9 lutego 2014

..w białych rękawiczkach

Cześć, mam na imię tanya i jestem nieuleczalnie naiwna. Po czterdziestu jeden latach i jedenastu dniach życia, rychło w czas i bez gwarancji zapamiętania, nauczyłam się, że myślenie, iż ludzie zachowają się przyzwoicie tylko dlatego, że są ludźmi, świadczy jednie o skretynieniu wyznawcy takich teorii. W imię swoich celów, w imię realizacji zaplanowanych skrupulatnie gierek, w imię nieskażonej życzliwością złośliwości ludzie potrafią wykopać przed cudzym nosem dołek, z którego po wpadnięciu weń czubek głowy nie wystaje, potrafią przysypać równo piaskiem i udeptać naruszoną ziemię tak, że nikt się nie zorientuje, iż dwadzieścia centymetrów niżej dogorywa naiwność. Ot, takie tam skurwysyństwo w białych rękawiczkach.
--
Wybaczycie, ale nie odpowiem na ewentualne komentarze. Nie teraz.

1 lutego 2014

Z towarzystwem nie dla mnie..

To towarzystwo nie dla ciebie, zawyrokowała koleżanka, kiedy odrzuciłam zaproszenie na kawę, bo akurat wybierałam się na bal. Kawa u koleżanki trwa zwykle nadzwyczaj długo i za nic nie zdążyłabym ani wypić, ani zatuszować cieni pod oczyma, które nijak nie chcą być tęczowe i w karnawałową konwencję wpasowane, a straszą ziemistymi szarościami w dwustu pięćdziesięciu sześciu odcieniach. Tyle ich właśnie będą miały moje czarno-białe zdjęcia, kiedy stać mnie będzie na Nikona z Photoshopem w pakiecie, co nie stanie się w najbliższym czasie, jeśli nie porzucę balowania, tysięcznych wyjazdów do Krakowa i szału kupowania tenisówek w kwiatki. Tak więc ignorując potrzebę oszczędzania, poszłam na nie do końca bal i spędziłam kilka przemiłych godzin, tańcząc, śpiewając, rozmawiając i pijąc w towarzystwie głównie babeczek starszych ode mnie ładnych dziesięć lat. I obiecując sobie, że za dekadę będę równie roześmiana, bezpretensjonalna, niezasiedziała i niekonwencjonalna jak one, zamiast brać przykład z zapraszającej mnie na kawę koleżanki, która będąc w wieku nieodpowiedniego dla mnie towarzystwa, gnuśnieje w domu, a przy kawie rozbiera na czynniki pierwsze każdą duperelę i szuka dziury w moim i swoim życiu. Dlatego tylko chwilę wahałam się przed tysięcznym wyjazdem do Krakowa. Ilość bywań znudzić może, ale za nic nie darowałabym sobie wyjątkowych rozmów, w czasie których nawet tematy poruszane setny raz brzmią świeżo, a ja czuję się, jakby spoglądała na problemy z boku, jakbyśmy nie mówiły o mojej własnej skórze. Nie darowałabym też sobie niekrępującej ciszy, Sukiennic oblanych czerwonym światłem niezmienionych ustawień w aparacie, Liquid Cocaine o północy, Sto lat na pianinie o kolejnej północy i Jerzego Treli na wyciągnięcie ręki. A wiosną, obuta w kwieciste pepegi, pojadę tam po raz tysiąc pierwszy. Z towarzystwem nie dla mnie.