15 lutego 2013

Nieulotne wspomnienia..

Wyjazdy mi służą. Szczególnie te do miasta, w którym stężenie pyłu w powietrzu przekracza normę o 1086%. Oddycham tam nieskrępowaną piersią, beztrosko wdychając zanieczyszczenia i w ogóle nie tęskniąc za czystym powietrzem pipidówki. Wydaje się, że lepiej wypełniać płuca dymem niż pozornie czystym zaduchem. Szczególnie zaś istotne jest, że w tym mieście nasiąkam niespiesznym spokojem piwnych rozmów (jak dojdziemy do wprawy) po brzask, że tam znajduję zrozumienie u kogoś o życiorysie w wielu punktach bliźniaczym mojemu, i że ten ktoś potrafi skierować moje postrzeganie na inne tory i pomaga mi dostrzec inne perspektywy. I tak od bez mała dziesięciu lat.

Wyjazd mi służył. Wróciłam z koniakiem na głowie, trzema parami pasujących jak ulał dżinsów i dwoma filmami w pamięci. Oraz garścią nieulotnych wspomnień, które będą we mnie tkwić zdecydowanie dłużej niż wrażenia z "Nieulotnego", po którym spodziewałam się arcydzieła, a otrzymałam mnogość nietrzymających się siebie wątków i małość emocji, które mogłyby buzować, gdyby twórcy obrazu trzymali się wydarzeń z początku filmu zamiast szpikować go coraz nowymi motywami. Przesyt nie raził mnie natomiast w nasyconej momentami absurdalną teatralnością "Annie Kareninie", której wielu zarzuca dalekość od książki, co mnie zupełnie nie przeszkadza.

I kontynuując wątek: krem ze śluzem ślimaka Helix Aspersa przywiozłam.

65 komentarzy:

  1. oby było więcej takich udanych wyjazdów :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ich mag das Theater zu besuchen :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jadłam kiedyś pasztet ze ślimaka, ale się nie kremowałam :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie pasztetem ze ślimaka i ja wolałabym się nie mazać ;p

      Usuń
  4. Wspaniałych chwil nawe zanieczyszczone powietrze nie zepsuje... ale co innego odwiedzac takie miejsca, a co innego w takich żyć

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda. Choć w sumie wolałabym tam nie mieszkać bardziej z innego powodu: w pipidówce sklepów jak na lekarstwo, pieniędzy nie ma gdzie wydawać.

      Usuń
    2. Cos w tym jest:) Ja ostatnio zlapalam sie nad tym, ze mase kasy zostawiam w "coffee shopach" - tylko dlatego, ze mam je prawie na kazdym rogu

      Usuń
    3. Oooo tak, do wszelkich przybytków serwujących kawę pewnie chadzałabym bez opamiętania. A od połowy miesiąca piłabym wodę i jadła suchy chleb :)

      Usuń
  5. zabiłas mnie kremem:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie buteleczka szklana, ciężka całkiem, krzywdę może zrobić :)))

      Usuń
    2. a jak zapach?

      Usuń
    3. Delikatniutki, ledwie wyczuwalny. Co mi zresztą bardzo odpowiada.

      Usuń
  6. To ten ślimak który już nie żyje? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie sądzę, że ten sam, ale... Swoją drogą, zaczęłam się zastanawiać, czy zabijają je dla tego śluzu, czy zbierają go delikatnie z żywych osobników. Choć może w sumie nie powinnam tego za bardzo analizować.

