Czwartą kawą celebruję dziewięć lat i dwa dni sieciowej grafomanii. Myśli i słowa ostatnio mi zdrewniały i układają się w kwadratowe klocki, nie wyobrażam sobie jednak, że porzucam ten wrosły we mnie świat. Kawa bieli się w granatowym kubku. W domu czuję się gościem, bo przecież białą kawę zwykłam pijać jedynie w kawiarni lub u kogoś. Nietrudno o takie wrażenie, kiedy powolutku zaczynam przyzwyczajać się do nieuchronnie zbliżających się zmian, wskutek których kawę popijała będę w obrębie dwunastu wymalowanych radośnie ścian. Nietrudno, gdy w pracy szykują się dwie kolejne kilkugodzinne nasiadówki, na których poruszymy trylion bzdetnych spraw. Ich ilość mnoży się niepotrzebnie, zabierając mój cenny czas. Ten mogłabym poświęcić na pogoń za motylami, na wypatrywanie zielonej soczystości i wsłuchiwanie się w śpiewający las. Nie zliczę, ile razy uśmiechnęłam się do wreszcie nadeszłej wiosny. Daje mi w prezencie dwie mieniące się tęcze, siedem gołębi błyskających nade mną skrzydłami, sześć żółtych goździków z czerwonymi lamówkami, jedną rześką burzę z pięcioma odległymi grzmotami, kwadrylion oddechów po końcówki oskrzelików i sekstylion mrówek mających w planach zaanektować mój dom. Gdzieś w tle euforii walczę z piętnastoma wiatrakami, wciąż wierząc w zwycięstwo Don Kichota niespełna rozumu, choć sto sześćdziesiąt osiem razy przekonywałam się, że wiara w ten sukces to nieuniknione dno. Gdzieś tam, przed niewłaściwą instytucją, wyjaśniam też, dlaczego łotewska wyprawa kosztowała mnie osiem złotych mniej niż przewidziano, i ze zgrozą myślę o chwili, kiedy zatwierdzą nam kolejnych siedem państw. Łatwiej wytłumaczyć się przed Europą za dwiema granicami niż przed księgową pół kilometra stąd. Odganiam oktylion paranoi, wsiadam na rower, wpadam w otchłań kolejnych dwustu czterdziestu dziewięciu zdjęć.

Wiwat grafomania, wiwat rower, wiwat dwieście czterdzieści dziewięć zdjęć! I wiwat za waleczność!
OdpowiedzUsuńOgłuchłam ;p
Usuń9 lat! Imponujący wynik. Gratuluję wytrwałości :).
OdpowiedzUsuńDziękuję :)
Usuńinnymi słowy trujesz w sieci już spory kawał czasu jak pisze Kama imponujące ;D nawet ja jeszcze tyle nie bajam co Ty ;D
OdpowiedzUsuńGratuluję i życzę żeby zawsze było o czym pisać :)
No, truję, no :)
UsuńTy, Polluśka, może i tak długo nie bajasz, ale za to na pewno więcej słów popełniłaś!
I dzięki, wzajemnie.
oj tak, tu się zgadzam, że jeśli chodzi o ilość to trudno mnie przebić ;D
UsuńJa poza blogiem też zwykle trajkotam jak najęta, tutaj mam ostatnio jakąś blokadę.
UsuńNigdy nie trac wiary, zawsze sie znajdzie ktos komu ta wiara pomoze :) I dziekuje ze jestes :) i pisz pisz chocby stoo lat :***
OdpowiedzUsuńI ja dziękuję, że Wy jesteście :)
UsuńA wiary nie porzucę na amen, są tacy, w których warto wierzyć wciąż i wciąż.
:)) Mimo wszystko warto wierzyc prawda?:)
UsuńPrawda, prawda. Niech Ci będzie ;)
UsuńRada Pedagogiczna :) Zawsze wydawało mi się, że dla nauczycieli to świetna rozrywka :D
OdpowiedzUsuńMoże dlatego, że brzmi jak zebranie prezesów i wyobrażałam ją sobie jako popijanie kawy, jedzenie ciasta, plotkowanie i śmiechy :D
Dodajesz mleka do kawy we własnym domu? :D Oj, widzę postępy :D Wreszcie chciało Ci się iść po mleko :P
Daj spokój, nie znam żadnego nauczyciela, który rady lubi. Inna rzecz, że może nieodpowiednich znam, hmm. Zresztą, śmiech w naszej szkółce jest zabroniony. Z czego zresztą się głośno śmieję, bo nieprzeciętnie mnie śmieszy, kiedy się boimy śmiać.
UsuńPo mleko mi się iść nie chciało, Duński pojechał :)
Chyba masz naprawdę duży dom, skoro tak daleko masz po mleko :)
UsuńNie mam pojęcia co to za szkoła w której uczysz jest tak poważna :P Przecież to chyba nawet szkodzi w kontaktach z uczniami :P
:)))
UsuńDo sklepu pojechał, nie do lodówki.
