25 marca 2011

Pod niebieskimi oczyma..

KLIK, bo tytuł pasuje jak ulał, i bo tą wersję uwielbiam

Korzystając z okazji, że moja zdolność do poruszenia jakiegokolwiek sensownego tematu jest dziś nieco okrojona, wywiążę się z zaległych łańcuszków i wyznam siedem moich tajemnic głównych, z których pewnie co nieco przemyciłam już w ciągu tych niemal siedmiu lat notek i komentarzy. Najpierw jednak pofantazjuję na temat, co by było, gdybym była.. miesiącem, byłabym lipcem - skwarem rozwieszonym między świtem a zmierzchem, dostrzegalnym gorącem w powietrzu; dniem tygodnia, byłabym sobotą - koniecznie niepracującą, pielęgnującą samą siebie i nieodłącznego przyjaciela lenia; porą dnia, byłabym wieczorem - ciężkim od myśli, rozświetlonym księżycem w pełni, rozedrganym jak nastoletnia emocja; planetą, byłabym Plutonem - nic to, że już nie jest standardową planetą w Układzie Słonecznym, nie lubię układów; kierunkiem, byłabym wschodem - rosyjskim, nieogarniętym, nieokiełznanym, nieprzewidywalnym, cudownym; meblem, byłabym łóżkiem - spałabym bez końca, przewracając się z boku na bok, śniąc o byciu sobą i innymi; grzechem, byłabym lenistwem - ociężałym, rozmemłanym, nafaszerowanym chaosem, rozlanym po wszystkich członkach; postacią historyczną, byłabym Fridą Kahlo - silną osobowością, kruchym ciałem, atawistycznym talentem, kolorowym ptakiem; cieczą, byłabym kawą - czarną, bez cukru, mocną, usypiającą, dawkowaną bez umiaru, wprowadzającą serce w drżenie; drzewem, byłabym brzozą - przyodzianą w białą, prostą, skromną szatę, z wiatrem mruczącym mi do ucha; ptakiem, byłabym wróblem - stroszyłabym piórka, kąpiąc się w kałużach piasku, zarażałabym radosną szaroburością; narzędziem, byłabym poziomicą - badającą nierówności w starym stylu, rozbieganym pęcherzykiem gazu; rośliną, byłabym kąkolem - jaskrawym kolorem w łanach zbóż, upierdliwym chwastem, elementem dziewczęcych wianków; rodzajem pogody, byłabym upałem - ociekającym, rozpuszczającym, wiszącym nad roznegliżowanym światem; postacią z mitologii, byłabym Hermesem - biegałabym tu i tam, zawsze w podróży, zawsze w ruchu, szefowałabym złodziejom i wynalazcom; kolorem, byłabym rudością - palącą, iskrzącą się, pomarańczowo kocią, spływającą kaskadą włosów, ozdobioną piegami; warzywem, byłabym papryczką chilli - wypalającą pyskate języki, wdzierającą się ogniem w głąb gardła; dźwiękiem, byłabym ciszą - przewrotną, w uszach świdrującą, kojącą, niepokojącą, o milionach tonów; pierwiastkiem, byłabym tlenem - wszędobylskim, ziemskim, gwarantującym życie, pulsującym w skroniach; filmem, byłabym Lotem nad kukułczym gniazdem - przemianą z Kolosa o glinianych nogach w wodza samej siebie; jedzeniem, byłabym kurczakiem w warzywach - sprzedawanym w nieprzytulnej knajpce w konkretnym hipermarkecie; miejscem, byłabym doliną wśród gór - zdominowaną, zachwyconą, przyjazną, zasypywaną lawinami, oazą i wytchnieniem; tkaniną, byłabym żorżetą - przejrzystą, przewiewną, lekko otulającą ciało, nieregularnie zmarszczoną, niewzorzystą; smakiem, byłabym goryczą - niejednoznaczną, niełatwą do odgadnięcia, zmieniającą swoją postać, zostającą na granicy przełyku; zapachem, byłabym zieloną herbatą - ulotną, uciekającą przed powonieniem, chwytaną w chwili intymnej; słowem, byłabym przekleństwem - soczystym, nieprzebierającym w słowach, dosadnym, szeptanym sam na sam; przedmiotem, byłabym książką - zawsze w innym miejscu, czasie, ciele, w każdym z osobna, we wszystkich naraz; częścią ciała, byłabym oczyma - niezmordowana patrzyłabym na świat, zaglądałabym w ludzkie dusze; wyrazem twarzy, byłabym rozmarzeniem - oderwaniem od rzeczywistości, błądzeniem po rejonach nieznanych, upragnionych; przedmiotem w szkole, byłabym językiem obcym - katowałabym deklinacjami i koniugacjami, czarowała słowotokiem; bohaterką kreskówki, byłabym Barbamamą - niewyraźnym wspomnieniem z dzieciństwa, bezkształtną masą o kształcie prawie kobiety; kształtem, byłabym kółkiem - odręcznie narysowanym nieporadną ręką dziecka, nieidealnym, poszarpanym, wystrzępionym; liczbą, byłabym trzynastką - drażniłabym przesądnych, puszczałabym do nich oko, epatowała przekornym szczęściem; znakiem interpunkcyjnym, byłabym średnikiem - nie kończyłabym definitywnie zdania, byłabym przerwą na chwilę.

