Odnosiła wrażenie, że gdy tylko budynek znalazł się w zasięgu wzroku, jego kroki stały się żwawsze, a spojrzenie mniej rozbiegane. Energicznie zapukał, drzwi otworzono niemal natychmiast, równie szybko się za nim zamknęły.

Stanęła niezdecydowana. Co właściwie miała zrobić? Zapukać do obcych drzwi i spytać, co gnębi napotkanego w pociągu mężczyznę? Nie należała do tych wścibskich, którzy nie mieli żadnego problemu z zadawaniem najbardziej intymnych pytań, szanowała przestrzeń innych, wymagała poszanowania dla swojego kawałka prywatności. Tym razem jednak zżerała ją ciekawość. Odtworzyła w pamięci mapę tego wycinka miasta, miała pewność, że tego domku tutaj wcześniej nie było. Nie mogła go przeoczyć, mimo nierzucającego się w oczy wyglądu, prawie wchodził na ulicę, którą przez siedem lat przemierzała trzęsącym się autobusem do szkoły i ze szkoły. Nie wyglądał na nowo wybudowany, raczej przeniesiony z innego miejsca. Tak, olśniło ją, jakby pojawił się tutaj specjalnie dla niego. Bez namysłu ruszyła ku matowiejącym w zachodzącym słońcu drzwiom.