31 maja 2012

Inny wymiar rzeczywistości..

Mikroskopijne miasteczko na wrzynającym się w zalew cyplu. Wioska właściwie. Kilkadziesiąt zgrabnych jednorodzinnych domków rozsianych wzdłuż nieregularnie przetykających miejsce ulic. Kilkanaście piętrowych bloczków, w których gnieżdżą się niechciane dzieci. Stadion, który być może sobie wyobraziłam albo pomyliłam z innym miejscem. Rozpadający się drewniany pomost stawiający dzielnie czoła słonym falom. Chatka na grząskim terenie za moim domem. Siatka odgradzająca ten skromny skrawek mojego dzieciństwa od reszty świata. Inny wymiar rzeczywistości.

Moich rodziców po kraju nosiło. Mama nie zamierzała kultywować marzeń babci o wielopokoleniowym domu, spakowała manele, wrzuciła w samochód bliźniaki i wyjechała na drugi koniec Polski. Nie pamiętam, kiedy i jak się tam z nimi znalazłam, na czas urządzania się zostałam u dziadków. Bywałam tam chwilami, zachowałam jedynie strzępki wspomnień usiane wyolbrzymionymi faktami z pogranicza zapomnienia i snów.

Pamiętam więc zgraję dzieciaków. Chowaliśmy się przed czarną wołgą mającą zabrać nas gdzieś w głąb leżącego za niewielkim paskiem wody NRD. Na paluszkach przechodziliśmy koło rozkładającej się chatki, w której musiała mieszkać pryszczata czarownica, obracająca dzieci w perzynę. Pamiętam Kasię, z którą urządziłyśmy ognisko na porośniętej suchą trawą łące. I płowowłosego Adasia, z którym siedziałam w jednej ławce. I Pawła od pierwszego pocałunku, rozczarowującego zupełnie, bo nie okazał się trzęsieniem ziemi.

Pamiętam też zarośla tuż przy budce pilnującej wejść i wyjść strażniczki, rojące się od ślimaków. Siostra znosiła je do przydomowego ogródka, a te rozłaziły się w nocy w swoje ślimacze strony. I konwalie rosnące w lesie za ogrodzeniem, pachniały tak, że zapierało dech. I orzechy laskowe wypatrzone w drodze na rzekomo istniejący stadion. I jeszcze drogę nad zalew usianą robactwem z czerwonymi pancerzykami; czerwonymi od wyssanej uprzednio ludzkiej krwi.

Pamiętam pluszowego misia z naderwanym uchem i smutnymi oczyma, wystrzępionego i wymiętolonego, zostawionego gdzieś w ciemnej piwnicy, zapomnianego w czasie przeprowadzki. I spacer po nocy wśród przypominających upiory jałowców. I srebrzyste płotki złowione z ojcem, wręcz przyklejały się o haczyka ledwie zarzuciliśmy wędki. I sylwestrową noc z Michałem z sąsiedniego domu, na którą rodzice wyrazili zgodę, choć mieliśmy ledwie może po jakieś osiem lat.

Chciałabym wrócić do tych miejsc? A może do ludzi i wydarzeń...

23 maja 2012

Maturalny rozgardiasz..

Ciężko wykroić czas na bloga w środku sezonu maturalno-rekrutacyjnego. Podczas gdy rekrutacyjny kocioł dopiero się zacznie, matura właśnie dobiegła końca. Obie kwestie są dość bolesne, bo w obu różne podmioty oczekują ode mnie cudu, mnie zaś, w cuda niewierzącej, ciężko je czynić. Oczywiście, niepomiernie większe katusze przechodzą maturzyści, zwłaszcza ci ustni, niemniej żadną przyjemnością jest spojrzenie zdającym w oczy i oznajmienie im, że przykro mi bardzo, ale egzaminu nie zdaliście, a ja wam życzę, by ten był jedynym niezdanym, bo wtedy czeka was sierpniowa poprawka. Niestety, powyższe zdarzyło mi się wypowiadać w tym roku nader często, sumienie mam jednak czyste, oceniłam bowiem zgodnie z ich (nie)wiedzą i narzuconymi kryteriami, i nawet przez myśl mi nie przeszło, by zastosować się do zasady przyjętej przez jedną z większomiejskich szkół, która przepycha przez ustne każdego ze zdających. Egzamin pisemny zdać jest obecnie o wiele łatwiej, dlatego statystki owej szkoły na pewno będą wysoce zadowalające. Tymczasem my będziemy tworzyć opasłe tomiszcza programów naprawczych, w których słowem wspomnieć nie wolno, że większość poległych maturzystów zabrała się za robotę dwa miesiące temu lub czekała na wyżej wymieniony cud. Tudzież liczyła na to, że skoro mi z oczu dobrze patrzy, da się ze mną coś ugrać. Błąd. Ja należę do tych nieczułych, którzy uważają, iż nie każdy Polak musi mieć maturę i dopiero gdy maturalna zdawalność wyniesie 75% uznam to za sytuację normalną. Nie ma bowiem nic zdrowego w sytuacji, w której wszyscy wokół mają stawać na uszach, by dziecię zdało prócz samego dziecięcia. Szczęściem, ostatnioweekendowe sprawdzanie matur pisemnych odbywało się w rozsądnej atmosferze, nie chwalę jednak dnia przed zachodem słońca, bo jeszcze się może okazać, że CKE przyśle mijające się z rozsądkiem wytyczne i trzeba będzie w pracach znajdować coś, czego w nich nie ma.