Siedem tajemnic głównych:
1. Mam dwójkę o dwa lata młodszego rodzeństwa, brata i siostrę, są zupełnie do siebie niepodobnymi bliźniakami. W dzieciństwie ja trzymałam sztamę z bratem, siostra była kapkę wyłączona z naszego ścisłego grona.
2. Duński z zawodu jest ichtiologiem, dzięki czemu angielskie słownictwo profesjonalne z zakresu tegoż tematu opanowane mam nieźle - swobodnie operuję terminami, których nigdy w życiu w codziennej rozmowie pewnie nie użyję.
3. Tak rodzice moi, jak i Duńskiego nie byli szczególnie kreatywni w nadawaniu nam imion: i moje imię, i imię Duńskiego są najpopularniejszymi w naszych rocznikach.
4. Hit pod tytułem Avatar oglądałam jedynie w języku rosyjskim, jadąc autokarem na Łotwę. Pewnie w związku z tym, że niewiele słyszałam i rozumiałam, spało mi się przy nim wyśmienicie.
5. Panicznie boję się gęsi. Kogutów i indorów nie mniej. Jakkolwiek głupio to wygląda do dziś uciekam przed na początku wymienionym ptactwem aż się za mną kurzy i nic to, że w pewnym wieku to mało przystoi.
6. Jeszcze się nie chwaliłam, że tłumaczone przeze mnie streszczenia medycznych artykułów pojawiają się w branżowych periodykach na całym świecie. Współpracuję w tej kwestii z lekarzem robiącym doktorat.
7. Dwukrotnie byłam w telewizji, raz w lokalnej, z łapanki. Usadzono mnie w sali z panami dziennikarzami, a potem podstępem zmobilizowano do powiedzenia kilku słów. Za drugim razem była to telewizja łotewska.

19 marca 2011

Wiosna we łbie, języki obce i dualizm amuletowy..

Po skończonym rozdaniu jeden brydżysta krzyczy do drugiego:
- Ty idioto! Czemu wyszedłeś w kiera?
- Przecież pokazywałeś mi serce, ripostuje tamten.
- A jak, cholera, robi serce? Pik, pik!


