31 maja 2013

Truchtem przez wyjątkowo ciasny maj..

Pokończyły się matury, wywiadówki i inne radości. Mam znów ograniczony jedynie kilkoma godzinami obowiązków czas dla siebie. Kiedy więc już przezwyciężę prowadzącą do wielokrotnego zawału serca zadyszkę, nawiedzającą mnie po kilku krokach truchtu, zacznę intensywnie ćwiczyć do maratonu. Umiejętność pokonywania długich dystansów wydaje się aktualnie niezbędna, biorąc pod uwagę, że jeszcze chwila, a odetną mi pipidówkę od okalających ją miast i miasteczek, skazując mnie na zmotoryzowanie albo na jogging właśnie. W grę wchodzi jeszcze żebranie o podwózkę lub wóz drabiniasty, ale i ludzie nieskłonni do szoferowania, i szkapę w bloku nieco kłopotliwie trzymać. Bo bloki nabierają realnych kształtów, usztywnionych podpisanymi umowami i zaciągniętymi kredytami. I doczekać się nie mogę, i wolałabym moment przeprowadzki odwlec maksymalnie daleko w czasie. Wprawdzie przerażenie obudzone zastanawianiem się, gdzie ja te wszystkie graty upchnę na dwukrotnie mniejszej powierzchni przeminęło z wiatrem, wciąż jednak zimny pot mnie oblewa na myśl mieszkania przez tydzień albo, nie dajcie bogowie, dwa z moją pełną zapału mamą. Uspokojona załatwieniem wstępnych umów, przestała mnie nękać telefonami, ale jestem pewna, że w myślach nieustannie przyszłe moje gniazdko maluje i mebluje, a mnie pomysłami molestuje. Pomyślę jednak o tym w końcu lipca, bo aktualnie inne zmartwienia absorbują moją uwagę. Po wielu perypetiach Duński wreszcie dostał pracę z prawdziwego zdarzenia i zamiast trzymać się jej pazurami, kombinuje jak koń pod górę, narzekając na nadmiar godzin i niedomiar gotówki. Wiadomo, też wolałabym mieć generalską pensję, za którą zjeżdżałabym świat wzdłuż i wszerz. Tymczasem łapię się na nienawidzeniu swojej pracy za biurokratyczne wymysły, za średniowieczne pomysły, za niesięganie po podane na talerzu i pretensje do całego świata, że się nie udało, za paranormalne zdolności, których sama nie mam, a których zazdroszczę, za zielenienie na zawołanie, za dorabianie górnolotnej ideologii do niechciejstwa i za alergię na wysublimowane paluszki i główki. Nie rzucam jej jednak w diabły, bo nie mami mnie wizja bezrobocia pod zimnym mostem. Najpierw muszę zarobić na bilet w miejsce gorące. Tak, zdecydowanie gorąco jest najbardziej pożądanym stanem. Ktoś gdzieś w sieci napisał, że chciałby suszy, klęski żywiołowej, wyschniętych pól, zaschniętych gardeł. Podpisuję się pod tym obiema rękami. Serdecznie dość mam lejącej się z nieba wilgoci, wolałabym lejący się bezlitośnie żar. Wydaje się więc, że powinnam zaprzestać prania. Ilekroć wypełniam pralkę, niebo zasnuwają ciemne chmury. W kwestii wywoływania deszczu czynię niemałe postępy: zaczęłam od siąpienia, doszłam do burz. Dziś jednak czary mary w łeb dostały: piorę, słońce się nie chowa, piję likier macchiato, snobuję się na nieudaną (Posiadanie wolnego czasu to w dzisiejszych czasach stempel nieudacznictwa, Krzysztof Varga) bez telewizji i wymyślam sposób, jak pozbyć się trudnych do wykorzenienia nawyków sięgających jądra planety. I jak zabrać się za leżącą odłogiem pracę, która idzie mi jak po grudzie. Ale to nic. To nic.

6 maja 2013

Kamienne niedoskonałości..