      Usuń
  7. a na co ten krem jest ???? ja mieszkam w takim pyle i zanieczyszczeniu na co dzień to nie dostrzegam jego uroków. Ale za to jak kilkanaście lat temu wyjechałam stąd pierwszy raz do Niemiec na ferie w niemieckie Alpy i tam było kryształowo czyste wręcz powietrze to łeb mnie napierdykał jakieś 3 dni zanim się zaaklimatyzowałam ... ;]

    BTW: co tam u Duńskiego bo jakoś tak cisza zaległa ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A na wygładzenie i zniwelowanie niedoskonałości.
      No widzisz, i świeże powietrze może szkodzić ;))
      Duński właśnie wyjechał w nadziei na pracę, u nas szanse są niemal zerowe. Poza tym żyjemy jak stare małżeństwo, nic się nie dzieje ekscytującego, nic, o czym warto by pisać, stąd cisza.

      Usuń
    2. rozumiem, ślimaki na zmarchy ;D jak widać są uniwersalne ;D

      Co do Duńskiego rozumiem ... u nas też całkowicie normalnie więc też mi czasem blogowicze piszą, że nic o nas nie opowiadam tylko o sobie. A w sumie nie ma o czym skoro się nie kłócimy, nie zabijamy, nie pakjemy walizek :))

      Usuń
    3. Kto by pomyślał: taki oślizły zwierz, a tyle w nim dobrego :))
      Otóż to, cóż tu pisać, jak dzień w dzień niemal to samo. Czego nie można powiedzieć o Was jednak - u Ciebie zawsze tyle się dzieje, moim okiem patrząc.

      Usuń
  8. Nie śledzę nowinek kosmetycznych, więc ślimak czy inny skorupiak w kremie mnie nie zaskoczy, choć być może własnie z tego powodu powinien ;) No, ale ten dział medycyny- jakże bardzo komercyjny- musi nowinki wprowadzać by konsumenta zachęcić. Teraz moda jest na robienie własnych kremów- wiem, bo Tuśka robi- kupując poszczególne składniki. No właśnie, moda ;)
    Zimą to ja zawsze wolę miasto- szybciej, intensywniej czas płynie i żadne tam zanieczyszczenia w tym nie przeszkadzają...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też nie śledzę, krem dostałam. Jestem pewna, że w drogerii czy aptece w ogóle bym go nie dostrzegła: w kwestii kosmetyków jestem konserwatywna, w kółko kupuje te same. Hmm, zrobić swój? Pewnie bym zaraz składniki pomieszała i by mi skóra zeszła albo i gorzej ;)
      Właśnie, czas w mieście płynie intensywnej. Czas w mieście w ogóle płynie zamiast przeciekać.

      Usuń
  9. Gdy mieszkałam w osadzie, dzięki wypadom do miasta, czułam, że odżywam. Po przeprowadzce, czuję się jak ryba w wodzie, bo jest miasto, jest oddech.
    Hmmm... "Nieulotne" - dużo sobie po nim spodziewam, ciekawe, czy odbiorę podobnie jak Ty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, miasto to oddech. Zgadzam się bardzo.
      Tyle w telewizji teraz o "Nieulotnym" dobrze mówią, że chyba wychodzi na to, że zupełnie nie znam się na filmowej sztuce. Myślę, że chyba zwyczajnie spodziewałam się, iż historia, a wraz z nią emocje, potoczą się w innym kierunku.

      Usuń
  10. Ja mam zdecydowanie 2w1 - pipidówek w 'wielkim mieście'. Same zalety:)
    Co do 'Anny Kareniny' mnie przeszkadzała subiektywnie ta teatralność, natomiast obiektywnie uznałam ją za ciekawy pomysł.
    Nasiąkanie niespiesznymi rozmowami - bezcenne... Wszędzie, 'na każdym miejscu i o każdej dobie';)
    PS. Zanieczyszczeniami też się nie przejmuję:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam uważnie, więc wiem, że za adaptacjami nie przepadasz. Ja za to je lubię. Lubię patrzeć, jak się różnią i chyba, tak sobie teraz myślę, rozczarowana bym była wiernym przeniesieniem.
      Wiesz, przyjaciółka też w szkole pracuje, więc te nasze rozmowy są wałkowaniem w kółko tych samych tematów. To potrafi męczyć, ale... ale jednocześnie wiem, że ona nie popatrzy na mnie jak na kosmitkę, bo w tym samym garnku miesza. I taką samą dyrekcję ma, co i pociesza i przeraża.