Czasem mówimy z Duńskim innymi językami. Jego zdaniem ja wypowiadam się w jakimś nie-do-ogarnięcia suahili naszpikowanym słowami niekoniecznie egalitarnymi, kolokwialnymi raczej, jednakowoż równie niezrozumiałymi. Ja sądzę, że posługuję się raczej marsjańskim, rzeczywiście czasem z deka zbyt swojskim dla mnie, a nieswojskim dla niego, ale konkretnym i niepozostawiającym pola dla domysłów. Tymczasem on wydaje się zmuszać mnie do kluczenia między interpretacjami, czego serdecznie nie znoszę, lubię bowiem sytuacje klarowne i niepozasłaniane. Równie ciężko jest mi czasem nadążyć za tokiem myślenia dziewiętnastolatków o duszach i pomysłach pięciolatków. Pomysłach, które przemieniają igłę w widły; które wcale nie są nowe, lecz w ich wykonaniu zostały rozdmuchane niczym przez kowalski miech, przez co muszę stawać przed nimi, tłumić paroksyzmy śmiechu i tłumaczyć, że w pewnym wieku pewnych rzeczy robić nie przystoi, choć ich postępek bardziej mnie rozbawia niż złości. Złoszczą mnie za to inne ich przewinienia, z wywoływaniem irytacji w innych na czele. Kiedy bowiem owa irytacja przynosi skutki dla dziewiętnastolatków niemiłe, wcielają się oni w role pokrzywdzonych dziecinek, które powinnam wysłuchać cierpliwie, pogłaskać po główkach i utwierdzić w przekonaniu, że wraz z osiągnięciem wieku (pseudo)dorosłego stali się królami świata. Nic z tego, ja wrednie uważam, że rządzić to oni sobie mogą czubkiem własnego nosa. I tylko dziewczęta widzą jak się morduję, a potem mówią tu i ówdzie, że im mnie żal, bo muszę się publicznie gimnastykować, by wydarzeń nie zbagatelizować, a jednocześnie pozostać w zgodzie z własnym uważaniem. Ach, i żeby do tego nie popaść w konflikt stulecia z panią, która ręce zatarłszy po przemienionym w widły pomyśle, pochlebiła sobie, że jej równolatki mądrzeją, podczas gdy moje głupieją. Wierzy w to święcie, choć w tej wierze jest całkowicie osamotniona. Nie przeczę, niektórym z moich po przekroczeniu progu dorosłości jakby się kilka śrubek w głowach poluzowało, czyli zwyczajnie im coś tam porządnie - pardon - pierdolnęło, ale generalnie to sympatyczne dzieciaki i nawet ci zapatrzeni w czubek swojego nosa, kiedy przejdzie im zacietrzewienie wywołane krytyką, pokazują nieobrażoną twarz i jest to twarz przyjemna.

Co nie udaje się ludziom, z łatwością przychodzi kotom. Moje żyją ze sobą w perfekcyjnej symbiozie, leżąc całe dnie pokotem tuż obok siebie i nawet sporadyczne parsknięcia nie burzą sielanki. Kotom zazdroszczę, potrafią bez mrugnięcia okiem zastosować się do przykazania, że "życie jest zbyt skomplikowane, więc lepiej się zdrzemnąć" (zaczerpnięte STĄD) i w poważaniu mają problemy, które my analizujemy w tą i z powrotem, wywracając je na drugą stronę w poszukiwaniu najkorzystniejszej opcji. Z nami koty też dogadują się bez problemu, nawet Franc, któremu należałoby zmienić imię na Jak-rzep-do-psiego-ogona, wczepia się bowiem pazurami w co popadnie, głównie w nas, chcąc nam pewnie przekazać, żebyśmy go przez przypadek nie upuścili, bo jeszcze nie wyląduje na cztery kocie łapy, a spadnie na łeb na szyję i sobie kark skręci. Tchórz. Powinnam pożyczyć mu mój bułgarski amulet, który noszę przypięty do torebki, przekornie uzupełniając jego moc sprawczą krzyżykiem kupionym niegdyś z zachwytu. Amulet wprawdzie ma moc przyciągania wiosny, a nie odganiania strachu, ale przy odrobinie dobrej woli można wyganianą przez niego zimę utożsamić z samym złem, zło zaś skojarzyć ze strachem i tak oto biało-czerwone włóczkowe ludziki z powodzeniem mogłyby zawisnąć Francowi na obroży, gdyby nie obawa, że swoimi czepialskimi pazurami w nicość zmieni pamiątkę z podróży. Ta zaś się jeszcze może przydać, bo temperatura na zewnątrz wcale nie jest przyjaźnie wiosenna, więc wszelkie sposoby odgonienia zimna są wciąż w cenie. Również ten, który polega na czterdziestopięciominutowym wgapianiu się w drzewo ozdobione nienaturalnie wielkimi, bibułowymi kwiatami o różowych środkach, które stoi w jednej z sal lekcyjnych i wpędza mnie w przedwiosenną zadumę. Nie jest to dobre miejsce do urządzania sprawdzianów, zamykam bowiem oczy i rozmarzam się, zamiast skupiać się na rytuale wyssanego z mlekiem poprzednich pokoleń uczniowskiego ściągania. Cóż tam jednak ściąganie, cóż wystrugane z igły widły, cóż języki obce, kiedy wiosna we łbie.

