Po dwóch tygodniach rozdrażnienia powrotem do pipidówszczyzny, w czasie których najchętniej biegałabym i natrętnie zdejmowała ludziom mentalne kagańce, choć ostrzegano mnie, że to grozi pogryzieniem, usiadłam z filiżanką namagnezowanej mlekiem kawy i zdecydowałam, że nie moje kagańce są nie moim problemem i weszłam w etap omijania. Od tygodnia omijam więc okazje do handryczenia się z kimś, kto koniecznie chce mnie wciągnąć w swoją sadzawkę z mętną wodą. Wprawdzie nie tylko nie udało mi się nie zamoczyć nóg, ale siedzę w błocie po samą brodę, wciąż jednak oddycham w miarę swobodnie. Gdybym zaczęła się topić, z całych sił wczepię się w pogrążycielkę i pociągnę ją za sobą, by towarzyszyła mi w bagnie. Takiej opcji jednak optymistycznie nie przewiduję, usilnie ignorując fakt, że ostatnie wydarzenia za wszelką cenę starają się mnie przekonać, iż optymizm powinien wyginąć wraz z dinozaurami, ustępując miejsca pesymizmowi i niewierze w ludzi. Omijam jednak uporczywie tę wiedzę, co chwila nadziewając się na naiwne zdziwienie, że można postępować aż tak podle, aż tak nie licząc się z innymi, aż tak egoistycznie. Zdziwienie moje jest tym bardziej dziwne, że egotyczne sytuacje powtarzają się cyklicznie od kilku lat i powinny już dawno przestać mnie zaskakiwać swoją intensywnością i swoistą bezczelnością, tymczasem wydaje się, że maniakalnie odmawiam przyswojenia lekcji o braku granic ludzkiej podłości. Jednocześnie, czyniąc jakby na przekór mojej naiwności, szerokim łukiem omijam wszelkie nieskazitelne anioły, odnoszę bowiem nieodparte wrażenie, że więcej w nich grzechu niż w stu diabłach. Od zawsze wolałam otwarcie rogate dusze niż okutane w bawełnę wyidealizowane autoportrety. Gdy więc robi mi się fizycznie niedobrze od widzenia i wiedzenia, wcale nie po angielsku wychodzę albo zagłębiam się w milczenie, kiedy zwyczajnie nie chce mi się nawet wstać.
31 maja 2014
11 maja 2014
Aus Österreich und Ungarn..
W Austrii czuję się jak w domu. I to wcale nie w mniejszym niż moja własna pipidówka Frauenkirchen, gdzie spędziliśmy trzy pracowite dni, ale w wielgachnym Wiedniu, oznakowanym tak genialnie, że nawet taki zakrętas jak ja nie ma szans się tam zgubić. Zaopatrzona w walizkę mapek, z których żadna nie była szczególnie przydatna, starałam się nie wyprowadzić grupy na manowce w stolicy; w ichniejszej pipidówce, dzieciątka prowadzały za rączkę mnie. Stworzona do życia w wielkim mieście, koncertowo gubiłam się wśród drobnicy uliczek. Gdyby któreś wpadło na pomysł zostawienia mnie na peryferyjnym zadupiu, sczezłabym tam na amen: we Fraunekirchen nie widziałam ani pół taksówki. Jednocześnie miejscowość jest na tyle mała, że prędzej czy później dostrzegłabym w oddali mój prywatny punkt orientacyjny, czyli kościelną wieżę.
W Wiedniu byłam po raz trzeci i nareszcie pamiętam wszystko, co widziałam. Za pierwszym razem przewodniczka przegoniła nas przez miasto w ekspresowym tempie podając wszystkie ważne szczegóły i nieważne szczególiki, których mój mózg raczył nie zarejestrować. Za drugim razem zajęta byłam głównie fotograficzną dokumentacją wszystkiego wokół, co uniemożliwiało mi wsłuchiwanie się w słowa Austriaczki Milli, musiałam przecież jednocześnie dbać, by się nie odłączyć od grupy. W stolicy mogłabym wprawdzie skorzystać z taksówkarskich usług, jednak wskutek mojego niezorientowania pan zbiłby na mnie majątek, wioząc mnie do Frauenkirchen, bo kto w ogóle pamiętał, gdzie zostawiliśmy w Wiedniu autobus. Tym razem z lubością zgubiłam się wśród krętych uliczek, z których każda w końcu i tak prowadziła do celu. Sama nie wiem jak, ale udało się połączyć spokojny spacer z moją żądzą pójścia jeszcze tu i jeszcze tam. Nie udało mi się tylko zobaczyć Prateru nocą. Mam po co jechać tam kolejny raz.
W trakcie tych marnych pięciu dni podobało mi się wszystko. Wśród ludzi z pasją zrobienia czegoś fajnego jestem w swoim żywiole. Pozbawiona kagańca pipidówkowości mogę tańczyć na stole (nie, nie zdarzyło się niestety), fałszować na cały głos, prowadzić dyskusje w nieskończoność, wino i piwo pić. We Frauenkirchen mogę bezustannie wsłuchiwać się w Milli mówiącą po niemiecku i w ogóle nie przejmować się tym, że rozumiem co dziesiąte słowo: rozkoszuję się melodią języka, łapię jaki taki sens i postanawiam zapisać się na germański kurs. W Sopron mogę sfotografować bratki w każdym kolorze świata, pić jedyną nienapisaną po węgiersku kawę z menu i ustalać wyjazd do Konstancji, choć ten dopiero za rok. W Mönchhof mogę zanurzyć się w przeszłości z początku XX wieku, która z Polski się wyniosła sześćdziesiąt lat później, wąchać pąsowe piwonie i przez odbicie w czyichś ciemnych okularach podglądać świat. W Eisenstadt mogę marzyć o Transylwanii w zamku Esterházy, jeść paskudną, bo zimną, sałatkę curry z ryżem i bez znużenia gapić się na grające w ulicznego głupiego Jasia moje dziecinki, które na pewno opisze austriacki Fakt. W Andau mogę zapatrzeć się na bezgraniczne winnice, chcieć, by Ronny zaraził moich uczniów pasją do angielskiego i dziewiąte wino pić. Na Neusiedler See wreszcie mogę nieudolnie łapać mewy w locie, nostalgicznie wypatrywać żółtych od rzepaku horyzontów i patrzeć, jak młodość w końcu kipi życiem.
W ogóle bym nie chciała mieć w szkole czarnego ucznia. Nie, rasizmu we mnie nie ma za grosz, nie wypada jednak statecznej pani psor siedzieć i wgapiać się w jak sroka w gnat. Chciałabym za to mieć całą szkołę takich dzieci, jakie były ze mną wcześniej w Bułgarii i jakie były ze mną teraz. Nie pozwalamy im na samodzielność, mentalnie przykuwamy do kaloryferów, karcimy za przełamywanie norm, a one też potrafią przegryzać kagańce i ze swoich kawałków puzzli układać teraźniejszy i przyszły świat. Warknęłam na nich raz czy drugi, nie siedzą w nich jednak na szczęście obrażalskie niunie, które omdlewają, zniechęcają mnie normatywnością i zgrzybiałą starością w wieku czterdziestu lat. W ludziach wolę nadmiar niż niedomiar. W przeciwieństwie do dwóch stęsknionych za krajem pań z większego miasta, nadmiar Wiednia zupełnie by mnie nie znużył, dlatego chętnie bym się z nimi zamieniła i została dwa dni dłużej, choćbym miała na śniadanie, obiad i kolację wyżej wymienioną zimną sałatkę jeść. Obawiam się jednak, że wtedy dyrekcja urwałaby mi uszy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