      Usuń
  11. Krem ze śluzu ślimaka działa cuda z tego co wiem: świetnie oczyszcza, odbudowuje naskórek i działa jako najlepszy filtr. :) Ponoć to Azjaci odkryli zalety tej substancji. :) Opiekując się hodowlą ślimaczków (chyba hodowano je w celach kulinarnych) zauważyli, że śluz świetnie wygładza ich skórę i pomaga goić rany. Zaczęli więc wykorzystywać go w kosmetykach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę, ile o takich kremach wiesz. Ja taki pierwszy raz na oczy widziałam, i pierwszy raz o takim słyszałam :)

      Usuń
  12. zanim moje zanieczyszczenia miejskie wyparują z mojego organizmu, to mnie juz dawno nie będzie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zanim się we mnie zagnieżdżą, mnie nie będzie. Zdecydowanie za rzadko bywam w mieście.

      Usuń
  13. Myślę, że atmosfera Twojej pipidówki też by Ci odpowiadała, gdyby nie ten pipidówkowy smrodek.
    Wyjaśnij mi, co znaczy, że wróciłaś z koniakiem na głowie? A może szumiącym w głowie?
    Oj, poszalałaś w tym wielkim mieście!
    Buziaczki bez koniaku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno byłaby wtedy znośniejsza. Jednocześnie potrzebne by mi były jeszcze kino i kawiarnia. Wymagań wielkich nie mam.
      Wróciłam z włosami w kolorze koniaku, Aniu. Koniaku nie pijam, ewentualnie dodaję do herbaty z miodem i cytryną. W głowie szumiało mi jedynie piwo, którego Ty nie lubisz.
      Buziaczki z tym koniakiem na głowie, nie w głowie.

      Usuń
    2. Dopiero dzisiaj domyśliłam się, o co chodzi z tym koniakiem, to ja mam chyba na głowie białe wino lub malibu, ewentualnie ajerkoniak;)
      W mojej rodzinnej wsi zaraz po wojnie było kino i restauracja z salą kawiarnianą.
      Faktycznie mieszkasz w pipidówce.
      Buziaczki bez powodu.

      Usuń
    3. Sama wiesz, Aniu, że w większości małych miejscowości raczej się zamyka niż otwiera. Kiedyś i u nas było kino. Kawiarni jednak nie pamiętam. Restauracja niby nadal jest, ale... ale lepiej można zjeść w odrapanym hotelu. Budynek straszy, ale jedzenie dają wyjątkowo smaczne.
      Tak, z tą pipidówszczyzną nie przesadzam ani trochę.
      Buziaczki na dobrą noc.

      Usuń
  14. O kosmetycznych specyfikach ze ślimaków czytałam wiele pozytywów, także leczniczych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To cieszę się, bo Ty jesteś w tej dziedzinie ekspertką.
      P.S. Gdzieś mi w spamie lądowałaś: mam nadzieję, że naprawiłam.

      Usuń
  15. A co ty będziesz z tym kremem ze ślimaka robić? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcierać w niedoskonałą skórę na twarzy :)

      Usuń
  16. zycze wielu taki udanych wyjazdow

    OdpowiedzUsuń
  17. Może nie będzie to zbytnio na temat, ale zastanawiam się, czy to bardzo źle, że mówię, iż mi nadal brakuje tej "bliźniaczej" osoby, chociaż swojego Ktosia mam już od lat kilku? No, bo miłości nam nie brak i zrozumienia, ale nie jest moją osobą do wina i rozmów. Czy to naprawdę wróży nam tak źle, jak wszyscy mi mówią?

    Ja już taka jestem, że nie mogę wszystkiego z jedną osobą. Zawsze mam kogoś od czegoś.

