27 kwietnia 2013

Wciąż ten sam cyrk..

I znów zaistniała sytuacja, że jedna osoba wodzi całą resztę za bezwolne nosy. Z powodzeniem stosuje zgrane do nieprzyzwoitości gierki. Podkłada tłuściutkie, zaróżowione świnie. Kopie nieprzykryte dla niepoznaki gałęziami wilcze doły. Wplątuje innych w sieć bezceremonialnych intryg. Inni siedzą pokornie pod miotłą. Zasznurowali usta, trzymają buzie na kłódki. Starają się schodzić z linii rażenia i wzroku. Kładą po sobie uszy. Ani mrugną okiem na panoszący się despotyzm i nepotyzm. Bo są i tacy, którzy mają się jak pączki w maśle. Pławią się w zachwytach i zaszczytach. Każde ich posunięcie docenione, złotymi zgłoskami w historii zapisane. Ich chwila jednak minie. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ, poza czubek własnego nosa nie wygląda. O siebie jedynie dba.

Kluczę sobie od sytuacji do sytuacji. Rysuję emocjami sinusoidę o niekiepskiej amplitudzie. Czasem opadam na dno zobojętnienia. Zamykam umysł na szkolne zagrywki. Wpatruję się w bladozielone brzozy, w rozciągnięte na słońcu koty. Pochłaniam truskawki z greckim jogurtem. Śnię nieskażone codziennością sny. Czasem znów wzbijam się na szczyty nierozwagi. Rzucam gniewne słowa, chętnie furią rozbiłabym otępiałe łby. Te rzucają się sobie do gardeł. Syczą, knują, wilkiem patrzą. Intrygantce w dupę włażą, odstawiając przed trybuną godny pożałowania cyrk. Dają jej wolną rękę, budują misterny ołtarzyk. Nie dostrzegają zestawu paskudnych win. Ta pławi się więc w nieomylności i nieprzewidywalności. Obdarowuje swoimi pomyłkami. Trzyma pod biurkiem na każdego hak.

Zmęczona jestem.

20 kwietnia 2013

Ku nieskończoności..

Czwartą kawą celebruję dziewięć lat i dwa dni sieciowej grafomanii. Myśli i słowa ostatnio mi zdrewniały i układają się w kwadratowe klocki, nie wyobrażam sobie jednak, że porzucam ten wrosły we mnie świat. Kawa bieli się w granatowym kubku. W domu czuję się gościem, bo przecież białą kawę zwykłam pijać jedynie w kawiarni lub u kogoś. Nietrudno o takie wrażenie, kiedy powolutku zaczynam przyzwyczajać się do nieuchronnie zbliżających się zmian, wskutek których kawę popijała będę w obrębie dwunastu wymalowanych radośnie ścian. Nietrudno, gdy w pracy szykują się dwie kolejne kilkugodzinne nasiadówki, na których poruszymy trylion bzdetnych spraw. Ich ilość mnoży się niepotrzebnie, zabierając mój cenny czas. Ten mogłabym poświęcić na pogoń za motylami, na wypatrywanie zielonej soczystości i wsłuchiwanie się w śpiewający las. Nie zliczę, ile razy uśmiechnęłam się do wreszcie nadeszłej wiosny. Daje mi w prezencie dwie mieniące się tęcze, siedem gołębi błyskających nade mną skrzydłami, sześć żółtych goździków z czerwonymi lamówkami, jedną rześką burzę z pięcioma odległymi grzmotami, kwadrylion oddechów po końcówki oskrzelików i sekstylion mrówek mających w planach zaanektować mój dom. Gdzieś w tle euforii walczę z piętnastoma wiatrakami, wciąż wierząc w zwycięstwo Don Kichota niespełna rozumu, choć sto sześćdziesiąt osiem razy przekonywałam się, że wiara w ten sukces to nieuniknione dno. Gdzieś tam, przed niewłaściwą instytucją, wyjaśniam też, dlaczego łotewska wyprawa kosztowała mnie osiem złotych mniej niż przewidziano, i ze zgrozą myślę o chwili, kiedy zatwierdzą nam kolejnych siedem państw. Łatwiej wytłumaczyć się przed Europą za dwiema granicami niż przed księgową pół kilometra stąd. Odganiam oktylion paranoi, wsiadam na rower, wpadam w otchłań kolejnych dwustu czterdziestu dziewięciu zdjęć.


7 kwietnia 2013

Zabawa w prawdę i fałsz..

Mój blog potrafi być jak dwulicowy chłopiec z niedawnego snu. O jednej twarzy z przodu, jak natura przykazała, a drugiej wędrującej z prawa na lewo, z lewa na tył. To nie jest miejsce, gdzie pokazuję jednolitą mnie. To miejsce sprzecznych komunikatów, euforycznych momentów i spędzonych w czarnej dupie chwil. Tutaj nie jestem w stu setnych, tutaj dawkuję rozważnie i nierozważnie, z nadwagą i niedowagą setne części tego, co ma miejsce w równoległym świecie. Ja tu rządzę niepodzielnie, ja decyduję, które fragmenty odsłonić, a które wciąż lub wcale nie. Elementy odsłonięte tuninguję, rasuję, koloruję, wyolbrzymiam, uwypuklam, zmieniam w feerię rozedrganych lub stabilnych, poczerniałych lub tlenionych, literackich lub grafomańskich słów. Pod nimi zalegają kolejne i kolejne, drugie, piąte, tysięczne warstwy, zostawione dla mnie i dla tych, którzy funkcjonują w bloga tle. Tutaj celebruję swoiste katharsis, oczyszczam z codziennego brudu myśli, mowę i sny. Maluję tutaj swój dziurawy autoportret, wciągam w zabawę w prawdę i fałsz. Mamię, czaruję, lawiruję. Nie dopowiadam, kluczę między zdaniami. Niby tu jestem, niby nie ma tu mnie.

1 kwietnia 2013

Prima aprilis..

Niespiesznie. Noga za nogą. Zasłuchuję się w ciszę. Zatapiam w las. Nie w jazgot emocji. Te urządzają hałas w tle. Słucham ich. I nie słucham. Zależnie od godziny. Zależnie od pory dnia. Pstryk! Coś się popsuło. Jeszcze nie jestem pewna. Nie jest czarne na białym. Pękła jednak przedostatnia nić. Rozjaśni się za kilka dni. Stawiam bezmyślne pasjanse. Oczekuję, że się zejdą. Potwierdzą wykutą teorię. Różnie to z nimi jest. Przydługi prima aprilis trwa od pięciu dni. Przejmuję się troszeczkę. Ronię krokodyle łzy. Teraz wtulam się w skarpety. Wypinam się na świat. Nikita wskakuje na kolana. Nie potrzeba więcej nic.