To towarzystwo nie dla ciebie, zawyrokowała koleżanka, kiedy odrzuciłam zaproszenie na kawę, bo akurat wybierałam się na bal. Kawa u koleżanki trwa zwykle nadzwyczaj długo i za nic nie zdążyłabym ani wypić, ani zatuszować cieni pod oczyma, które nijak nie chcą być tęczowe i w karnawałową konwencję wpasowane, a straszą ziemistymi szarościami w dwustu pięćdziesięciu sześciu odcieniach. Tyle ich właśnie będą miały moje czarno-białe zdjęcia, kiedy stać mnie będzie na Nikona z Photoshopem w pakiecie, co nie stanie się w najbliższym czasie, jeśli nie porzucę balowania, tysięcznych wyjazdów do Krakowa i szału kupowania tenisówek w kwiatki. Tak więc ignorując potrzebę oszczędzania, poszłam na nie do końca bal i spędziłam kilka przemiłych godzin, tańcząc, śpiewając, rozmawiając i pijąc w towarzystwie głównie babeczek starszych ode mnie ładnych dziesięć lat. I obiecując sobie, że za dekadę będę równie roześmiana, bezpretensjonalna, niezasiedziała i niekonwencjonalna jak one, zamiast brać przykład z zapraszającej mnie na kawę koleżanki, która będąc w wieku nieodpowiedniego dla mnie towarzystwa, gnuśnieje w domu, a przy kawie rozbiera na czynniki pierwsze każdą duperelę i szuka dziury w moim i swoim życiu. Dlatego tylko chwilę wahałam się przed tysięcznym wyjazdem do Krakowa. Ilość bywań znudzić może, ale za nic nie darowałabym sobie wyjątkowych rozmów, w czasie których nawet tematy poruszane setny raz brzmią świeżo, a ja czuję się, jakby spoglądała na problemy z boku, jakbyśmy nie mówiły o mojej własnej skórze. Nie darowałabym też sobie niekrępującej ciszy, Sukiennic oblanych czerwonym światłem niezmienionych ustawień w aparacie, Liquid Cocaine o północy, Sto lat na pianinie o kolejnej północy i Jerzego Treli na wyciągnięcie ręki. A wiosną, obuta w kwieciste pepegi, pojadę tam po raz tysiąc pierwszy. Z towarzystwem nie dla mnie.