    A ja chyba aktualnie chcę czegoś odwrotnego, niż napisałaś- marzą mi się chwile w jakimś pipidówku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, są chwile, kiedy też chciałabym z Duńskim posiedzieć przy winie do rana i pogadać o wszystkim i niczym, ale też tak nie mam. Z drugiej strony, nie narzekam, że tam gadam nie z Nim. Po dziesięciu latach razem potrzebuję w rozmowach oddechu, innej perspektywy. No i mój ktoś w szkole pracuje, rozumie mnie dzięki temu jak Duński nigdy nie zrozumie.
      Wymienimy się?

      Usuń
    2. Czyli nie takam znowu stracona i odmienna. Cóż, dobrze wiedzieć. Mi bardzo brakuje w najbliższym otoczeniu takiej osoby od wina i oparów absurdu.

      Ach, mogłybyśmy się wymienić, chociaż na dni parę. Jak wynajdę jakiś teleport, to dam ci znać.

      Nie mogę u ciebie znaleźć tego "napisz do mnie". Chyba jestem ułomna. Ale jak napisałaś o fejsie to pomyślałam, by w końcu zrealizować mój pomysł z nim związany i w końcu to zrobiłam, chociaż nie wiem, czy to dobrze.

      Usuń
    3. Moja osoba mieszka dwie przesiadki ode mnie. Ale mamy ten komfort, że nawet kiedy nie widzimy się przez cały rok, potem siadamy i jakbyśmy się widziały wczoraj.
      Fejs to samo zło: gram tam w durne gry, co pochłania mi masę czasu. Zresztą, chyba tylko dlatego tam jestem. Potem zaczęłam dodawać zdjęcia i luźne myśli. A z tym adresem się kryguję nie wiadomo po co: pisz po prostu na tanya_@buziaczek.pl.

      Usuń
  18. a czy myślałaś kiedyś aby się wyprowadzić do Wielkiego Miasta? tak pytam. moja przyjaciółka wyprowadziła się do miasta i jest zachwycona. a może lubisz tylko takie wypady?:) co do Anny Kareniny - nie lubię tej aktorki i nie przepadam za tym aktorem. ale przepadam za książką...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślałam. Ale siedzę tu ze względów finansowych głównie. A może ze strachu, że finanse mi się w mieście sypną? Tak czy siak, rozbija się to o pieniądze. I o plany, które już poczyniłam, a które mnie do pipidówki jeszcze bardziej przykuwają. Hmm, może gdyby coś w życiu tąpnęło samo z siebie...
      Też nie lubię Keiry Knightley, ale w tym filmie jakoś miło było na nią patrzeć. A aktora musiałam sprawdzić, nawet nie wiedziałam, kto Wrońskiego grał. I zobaczyłam, że to nazwisko mi nic nie mówi. Za to zdziwiłam się, że Karenina grał Jude Law. Nie poznałam.

      Usuń
    2. ja się zastanawiam jak to jest że mi się podobają mężczyźni w moim wieku i powyżej a nie za bardzo podobają mi się smarkacze. bo są za młodzi. tacy metrosexualni. w ogóle poza pewnymi wyjątkami wszystkich chłopaczków po 20 omijam w filmach. i czy to jest genetycznie, biologicznie u mnie uwarunkowane czy po prostu nie podobają mi się jak to już Pan Samochodzik powiedział:karampuki;)że niby ani to facet ani dziewczyna. a co do biologii - może to jakaś cecha ogólna kobiet i mężczyzn że lubią swoje pokolenia. przepraszam za te znowu dygresje ale Wroński choć blondyn to mi się pierwszy raz nie podobał

      Usuń
    3. Ja mam w domu smarkacza. Niemetroseksualnego na szczęście. Też wolę jak facet to facet i bez pardonu się śmieję z adidasów z wściekle różową podeszwą, która jest ostatnim krzykiem mody, jak mnie poinformowano. Na modzie znam się tyle co na kremach ze ślimaków, czyli nic.
      Ja w ogóle nie lubię blondynów, więc Wroński w tego filmu też mnie nie oczarował. Jakiś taki był, no, metroseksualny właśnie. W tej adaptacji najbardziej podobał mi się Lewin. Lubię taką nieoczywistą urodę, i u panów, i u pań.