A o uczniów tak się nie martw: w większości sytuacji mają jak pączki w maśle. Choć przyznam, że o zdrowie psychiczne niektórych jutro się zmartwię. Dyrekcja nie lubi radości nauczyciela w stosunku do nauczyciela: im bardziej się gryziemy, tym ona większą górą. Cieszę się, że jestem ponad to. Na nią się wściekam, nauczycieli w zdecydowanej większości lubię.
I jestem pewna, że z wzajemnością. A dyrekcja chyba sobie zrobiła taki sposób na utrzymanie władzy i dyktatury - gdzie dwóch się gryzie tam trzeci korzysta, albo póki nienawidzą siebie, nie mają czasu by nienawidzić mnie ;)
UsuńNie wiem, zbyt często wytykam im potulność i ślepotę. Co do dyrekcji zaś, to trafiłaś w samo sedno: tak się snuje najbardziej toporne intrygi.
UsuńKompletnie sobie nie wyobrażam blogosfery bez Ciebie,tanuś:)I wiesz,że mówię szczerą prawdę:)
OdpowiedzUsuńWiem, dziękuję :)
UsuńNa razie i ja sobie blogosfery bez siebie nie wyobrażam, no.
ale czas leci :)
OdpowiedzUsuńJak błyskawica!
Usuńjaki kolor mają teraz twoje ściany? tak, zaciekawiłam się. jak będziesz miała już 10 lat i 2 dni w swojej przestrzeni to daj znać, zrobię tort. albo kupię bo jeszcze nie robiłam. umiem gotować ale tort to dla mnie jest zagadka. jeszcze. i nie przejmuj się księgowymi, dyrektorami, dyrektywami - bo jest weekend i cieplej się robi i wystawiłam już swój rower i pojeżdziłam po okolicy. pamiętaj co jest najważniejsze - endorfiny. a nic ich tak nie wyzwala jak ruch fizyczny;)
OdpowiedzUsuńTeraz w kuchni mam białe, w wielkim pokoju żółte, w komputerowym białe z zielonym lampasem w okolicach sufitu, w kolejnym sporym pokoju jagodowe, w jeszcze następnym pomarańczowe. Jakie będę na nowym miejscu? Hmm...
UsuńPamiętam, pamiętam. Wczoraj rowerowałam, kawowałam, teraz przed chwilą wróciłam ze spaceru. Na księgową macham ręką, Unia zaakceptowała, resztą się nie przejmuję. Najwyżej im zwrócę te zawrotne kwoty.
Tort? To ja śmietankowy z truskawkami sobie życzę ;)
jeszcze mam rok to się poduczę i zrobię z truskawkami. uwielbiam zółty i pomarańczowy bo od razu pokój jaśnieje. i w ogóle lubię żółty - i żółte kwiaty, i ubrania i samochody...
UsuńTeż lubię żółty i pomarańczowy. I jeszcze czerwony. W ogóle jaskrawe kolory to moje kolory. Co nie znaczy, że nie zakładam czerni, szarości i brązów.
UsuńPamiętam, jak zajrzałam do Ciebie, kiedy zobaczyłam Twój pierwszy u mnie komentarz po jakiejś polecance zdaje się. Pomyślałam sobie: "Łał, taki staż, taki Ktoś i uznał, że warto się u mnie odezwać..."
OdpowiedzUsuńTo dobrze, że nie wyobrażasz sobie, że stąd znikasz.
Mam to szczęście, że u nas dyrekcja preferuje rady z sensem.
E tam, staż to nic. Ale... powiem Ci, że na początku miałam takie same myśli. Zaglądałam do kogoś, kto już pisał i pisał, i popularny był jak celebryta, i bałam się odezwać, bo przecież onieśmielał jak jakiś blogowy bóg.
UsuńU nas w środę mruczała pod nosem pół godziny o nie wiadomo czym. Generalnie idziemy w ilość. Pewnie dyrekcja przypomina sobie oktyliardy ;)
Czy nie masz zamiaru zmienić przedmiot nauczania? Byłabyś jedynym matematykiem, który nie wie, jak cyframi zapisać tryliard. Ja też nie wiem.
OdpowiedzUsuńPrzyjedź do mnie, może uda Ci się złapać na naszej działce przelatującego bez przerwy cytrynka, który ani na moment nie chce przysiąść na żadnym krokusie. Chyba szykuje się do jutrzejszego maratonu w Warszawie.
Sekstylion buziaczków.
Jesteś pewna, Aniu, że byłabym jedynym matematykiem? Znam polonistki piszące z błędami...
UsuńObawiam się, że mam za słaby sprzęt i za małe umiejętności na fotografowanie motylków z ADHD. Dziś próbowałam, więc wiem, co mówię.
Sekstyliard buziaczków (póki co, ćwiczę nazewnictwo).
Sekstyliard to chyba więcej niż sekstylion, a więc mnie prześcignęłaś. Nie chce mi się szukać w Google, czy jest większa liczba. Gdy słyszę jakąś liczbę, natychmiast przestaję myśleć.
UsuńCytrynek był śliczny, ale co z tego, kiedy szalał nad działkami i chyba nikt żadnym sprzętem by go nie uchwycił.
