Zabrał ze sobą swoje półtoraroczne życie, a zostawił przepoconą koszulkę i pusty flakon po tanim Aspenie, którego korek wącham fetyszystycznie, bo pachnie gorzej tylko od Chanel Platinum Egoiste i Versace Eau Fraiche. We wtorek rano wyniósł dwa plecaki, walizkę, kilka reklamówek i dziś rano był problem z bielizną. Tak, sytuacja jest dziwna. Powinnam rysować grubą kreskę między (nie)przeszłością a (nie)przyszłością, tymczasem siedzę i wyrywam maciupeńkie kwiatuszki bzu, wróżąc czarną albo białą przyszłość, zależnie od towarzyszącego mi nastroju. Zależnie od aktualnej przewagi plusów lub minusów jego (nie)bycia. Te układają się jak narysowana przez niezrównoważonego matematyka sinusoida: (nie) chcę, (nie) wiem, (nie) rozumiem, (nie) przyjmuję do wiadomości, (nie)zgadzam się. Dwudniowy wyjazd do festiwalowego miasta nad Wisłą nie oczyścił myśli. Trochę za wiele pojawiło się (nie)nachalnych pytań, pod którymi starałam nie wić się jak piskorz. Nie wystąpiłam na szkolnym apelu, opowiadając wszystkim (nie)zainteresowanym historię ostatnich dni, kluczyłam więc między odpowiedziami, żeby (nie) powiedzieć i (nie) skłamać. Nie mam wprawdzie ochoty słuchać podszytych erotyzmem wycieczek w naszą (nie)relację, ale jeszcze mniej jestem gotowa, by analizować publicznie przyczyny, błędy i winy. Chwilowo nie umiem też czuć się pochlebiona komplementami kolegi z pracy, w którym wszystkie zakochałyby się prędzej niż moim (nie)osobistym narcyzie, bo ten pierwszy do tańca jest i do różańca. Tym razem jednak był irytująco nadpobudliwym chłopczykiem w krótkich spodenkach i ciele czterdziestosześciolatka. I kaleczył język ojczysty. Czego narcyz nigdy nie robi. Tym mnie uwiódł, zanim jeszcze cokolwiek się wykluło.
29 maja 2016
16 maja 2016
Kontrolowane machanie nogami..
Noworoczne postanowienie sprzed półtora roku - to o zakochaniu się i robieniu z siebie głupiej gęsi - zmaterializowało się co do joty, pora więc powziąć kolejne. BIORĘ SIĘ ZA SIEBIE. Napiszę sobie drukowanymi literami, bo czytanie ze zrozumieniem nie jest ostatnio moją mocną stroną, wydaję się bowiem interpretować teksty wedle własnych potrzeb, które kompletnie mijają się z zapatrywaniami strony przeciwnej. Handryczymy się więc o modę, sławę i urodę, niepotrzebnie tracąc energię, którą mogę wykorzystać na zdecydowanie bardziej konstruktywne sposoby. Na przykład, korzystając z faktu, iż odwołano mi zajęcia na Uniwersytecie Trzeciego Wieku, napisać kilka słów na blogu. Albo pomachać nogami. Od wakacji stoję w wagowym miejscu, co można uznać za cud, bo druga strona postawiła na niekontrolowane podjadanie, a powszechnie wiadomo, że jak łakoć na stole leży, po łakoć się sięga. Od czterech dni włączam więc regularnie rozgrzewkę jednej ze znanych z intensywnych ćwiczeń pań i staram się ze wszystkich sił nie wyzionąć ducha podczas wyżej wymienionego machania, przeplecionego skrętami, podskokami czy też przysiadami. Udaje mi się wciąż żyć, a między jedną a drugą zziajaną chwilą ze zdziwieniem odkrywam, że najmocniej omdlewające mam mięśnie rąk. Zaparłam się jednak i liczę, że krakanie znajomego wuefisty nie okaże się prorocze. Według jego teorii euforia ćwiczących mija po mniej więcej miesiącu, kiedy efekty widać jedynie najbardziej optymistycznym okiem, wskutek czego machający zniechęca się skutecznie i nie doczekuje czwartego, przełomowego miesiąca. Się okaże, bo motywatory wyskakują mi jak dwudziestokilkuletnie filipy z konopi, stwierdzające, że się pani odmłodziła, poznać pani nie idzie.
7 maja 2016
...w balonie
Mieszkam w balonie. Co chwila wyściubiam z niego nos, przemierzając wzdłuż i wszerz śląskie, małopolskie i świętokrzyskie, jednocześnie nie wydostając się spod ograniczającej powłoki. Zakochana bez pamięci, zrobiłam z siebie głupią gęś nieskończoną ilość razy. Ostatni raz wczoraj. Dzisiaj może. Powietrze stało się odrobinę zatęchłe od przyspieszonego oddechu, a ja zastygłam w bezradnej pozie i nawet nie szukam szpilki, która przekłułaby nawarstwione zwoje. Pyk, jedną po drugiej. Pyk, pyk, pyk...
Aż wyjdę spod nich poskładana w całość ja.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