Tu cisza. Pół metra dalej, za wyszczerbionym murem tętni głośne życie. A tu cisza. Ponad połacią kamiennego spokoju unosi się niezliczoność historii. Pokolenia bliższe i dalsze wyszeptują przymglone wspomnienia. W głowie kołaczą opowieściami błahymi i ważkimi, wiekopomnymi i natychmiastowo zapominanymi. Przekrzykują się. Licytują ważnością, barwnością, dramatem, zwyczajnością. Zaszeleszczą zwiewną suknią, szurną stopą, przymkną powiekę, chuchną dotykiem w dłoń. Ich kamienną doskonałość skruszył czas. Aniołowi wyszczerbił skrzydła, przyczernił alabastrową koronkę, korzeniami przeciął łydki, mchem naznaczył twarz. Wrośnięci w swoje miejsca pełnią nieznużoną straż.


2 maja 2013

Diabli nadali ten depresyjny maj..

W diabły poszło moje wczorajsze postanowienie zignorowania zaokiennej ponurości, wyjechania poza pipidówkę i zajrzenia w oczy kamiennym posągom. Ranek powitał mnie egipskimi ciemnościami, dalekimi grzmotami i deszczem bębniącym o blaszany dach. Nie czerpię wielkiej przyjemności z ekwilibrystycznych starań robienia zdjęć pod parasolem, czemu dałam wyraz na najpopularniejszym portalu. W zamian otrzymałam psychologicznie abrakadabra, które miało mnie wzmocnić od wewnątrz, a jedynie wewnętrznie zirytowało. Humor poprawia mi jedynie konsekwentna szarość i burość natury, dzięki której nie gryzą mnie wyrzuty sumienia, że nie wsiadłam w poranny pociąg na wschód. Wprawdzie uparcie ostatnio fotografuję wilgoć, płaczący kamień mógłby więc wkomponować się w krąg moich zainteresowań, jednak wizja przemokniętych stóp i przesiąkniętego nosa odstrasza mnie skutecznie. Nienawidzę kataru, a ten wydaje się szczególnie lubić mnie, przez co całkowicie odpadają szaleńcze tańce na łąkach zroszonych poranną rosą. Alergia też sprawy nie ułatwia. Znamienne, że przez 55,2% życia nie byłam uczulona na nic, teraz kicham na wszystko, co wokół. Tak czy inaczej, z katarem czy bez, w każdym wolnej chwili, a tych w tych dniach wyjątkowa obfitość, będę wyczyniała różnorakie tańce - połamańce, które pozwolą mi wyczarować sobotnie i niedzielne słońca, i pojadę wreszcie tam, gdzie jadę od miesiąca, a nie dojeżdżam przez chłód, deszcz czy śnieg. Chętnie, szalenie chętnie, pojechałabym również na Mazowsze i Suwalszczyznę. Zaproszenia dziś otrzymałam, skorzystać mi mało zręcznie. Bynajmniej nie dlatego, że zapraszających kobietek w życiu nie widziałam i jakbyśmy na siebie zareagowały nie wie nikt, ale dlatego, że spontaniczne wydostanie się z pipidówki dla kogoś tak niezmotoryzowanego jak ja wymaga co najmniej dyplomu z logistyki z wyróżnieniem. Tudzież prywatnego jumbo jeta. Póki nie ma takiegoż w hangarze za domem, przykuta jestem do jadących pięć razy dziennie w dwie strony pociągów. I, można rzec, w jedną stronę busa. Siedzę więc murem w domu i wyłączam telewizor, który od niemal tygodnia mówić ani pokazywać nie powinien, a wciąż w tle gra. Wyłączam, bo informują tam o gradobiciu w Będzinie i że nawet kiepskie dni można spędzić twórczo, wyobraźni trzeba jedynie. Ani krzty jej sobie nie zostawiłam, bo podsuwa mi widoki trupów pod dywanem i szkieletów w szafie, klikam więc bezmyślnie w durne gry, słucham deszczu w rynnie, głaskam ślimaka po rogach i wypełniam się trelami skrzydlatego maleństwa zasiadającego na szczycie gruszy. I rozkoszuję się pomysłem dokupienia węgla w kwietniu. Jest jak znalazł na depresyjny maj.