14 marca 2011

Ja, zwierzę blogowe..

Piszemy blogi. Dotykamy tematów ważkich, traktujących o losach i kondycji światów, w których żyjemy. Świata globalnego i światów naszych, znacznie bardziej prywatnych, lokalnych, emocjonalnych. Równie często piszemy o kwestiach zupełnie trywialnych, niegodnych większej uwagi ogółu ludzkości, ale zostawiamy je tutaj, bo uszczęśliwiły lub ubodły, bo są solą naszej codzienności, choć inni postrzegają je jako trywialne, miałkie, kuriozalne. Niby takie nic, ale zwyczajnie w człowieku siedzi potrzeba, by się rozsadzającymi emocjami podzielić, bo może ktoś ucieszy się razem z nami, dzięki nam uśmiechnie, może wspomoże, zrozumie, zmusi do wzięcia się w garść, pogłaska. Wszystko to można dostać również poza siecią, fakt, ale czemu nie skorzystać z obu dróg, jeśli komuś to potrzebne? Piszemy więc tutaj, ubierając myśli w słowa rozsądne, poukładane, naszpikowane argumentami, łapiemy też jednak chwile. Momenty nasączone duszą, opisane zdaniami pozornie bez ładu i składu, kipiące słowami u progu histerii, na skraju emocjonalnej przepaści. Chwytamy wrażenia, przyodziewając je w literki nieporadne, niepasujące do siebie, niestosowne do tematu, bo skropione potrzebą chwili. Blog to niejednokrotnie eksplozja myśli. Często chaotycznych, rozedrganych, nieokiełznanych. Myśli mieszkających tu, powstających teraz. Blog to nie gazeta, nie czasopismo, w których zdania są wygładzane, polerowane, zaprasowywane i podawane w estetycznym opakowaniu poprawności politycznej.

Rzadko odnoszę się do poleceń Onetu, choć zdarzają mi się one wcale niesporadycznie. Wczorajszego jednak milczeniem nie zbędę, bo było ono dla mnie mało zrozumiałe. Wyciągnięto z blogowego worka moje miałkie słowa, mój bzdurny drobiazg, nieistotne wydarzenie, które w rzeczywistości pozablogowej trwało kilka minut, w wirtualnej zaś rozrosło się do rangi burzy w szklance wody. Owszem, temat sam w sobie był ważki i warto poświęcić czas na rozebranie go na czynniki pierwsze, na omówienie, wymianę refleksji, czy jednak wstępem do dyskusji powinno być głupiutkie zdarzenie omotane chwilowymi emocjami? Czy nie warto by rozpocząć dyskusji od tekstu analitycznego, wypełnionego przemyślanymi argumentami, mądrego? Mam całkowitą świadomość, że decydując się na pisanie bloga na tym konkretnym portalu, jestem narażona na wyłapywanie moich słów i wystawianie ich na widok mocno publiczny, uważam jednak, że polecane teksty winny być merytorycznie wartościowe, a nie stanowić wyrwany z kontekstu poglądów i rozmyślnie wybrany, by prowokować, zlepek emocjonalnych refleksji, które jedynie sygnalizują mój pogląd na całość problemu, przez co mogą być interpretowane na tysiąc sposobów. Oczywiście, napisałam poniższe słowa, biorę za nie pełną odpowiedzialność i ich nie cofam, nie są one jednak warte tego, by stać się przyczynkiem do głębokich przemyśleń. Zupełnie więc nie dziwi mnie zaskoczenie niektórych komentujących faktem wyciągnięcia z czeluści tak trywialnych słów. Nieskromnie uważam, że napisałam wiele bardziej wartościowych tekstów. Cóż, kiedy nie były one wystarczająco kontrowersyjne. Ale czy tylko o wywołanie sensacji w tym blogowym interesie chodzi?

9 marca 2011

Festiwal zaglądania w kanapki..

