I znów zaistniała sytuacja, że jedna osoba wodzi całą resztę za bezwolne nosy. Z powodzeniem stosuje zgrane do nieprzyzwoitości gierki. Podkłada tłuściutkie, zaróżowione świnie. Kopie nieprzykryte dla niepoznaki gałęziami wilcze doły. Wplątuje innych w sieć bezceremonialnych intryg. Inni siedzą pokornie pod miotłą. Zasznurowali usta, trzymają buzie na kłódki. Starają się schodzić z linii rażenia i wzroku. Kładą po sobie uszy. Ani mrugną okiem na panoszący się despotyzm i nepotyzm. Bo są i tacy, którzy mają się jak pączki w maśle. Pławią się w zachwytach i zaszczytach. Każde ich posunięcie docenione, złotymi zgłoskami w historii zapisane. Ich chwila jednak minie. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ, poza czubek własnego nosa nie wygląda. O siebie jedynie dba.
Kluczę sobie od sytuacji do sytuacji. Rysuję emocjami sinusoidę o niekiepskiej amplitudzie. Czasem opadam na dno zobojętnienia. Zamykam umysł na szkolne zagrywki. Wpatruję się w bladozielone brzozy, w rozciągnięte na słońcu koty. Pochłaniam truskawki z greckim jogurtem. Śnię nieskażone codziennością sny. Czasem znów wzbijam się na szczyty nierozwagi. Rzucam gniewne słowa, chętnie furią rozbiłabym otępiałe łby. Te rzucają się sobie do gardeł. Syczą, knują, wilkiem patrzą. Intrygantce w dupę włażą, odstawiając przed trybuną godny pożałowania cyrk. Dają jej wolną rękę, budują misterny ołtarzyk. Nie dostrzegają zestawu paskudnych win. Ta pławi się więc w nieomylności i nieprzewidywalności. Obdarowuje swoimi pomyłkami. Trzyma pod biurkiem na każdego hak.
Zmęczona jestem.