      Usuń
  19. Witaj, Tanya:)
    Trzy koniaki na głowie... Jak to możliwe? :))). Ale skoro podróż wśród dymów i smogu Ci służy, uhm... nie zazdroszczę. Mnie wystarczy to, co mam na wsi. I tu nie brakuje takich atrakcji:))). Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzy koniaki na głowie? Oj, moja droga, coś niedokładnie doczytałaś :))
      Co do smogu i dymu zaś, tak się składa, że tam gdzie on, tam i dostęp do kultury i do czystszych relacji jakiś łatwiejszy, a tego aktualnie łaknę.
      Ściskam.

      Usuń
  20. Śluz ze ślimaka hmmm ciekawy pomysl na poprawienie cery :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nooo, sama bym na to nie wpadła, ale skoro dostałam, to poprawiam :))

      Usuń
    2. Jak trzeba to trzeba, widzę ze sie dyskusja o Annie Kareninie w komentarzach zaczęła. Właśnie jestem w trakcie czytania i wiesz co? Zabiłabym Wrońskiego, bo potraktował Kitty jak zabawkę i notabene Annę też. Anna tez nie była bez winy, chyba wiedziała w co się pakuje[ja rozumiem nieszczęśliwe małżeństwo] tylko Wroński to totalny d***k i bawidamek. No ale, milosc bywa slepa . . . .

      Usuń
    3. Bywa ślepa i trzeba wiele, wiele czasu, by odzyskać wzrok. Hmm, teraz tak się zastanowiłam: wiadomo, czasy wtedy były inne, więc to Anna poniosła największą karę; jednocześnie chyba jednak książka nie wywoływałaby takich emocji, gdyby Wroński postradał życie. A tak... po prostu nam Anny żal, bo wiemy, jak to jest kochać. Albo bo o takiej miłości bez pamięci same śnimy.

      Usuń
  21. Smog, dym, powiadasz? Mam to na co dzień i chyba jednak zachwytu nie czuję ;))) Choć domyślam się, że lepszy taki niż ta czystość, o której piszesz - bardzo pozorna.

    A ślimak mnie zaintrygował ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to: to nie zachwyt dymem i smogiem, ale miejscem, w którym wszyscy są jacyś inni.
      A ślimaczy krem całkiem przyjemny w dotyku :))

      Usuń
    2. U mnie na wsi jest niby tak czysto i fajnie, bo wieś i zielono, i klimat, i w ogóle. A wytrzymać mogę tam maks. 2-3 godziny...

      Usuń
    3. No, to wiesz, o czym mówię.

      Usuń
  22. A czytałaś może wspomnianą Annę Kareninę? Bo kusi mnie żeby się za nią wziąć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam i polecam: dobrze się czyta. Ja właściwie nie czytuję romansów, ale jeśli już, to właśnie takie starocie wybieram. W nowoczesnych za szybko się wszystko dla mnie dzieje.

      Usuń
  23. Uwielbiam Annę Kareninę. Tylko uśmierciłabym Wrońskiego, a nie Annę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kto wie, może we współczesnej wersji właśnie Wroński by został uśmiercony.

      Usuń
  24. Ja w takim śmierdzącym miasteczku sobie mieszkam. I szlag mnie trafia, kiedy zamiast wdychać świeże powietrze, wdycham jakieś dymy i spaliny, wr..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak naprawdę dym czy brak dymu nie ma tu większego znaczenia. Znaczenia ma brak możności oddychania, bo dusi ludzka atmosfera.
      Pozdrawiam :)

      Usuń