Inną parą kaloszy jest fakt, że tegoroczni maturzyści o zmianach wprowadzonych na egzaminie ustnym z języka obcego dowiedzieli się mniej więcej rok temu, my natomiast przeszliśmy porządne szkolenie w listopadzie. Jak zwykle MENowi wydaje się, że termin wprowadzenia zmian nie ma żadnego znaczenia, bo dzieciaki wymiatają w każdym nauczanym języku obcym niczym rodowici użytkownicy. Tymczasem dla ucznia słabego każda zmiana jest przeżyciem dość traumatycznym, musi on bowiem wyćwiczyć rodzaj wykonywanego ćwiczenia, więc ministerialni urzędnicy powinni wprowadzać ewentualne zmiany co najmniej na trzy lata przed egzaminem. Nie mówiąc już o tym, że mnie owe zmiany w ogóle nie przekonują, bo matura ustna nie jest brana pod uwagę w rekrutacji na uczelnie wyższe, w związku z tym szkoda było wydawać pieniądze na wymyślenie i rozpowszechnienie nowej wersji, która łączy stary poziom podstawowy i rozszerzony w jedno. Zawsze ewentualnie można było zrezygnować z rozszerzonego i pozostać jedynie przy zestawie podstawowym. Jeszcze inną kwestią jest trudność egzaminu ustnego z języka obcego w porównaniu z banałem matury ustnej z polskiego. W drugim przypadku uczeń teoretycznie przygotowuje osławioną prezentację przez dziewięć miesięcy, po czym na egzaminie można mu zadać pytania jedynie o jego temat zahaczające, na języku obcym natomiast zdający bez zastanowienia musi odpowiedzieć na pytania często trudne, wymagające głębszego zastanowienia i pochodzące właściwie z każdej dziedziny życia.

Sumując, czekam na czasy, w których będzie można dziurkę wywiercić i wiedzę nalać. I proszę sobie darować ewentualne uwagi, że nauczyciel jest od tego, by nauczył. Od nauczenia się jest uczeń, nauczyciel ma uczyć. Bez współpracy sukcesu się nie osiągnie.
--
Jako ciekawostkę dodam, że w ramach oszczędności sięgających wielu zer, samorząd lokalny postanowił zlikwidować grupy językowe w gimnazjach. Tymczasem dyrekcja na ostatniej radzie przeczytała nam przydługie pismo, w którym każe się szkołom zwracać szczególną uwagę na potrzeby ucznia w zakresie nauczania języków obcych i zapewnić im poziom adekwatny do ich umiejętności.

12 maja 2012

Odtrutka na Euro i koko?..