Buziaczków baaardzo duuużo.
Chyba więcej. Ja w Google zajrzałam i liczby większe zdecydowanie są, ale zupełnie sobie ich wyobrazić nie mogę. Moja wyobraźnia kończy się na jakichś siedmiu zerach, mniej więcej.
UsuńBuziaczki przekornie niematematyczne.
Witaj
OdpowiedzUsuńWzruszył mnie ten post, a za Twoją tutaj obecność- dziękuję :)
Nie staż się liczy, ale człowiek- wartościowy :)
Miło mi Ciebie poznawać :)
Najserdeczniej pozdrawiam :)
To ja dziękuję za Waszą :)
UsuńTyle napisanych myśli się tak po prostu nie porzuca (skoro wiem, że ich porzucić nie chcesz, to się tak wymądrzam ;))
OdpowiedzUsuńHmm, sama nie wiem. Onet porzuciłam bez żalu, nawet tam nie zaglądam. Ale z pisaniem się nie rozstanę :)
Usuńja dopiero sześć latek i to bez dwóch miesięcy....
OdpowiedzUsuńsporo....chyba.
uściski, tanka:)
Sporo, sporo. Zobacz, ile blogów trwa kilka miesięcy. Niektóre nawet kilka dni. A jeszcze inne zero dni ;)
UsuńZdecydowanie byłoby lepiej, gdybyś wydała o te osiem złotych więcej ;)
OdpowiedzUsuńJak znam siebie, to pewnie wydałam o wielokrotność tych ośmiu więcej. Nieformalnie.
UsuńGratulacje za wytrwałość , a takiej grafomanii życze każdemu. Pozdrawiam...
OdpowiedzUsuńDzięki; trochę się sama dziwię, że jestem taka wytrwała, bo ja z tych ze słomianym zapałem raczej.
UsuńCzyli niedługo dekada :))) Dołączam się do gratulacji za wytrwałość :)))
OdpowiedzUsuńDzięki :)
UsuńA żebyś wiedziała, że niedługo: czas zapitala tak, że szok.
Pozdrawiam wiosenne:) Laura
OdpowiedzUsuńŚciskam :)
Usuńgratuluje wytrwalosci
OdpowiedzUsuń9 lat to kupa czasu
Dzięki, czasem pod górkę, ale jakoś się tu trzymam.
UsuńBuziolki Tanya ;) Maya
OdpowiedzUsuńBuziaczki, Mayu :)
UsuńNo gratulacje Ci się należą :) jesteś wielka! :))
OdpowiedzUsuńDziękuję :)
UsuńIle to czasu to ja dobrze wiem ;) Wytrwałość godna podziwu, a co! Mogę tak kadzić z przyjemnością, wszak i mnie jesienią minie 9 lat. Gdyby jeszcze ten staż do czegoś się liczył ;P
OdpowiedzUsuńZdjęcia cudowne!!!!! A jeszcze bardziej cudowne jest to, że wciąż w tej blogosferze jesteś i masz się dobrze :)))
A co do księgowej- nie dziw się- bilans musi wyjść na zero, bo potem ma dylemat co z taką superatą zrobić ;)
Gratuluję!
Widzisz, jakieśmy się tu zadomowiły, rówieśniczko :))
UsuńWiem, wiem. Że bilans musi wyjść na zero. Jednak robi z igły widły: oddałabym te osiem złotych, których nie wydałam i nie byłoby sprawy, a wałkowałyśmy problem przez kilka dni.
I dzięki, wzajemnie!
I któż powie, że matematyka nie może być piękna? Bardzo podobał mi się taki matematyczny zabieg w Twoim poście.
OdpowiedzUsuńDzięki. Aktualnie lubię matematykę, jest dla mnie przepiękną abstrakcją :)
UsuńCzasem w życiu, jakoś wszystko układa się w bezładne kloce i człowiek nie potrafi tego wytłumaczyć, ale tak już chyba musi być.Może czas odpocząć, żeby się nie wypalić, może za mało czasu poświęcasz sobie...pozdrawiam
OdpowiedzUsuńpo prostu m;)
Oj, kochana, sobie to ja czasu poświęcam nadmiar. Jednocześnie w pracy jest jak jest. To męczy.
UsuńTo może by tak zmienić pracę? :D, ja to bym chyba szału dostała, choć i tak podziwiam się za anielską cierpliwość do dzieci z Lego :)
Usuńpo prostu m;)
Kotku, ja do większości nauczycieli i dyrekcji cierpliwości w ogóle nie mam. Dzieci są przy nich aniołkami :)
UsuńNajlepszego:)) Następnych dwudziestu pięciu (przynajmniej)...:))
OdpowiedzUsuńMyślę, że tyle jestem w stanie: akurat do emerytury, a potem szlus ;)
UsuńParadoksy, paradoksy... Gdzie się dzisiaj nie ruszę - wszędzie paradoksy! Powodzenia z tą księgową.
OdpowiedzUsuńI wszystkiego blogowego!
Z księgową już po sprawie, poszło dość gładko.
UsuńI dziękuję :)