Dziś przypada Środa Popielcowa, o której zapomniałam lub, co bardziej prawdopodobne, nie wiedziałam, a o której skutecznie przypominano mi dziś od samego rana. Większość ludzi w pracy wie, że mam diabła za skórą i kościelne zwyczaje w większości ignoruję, część jedynie kultywując, bynajmniej jednak nie z powodów chrześcijańskich, polskich raczej. I poniekąd towarzyskich. Niezależnie od moich poglądów, szanuję ludzi, którzy wierzą i dni święte święcą i nie przeszkadza mi ich zaangażowanie w kościelne życie. Podobnego szacunku wymagam dla siebie i dla moich zachowań, nimi bowiem nikomu krzywdy żadnej nie wyrządzam i nie uważam, by niepraktykowanie pewnych rytuałów czyniło ze mnie złego człowieka. Cóż kiedy część osób w szkole wydaje się patrzeć na mnie podobnych (choć nie twierdzę, że na mnie samą) wilkiem. Pojawia się w związku z tym sytuacja, w której może ja sama jestem akceptowana jaka jestem, ale inni niepraktykujący są diabła warci. Nic to, na sam wzrok machnęłabym ręką, złości mnie jednak próba przekabacania niewierzących na swoją stronę, zwłaszcza metodą wpędzania w poczucie winy. Nie sądzę, bym musiała się przed kimkolwiek tłumaczyć z tego, z czym w Popielcową Środę jem kanapkę, czy przed Wielkanocą byłam u spowiedzi, czy święcę pokarm w koszyczku albo czy imprez hucznych w czasie postu unikam. A dziś właśnie urządzono sobie na długiej przerwie festiwal zaglądania w kanapki. I nie ugryzłam się w język. W zamian usłyszałam pytanie, co mnie ugryzło. To proste, rąbnęło mnie to, że skoro ja nikogo na moje prowadzące prosto do piekła praktyki nie namawiam, nie chcę być na siłę nawracana.

5 marca 2011

W stanie notorycznego focha..

Najgorzej jest patrzeć na sprawy przez pryzmat focha. Przyznaję, w pewnym wieku ma on niemal urocze zabarwienie i małolatom jest w nim niejednokrotnie niezwykle do twarzy, jednak co ujdzie płazem rozdygotanej młodości, w wieku lat ileśtamdziesięciu jest śmieszne, ujmuje powagi i zapalaja błysk ironii w oczach postronnych obserwatorów.

Foch praktykowany dla samego focha, choć czasem trudno strawialny, ale zwykle mało trujący dla otoczenia w sytuacjach prywatnych, staje się zdecydowanie zjawiskiem niepożądanym w sytuacjach zawodowych. Budzi wtedy nie tylko zażenowanie, ale i zagubienie - bynajmniej nie fochającego się, - bo stawia obserwatora w niezręcznej sytuacji nieszanowania osoby, której winno się szacunek okazywać, nawet jeśli gdzieś się go po drodze zgubiło.

Świadkuję takiemu notorycznemu fochowi już od bez mała kilku lat. Coraz rzadziej wywołuje on we mnie uczucie niezręczności, częściej zaczyna budzić irytację. Bo zaśniedziały już jest, zastany, cały należy do czasu mocno przeszłego, pora by więc najwyższa była, by wyrzucić go na śmietnik zamiast polerować i na biurku wśród innych trofeów stawiać. W zamian można by na honorowym miejscu postawić lśniącą statuetkę klasy.

Lubię, kiedy ludzie się na mnie obrażają - wyręczają mnie, przeczytałam w komentarzu na blogu Nadwodnej. Zapewne pierwszą myślą, jaka przychodzi do głowy, kiedy czyta się powyższe słowa jest ta, że dzięki cudzemu fochowi my nie musimy strzelać własnego. Dla mnie istnieje jednak jeszcze jedna interpretacja, bo bohaterka mojego wywodu w stanie uniesienia wywołanego tkwiącym w niej notorycznym fochem, potrafi obrazić się na cały świat i wtedy za ów świat całą pracę sama odwalić. Oczywiście lepiej niż cały świat byłby w stanie ją wykonać.

Nie umiem pojąć, jak można na wielką imprezę, z gośćmi sproszonymi z całego województwa, zaprosić krawcową, która wyszyła kawałek sukna. Symbolicznie ważny kawałek, ale bez którego można by się obejść; generalnie, na tej konkretnej imprezie jest on niezbędny. Jednocześnie nie zaprosić kogoś, kto był niegdyś niezmiernie istotnym ogniwem naszej codzienności. Nie zaprosić z powodu zwyczajnego, płytkiego, banalnego focha.
--
7 marca jest Międzynarodowy Dzień Bez Focha