KLIK w fantastyczne wykonanie, dla porównania

Ach, kiedyś to byłam fanką piłki kopanej. Oglądałam każdy Mundial i każde Euro, wiwatując przy zwycięstwach i płacząc nad porażkami prywatnych ulubieńców. Obecnie, kiedy 99,9% procent narodu żyje organizowanym w kraju turniejem, ja mam imprezę w dużej mierze koło nosa. Trudno się jednak spodziewać, że szum wokół wydarzenia zupełnie mnie ominie: tu coś przypadkiem zobaczę, tam coś przypadkiem usłyszę. Takim też przypadkiem przeczytałam w zeszłorocznej Angorze artykuł o, jak się niedawno wyraził pan Tomaszewski, farbowanych lisach w polskiej kadrze. Wypowiedzi byłego reprezentanta Polski, ich wydźwięk, zapalczywość sądów, niewyselekcjonowanie słów kapkę mnie drażnią, jednak nie umiem odmówić mu w tej kwestii racji. Zdaję sobie sprawę, że wiele narodowych reprezentacji ma w swoim składzie piłkarzy o obco brzmiących nazwiskach, jednocześnie - z tego, co wiem - są to ludzie na co dzień mieszkający w danym kraju, wychowani w danej kulturze, od dziecka biegający po boiskach swoich nowych ojczyzn; oczywiście dopuszczam tutaj istnienie wyjątków bądź błąd w moim myśleniu. Niepokoi mnie jednak fakt, że wśród urodzonych w Polsce piłkarzy nie udało się znaleźć dwudziestu sześciu potrafiących składnie kopać piłkę panów. Toż jest nas niemal czterdzieści milionów, z czego niespełna połowę stanowią mężczyźni. Mężczyźni w większości rozkochani w futbolu. Wiem, w dużej mierze w futbolu kanapowym, jednak wielu się znajdzie i praktyków. Cóż, kiedy grają jak grają, a często grają tak, jakby w poważaniu mieli wszystko. Żadna ze mnie specjalistka od profesjonalnego sportu, jednak ja winiłabym za to system wynagrodzeń. Jaką ma bowiem motywację ktoś, kto za samo bycie w klubie zarabia rocznie tyle, na ile ja musiałabym pracować pół życia? Oczywiście, bycie piłkarzem dla zdecydowanej większości jest pracą zawodową, więc wynagrodzenie jak najbardziej im się należy, uważam jednak, że bardziej powinno być uzależnione od efektów i być może panowie piłkarze dostaliby zbiorowego kopa, gdyby w okresach grzania ławy ich pobory zeszły do średniej krajowej. Można by tutaj wysunąć zarzut, że w takim razie każda praca winna być płatna w zależności od osiągnięć, jednak z czego uszczknąć komuś, kto zarabia najniższą krajową czy nieco ponad nią?

Tak jak powyższa kwestia mogłaby mnie zirytować, gdybym poświęciła jej więcej uwagi, zamieszanie opisane poniżej mnie raczej bawi niż denerwuje. Mowa, wiadomo, o nieoficjalnym hymnie, czy zwyczajnie przyśpiewce kibiców, czyli "Koko Euro spoko". Nie przeczę, piosenka jest mocno przaśna, siermiężnie wykonana, ale czteroletnia córka mojej koleżanki już ją podłapała i śpiewa z zapałem, co świadczy jedynie o tym, że melodia wpada w ucho, a słowa nie są łamańcami językowymi, których zagraniczni kibice nie będą w stanie wychwycić. Niemówiący po polsku kibice są przecież jak dopiero uczące się języka małe dzieci. Oczywiście, że wolę wersję zespołu Śląsk, jednak ich wykonanie mogłoby być zbyt monumentalne. Wolałabym też, by konkurs wygrał zespół Poparzeni Kawą Trzy, bo z prezentowanych piosenek ich propozycja najbardziej przypadła mi do gustu. Cóż jednak z mojego wolenia, głosowanie się odbyło i choć opinie są skrajne myślę, że nie ma co z wyboru Polaków, poważnego czy przekornego, robić tragedii na międzynarodową skalę.
W obronie nierobienie z igły wideł posłużę się słowami Krzysztofa Skiby: "Możemy narzekać, że jest wsiowa, ale taki jest polski folklor". Uważam zresztą, że europejscy kibice bardziej będą zainteresowani wrażeniami piłkarskimi niż analizą kilku wersów puszczonego im przed meczem utworu. Przytoczę tutaj słowa jednego z anonimowych komentatorów w sieci o jednej z innych propozycji: "Nie jest zła, ale lekko zamula. Po kilku głębszych nikt tego nie zaśpiewa". Niebagatelny to argument, ciężko się bowiem spodziewać, że mistrzostwa w piłce kopanej obędą się bez alkoholu. Nadmienię jeszcze, że "hymn" który wywołał taką wrzawę słyszałam maksymalnie dwa razy, pozostałe piosenki przesłuchałam dziś na potrzeby notki; przy okazji znalazłam TO. Ale czy to znaczy, że mam żałować, iż nie urodziłam się w Irlandii, bo ich muzyka folkowa (również ta bardziej tradycyjna) mocno mi w duszy gra? Sumując, przyśpiewka stadionowa, która nie jest ani gorsza, ani lepsza od już istniejących wydaje się przesłaniać kwestie, z którymi przyjdzie nam się zmierzyć w czasie sportowego widowiska: gra kadry narodowej, zaplecze hotelowo-logistyczne i zachowanie stadionowych bandytów.
--
I masz ci los: chodzę po domu i nucę "koko koko". Nic to, nucę też "Gdzieżeś ty bywał, czarny baranie?" i "Świniorzysko". Jestem pewna, że nawet odtrutka z Behemota nie pomoże.

