20 lipca 2014

W głowie Tima Burtona..

Mogłabym zamieszkać w głowie Tima Burtona. Mógłby mnie wcisnąć gdzieś między Alicję, Edwarda Nożycorękiego a Jacka Skellingtona. Przesiąknięta Burtonowską wyobraźnią, odzyskałabym utraconą jakiś rok temu zdolność snucia przydługich opowieści bez wielkiej treści i pozbyłabym się bolesności nieskładających się w zdania słów. Siedzę tu już piętnastą minutę, odtwarzam maleńkie wydarzenia z poprzednich dni. O tym, że wjeżdżam rowerem wprost w sobotni ukrop, widzę bocianie szczenięta połykające skwar, fotografuję niebieskie chwasty i słyszę wyrażone niecenzuralne zdziwienie mijającego mnie pana, bo przecież tu, kurwa, do sfotografowania nie ma nic. O tym, że o poranku wchodzę w odparowujący nocną wilgoć las, wypatruję owadów zastygłych na źdźbłach traw, za późno jednak jest, kolejnym razem muszę bledszym świtem wstać. O tym, że na parapecie puszy się biały storczyk, który kiedyś czarował niebieskością, ta jednak uleciała wraz z ostatnim opadłym kwiatem z poprzedniego miotu, teraz kwitnie już trzeci tydzień i wcale nie wygląda jakby miał kiedykolwiek przestać, gnie się tylko niemiłosiernie pod ciężarem jedenastych kwiatów. O tym, że kulące się pod krzakiem fioletowe fiołki fotografują się na niebiesko, podobnie chińskie róże, te jasne stają się na zdjęciach błękitem, te ciemne są granatem, kłamliwość mojego aparatu wcale mi jednak nie przeszkadza, bo niebieskość natury przepiękna jest. O tym, że w kubku parzy się ostatnio morwa biała i czarny bez, a ja, zdeklarowana miłośniczka herbaty czarnej i mocnej, z lubością wsypuję do niewypuszczającego fusów metalowego jajeczka dwie łyżeczki ziołowej mieszanki o kolorze słomy i zapachu siana, z równym smakiem popijam herbatę zieloną, może przekonam się do białej, czerwona jednak raczej nie ma szans. O tym, że hoduję w domu albo ducha, albo Alzheimera, bo zasuwam firankę, idę pod prysznic, a kiedy wychodzę ta odsunięta jest, i choć zapominalstwo jest bardziej prawdopodobne, lubię myśleć, że po pokojach snuje mi się firankowy duch. O tym, że zapaliłabym papierosa nad kawą i rozmową świtaniem o czwartej dwadzieścia sześć, rozmawiałabym o nienawiści, którą ludzkość opanowała do perfekcji, choć ta jest jedynie przejawem bezdennej głupoty i pójścia na łatwiznę. O tym, że po kilku z rzędu Wendersach, Coenach i Greenawayach obejrzałabym durne romansidło, którego w moich zbiorach nie potrafię znaleźć, bo w czasie przeprowadzki rozdałam wszystko, co lekkie, łatwe i sztampowe, i wielki pech, bo w wakacje ambitniejsza sieczka zanudza mój mózg, jednocześnie wściekam się w duchu, że nowy estoński film jest do zobaczenia jedynie w stolicy i włączam francusko-irańsko-afgański film. O tym, że Duński odkleja się wyjątkowo powoli, co rusz wpadając na mało akceptowalne pomysły z serii "jak tu bliżej niej być", a przecież we wrześniu czy październiku ubiegłego roku i tego jeszcze wcześniej też, przeżywaliśmy klasyczną agonię normalnego związku, w którym, jak pisze pani Kofta, jedno jest już totalnie wymęczone, chce skończyć, ale wciąż udaje, że wszystko jest okej. I tak oto napisałam. Słowa niby trzymają fason, ale brakuje mi stanu, w którym snuć się będą niczym nierozerwana nić.

13 lipca 2014

Zwyczajnie nic..

Zdecydowanie liczę na to, że moja mamusia zaprzestanie wymyślania kolejnych remontów i któregoś dnia przyjedzie zwyczajnie na kawę z wiśniami w czekoladzie. Odkąd pogoda stała się w miarę sprzyjająca, roztacza przede mną wizje ewentualnych poprawek, które są niezbędne, konieczne i nieuniknione. Zadziwiające, ilu przeróbkom można poddać marne czterdzieści osiem metrów. Dziewięćdziesiąt dziewięć koma dziewięć procent znajomych każe mi cierpieć w milczeniu i doceniać wszelkie przejawy mamusinej troski, co też skrupulatnie czynię, jednocześnie końca pomysłów wypatrując. Mieszkanie traktuję użytkowo. Łóżko, komoda, biurko, kuchenny stół i cztery krzesła w zupełności zaspokajają moją potrzebę posiadania. Przeciętnie interesuje mnie inwestowanie w rzeczy, wolałabym utopić pieniądze w Italii, Rumunii czy innym Izraelu. Tymczasem odsypiam, hurtowo oglądam filmy, czytam stosy zaległych książek i czasopism, staram się zmobilizować do roweru i pisania. Generalnie jednak wygląda na to, że zwyczajnie nie robię nic.