7 maja 2012

..w stuletni sen

Udomowione chłodem koty w różnobarwnych i różnopłciowych konfiguracjach, i fikuśnych pozach zalegają łóżko. Jakkolwiek by się jednak do drzemki nie ułożyły, atom nie miałby szans ich obudzić, co najwyżej zmiótłby je z posłania i posłał bezboleśnie do kociego nieba. Duński wydaje się mieć w sobie kocią melodię ku spaniu wszędzie i zawsze. Podczas gdy ja wiercę się w poszukiwaniu wygodnej pozycji, jednocześnie analizując słowa minionego dnia i wędrując myślami po światach alternatywnych do rzeczywistości, on przykłada głowę do poduszki i odpływa w sen. Nie pamiętam, kiedy nie śniły mu się wypełnione grozą wydarzenia, inspirowane filmami o wampirach z kosmosu walczących w wojnie światowej, w której zginąwszy poddawani są pośmiertnemu zeskrobaniu z gleby przez doktora "Bones" Duńskiego co jakiś czas zamieniającego się z nimi miejscami. Tymczasem mnie, kiedy już się umoszczę, między pierwszym, drugim a szóstym przebudzeniem, śnią się wydarzenia abstrakcyjnie przepiękne, w które wplata się wykrzywiona rzeczywistość tak surrealistycznie, że budzę się rano z poczuciem powrotu z dalekiej podróży i żalem, że znów muszę wejść w paskudnie nieoniryczny dzień. A wtedy myślę sobie, że nie miałabym nic przeciwko zapadnięciu w stuletni sen.

3 maja 2012

Sezon na majowe pomieszanie z poplątaniem..

We śnie bardzo fizycznie oplułam jadem kogo należy i mam nadzieję, że to całkowicie zamyka temat niepotrzebnie skołatanych nerwów i pozwala mi na niezakłócone tkwienie w zdziwieniu, że zaokienny bez majowo wybuchł bielą. Nie wiem, skąd bierze się we mnie coroczne przekonanie, że powinien zakwitać fioletem, jednakowoż każdego roku czuję się niezmiennie zaskoczona, czym nie omieszkałam się podzielić ze światem na portalu. Natychmiast na ziemię sprowadził mnie nigdy niewidziany komentator o moim nazwisku tłumacząc, że wszystko zależy od gatunku bzu, a nie od mojego rozpoetyzowania. Nic to, niech się bez obsypuje kwieciem dowolnego koloru, byle kwitł i pachniał, i zachwycał. Z drugiej strony domu miałam niegdyś morze konwalii i leśnych paproci, które zginęły w potyczkach z bezlitośnie kwiatowo niesentymentalnym Duńskim. Niestety, pozostawiła mu zmysły wyostrzone na przyduże żądłówki, w związku z czym odkąd nastały ciepłe dni jest w fazie słyszenia i widzenia szerszeni, wskutek czego wkrótce zostanę ekspertem w rozpoznawaniu wszelakiego brzęczenia. Przyznaję, w zeszłym roku szerszenie zeżarły nam połowę leżących pod gruszą owoców, a dwa lata temu nawet przyjechali na interwencję panowie strażacy. Z nudów pewnie jednak, nie z powodu zagrożenia, pojawiła się ich cała drużyna, dopingując ile sił w płucach dwóch odważnych, którzy zajęli się groźnie buczącym na strychu budynku gospodarczego gniazdem. Fakty owe nie przeszkadzają mi szerszeni nie widzieć i nie słyszeć. Nie da się za to nie widzieć morza mleczy rozciągającego się przed, za i obok domu, które za chwile dachu sięgnie i całkowicie wykole oczy sąsiadom. Duński się już kilka razy przymierzał do zmiecenia żółtych upierdliwców z powierzchni ziemi, ale zawsze a to padało, a to zmęczony był, a to leń go ogarnął, a to wycieczka rowerowa była priorytetem i tak dalej. To nieustanne zawsze coś jest dla mnie zbawieniem, tak się bowiem składa, że od świeżo skoszonej trawy umieram na alergię, niech sobie więc rośnie do czubka dachu i wyżej, Niech sięgnie samego nieba nawet i zablokuje tam wstęp tym, którzy pstrzą pobocza zestawem różnobarwnych śmieci. Powinno się ich tropić, namierzać, wyłapywać, zaprzęgać do porządkowych robót, a ich nazwiska winny spadać z ambony i wisieć w odwiedzanych masowo hipermarketach. Nie sposób jednak uniknąć owego przykrego widoku, musielibyśmy bowiem przestać jeździć, a to jedyny sposób na liźnięcie słońcem mojej skóry bladej niczym u córki młynarki. To siostra miała szczęście odziedziczyć całą łatwość opalania się po ojcu, mnie i bratu przypadła w udziale czerwieniejąca na słońcu skóra. Tymczasem jednak sezon na rozbuchane kwiecie, szerszenie, trawę po dach, rowerowe wypady i smaganie słońcem wydaje się kończyć. Nad pipidówkę przybyły chmury.
--
dla Polluśki: