KLIK w fantastyczne wykonanie, dla porównania
Ach, kiedyś to byłam fanką piłki kopanej. Oglądałam każdy Mundial i każde Euro, wiwatując przy zwycięstwach i płacząc nad porażkami prywatnych ulubieńców. Obecnie, kiedy 99,9% procent narodu żyje organizowanym w kraju turniejem, ja mam imprezę w dużej mierze koło nosa. Trudno się jednak spodziewać, że szum wokół wydarzenia zupełnie mnie ominie: tu coś przypadkiem zobaczę, tam coś przypadkiem usłyszę. Takim też przypadkiem przeczytałam w zeszłorocznej Angorze artykuł o, jak się niedawno wyraził pan Tomaszewski, farbowanych lisach w polskiej kadrze. Wypowiedzi byłego reprezentanta Polski, ich wydźwięk, zapalczywość sądów, niewyselekcjonowanie słów kapkę mnie drażnią, jednak nie umiem odmówić mu w tej kwestii racji. Zdaję sobie sprawę, że wiele narodowych reprezentacji ma w swoim składzie piłkarzy o obco brzmiących nazwiskach, jednocześnie - z tego, co wiem - są to ludzie na co dzień mieszkający w danym kraju, wychowani w danej kulturze, od dziecka biegający po boiskach swoich nowych ojczyzn; oczywiście dopuszczam tutaj istnienie wyjątków bądź błąd w moim myśleniu. Niepokoi mnie jednak fakt, że wśród urodzonych w Polsce piłkarzy nie udało się znaleźć dwudziestu sześciu potrafiących składnie kopać piłkę panów. Toż jest nas niemal czterdzieści milionów, z czego niespełna połowę stanowią mężczyźni. Mężczyźni w większości rozkochani w futbolu. Wiem, w dużej mierze w futbolu kanapowym, jednak wielu się znajdzie i praktyków. Cóż, kiedy grają jak grają, a często grają tak, jakby w poważaniu mieli wszystko. Żadna ze mnie specjalistka od profesjonalnego sportu, jednak ja winiłabym za to system wynagrodzeń. Jaką ma bowiem motywację ktoś, kto za samo bycie w klubie zarabia rocznie tyle, na ile ja musiałabym pracować pół życia? Oczywiście, bycie piłkarzem dla zdecydowanej większości jest pracą zawodową, więc wynagrodzenie jak najbardziej im się należy, uważam jednak, że bardziej powinno być uzależnione od efektów i być może panowie piłkarze dostaliby zbiorowego kopa, gdyby w okresach grzania ławy ich pobory zeszły do średniej krajowej. Można by tutaj wysunąć zarzut, że w takim razie każda praca winna być płatna w zależności od osiągnięć, jednak z czego uszczknąć komuś, kto zarabia najniższą krajową czy nieco ponad nią?
Tak jak powyższa kwestia mogłaby mnie zirytować, gdybym poświęciła jej więcej uwagi, zamieszanie opisane poniżej mnie raczej bawi niż denerwuje. Mowa, wiadomo, o nieoficjalnym hymnie, czy zwyczajnie przyśpiewce kibiców, czyli "Koko Euro spoko". Nie przeczę, piosenka jest mocno przaśna, siermiężnie wykonana, ale czteroletnia córka mojej koleżanki już ją podłapała i śpiewa z zapałem, co świadczy jedynie o tym, że melodia wpada w ucho, a słowa nie są łamańcami językowymi, których zagraniczni kibice nie będą w stanie wychwycić. Niemówiący po polsku kibice są przecież jak dopiero uczące się języka małe dzieci. Oczywiście, że wolę wersję zespołu Śląsk, jednak ich wykonanie mogłoby być zbyt monumentalne. Wolałabym też, by konkurs wygrał zespół Poparzeni Kawą Trzy, bo z prezentowanych piosenek ich propozycja najbardziej przypadła mi do gustu. Cóż jednak z mojego wolenia, głosowanie się odbyło i choć opinie są skrajne myślę, że nie ma co z wyboru Polaków, poważnego czy przekornego, robić tragedii na międzynarodową skalę. W obronie nierobienie z igły wideł posłużę się słowami Krzysztofa Skiby: "Możemy narzekać, że jest wsiowa, ale taki jest polski folklor". Uważam zresztą, że europejscy kibice bardziej będą zainteresowani wrażeniami piłkarskimi niż analizą kilku wersów puszczonego im przed meczem utworu. Przytoczę tutaj słowa jednego z anonimowych komentatorów w sieci o jednej z innych propozycji: "Nie jest zła, ale lekko zamula. Po kilku głębszych nikt tego nie zaśpiewa". Niebagatelny to argument, ciężko się bowiem spodziewać, że mistrzostwa w piłce kopanej obędą się bez alkoholu. Nadmienię jeszcze, że "hymn" który wywołał taką wrzawę słyszałam maksymalnie dwa razy, pozostałe piosenki przesłuchałam dziś na potrzeby notki; przy okazji znalazłam TO. Ale czy to znaczy, że mam żałować, iż nie urodziłam się w Irlandii, bo ich muzyka folkowa (również ta bardziej tradycyjna) mocno mi w duszy gra? Sumując, przyśpiewka stadionowa, która nie jest ani gorsza, ani lepsza od już istniejących wydaje się przesłaniać kwestie, z którymi przyjdzie nam się zmierzyć w czasie sportowego widowiska: gra kadry narodowej, zaplecze hotelowo-logistyczne i zachowanie stadionowych bandytów.
--
I masz ci los: chodzę po domu i nucę "koko koko". Nic to, nucę też "Gdzieżeś ty bywał, czarny baranie?" i "Świniorzysko". Jestem pewna, że nawet odtrutka z Behemota nie pomoże.
Ach, kiedyś to byłam fanką piłki kopanej. Oglądałam każdy Mundial i każde Euro, wiwatując przy zwycięstwach i płacząc nad porażkami prywatnych ulubieńców. Obecnie, kiedy 99,9% procent narodu żyje organizowanym w kraju turniejem, ja mam imprezę w dużej mierze koło nosa. Trudno się jednak spodziewać, że szum wokół wydarzenia zupełnie mnie ominie: tu coś przypadkiem zobaczę, tam coś przypadkiem usłyszę. Takim też przypadkiem przeczytałam w zeszłorocznej Angorze artykuł o, jak się niedawno wyraził pan Tomaszewski, farbowanych lisach w polskiej kadrze. Wypowiedzi byłego reprezentanta Polski, ich wydźwięk, zapalczywość sądów, niewyselekcjonowanie słów kapkę mnie drażnią, jednak nie umiem odmówić mu w tej kwestii racji. Zdaję sobie sprawę, że wiele narodowych reprezentacji ma w swoim składzie piłkarzy o obco brzmiących nazwiskach, jednocześnie - z tego, co wiem - są to ludzie na co dzień mieszkający w danym kraju, wychowani w danej kulturze, od dziecka biegający po boiskach swoich nowych ojczyzn; oczywiście dopuszczam tutaj istnienie wyjątków bądź błąd w moim myśleniu. Niepokoi mnie jednak fakt, że wśród urodzonych w Polsce piłkarzy nie udało się znaleźć dwudziestu sześciu potrafiących składnie kopać piłkę panów. Toż jest nas niemal czterdzieści milionów, z czego niespełna połowę stanowią mężczyźni. Mężczyźni w większości rozkochani w futbolu. Wiem, w dużej mierze w futbolu kanapowym, jednak wielu się znajdzie i praktyków. Cóż, kiedy grają jak grają, a często grają tak, jakby w poważaniu mieli wszystko. Żadna ze mnie specjalistka od profesjonalnego sportu, jednak ja winiłabym za to system wynagrodzeń. Jaką ma bowiem motywację ktoś, kto za samo bycie w klubie zarabia rocznie tyle, na ile ja musiałabym pracować pół życia? Oczywiście, bycie piłkarzem dla zdecydowanej większości jest pracą zawodową, więc wynagrodzenie jak najbardziej im się należy, uważam jednak, że bardziej powinno być uzależnione od efektów i być może panowie piłkarze dostaliby zbiorowego kopa, gdyby w okresach grzania ławy ich pobory zeszły do średniej krajowej. Można by tutaj wysunąć zarzut, że w takim razie każda praca winna być płatna w zależności od osiągnięć, jednak z czego uszczknąć komuś, kto zarabia najniższą krajową czy nieco ponad nią?
Tak jak powyższa kwestia mogłaby mnie zirytować, gdybym poświęciła jej więcej uwagi, zamieszanie opisane poniżej mnie raczej bawi niż denerwuje. Mowa, wiadomo, o nieoficjalnym hymnie, czy zwyczajnie przyśpiewce kibiców, czyli "Koko Euro spoko". Nie przeczę, piosenka jest mocno przaśna, siermiężnie wykonana, ale czteroletnia córka mojej koleżanki już ją podłapała i śpiewa z zapałem, co świadczy jedynie o tym, że melodia wpada w ucho, a słowa nie są łamańcami językowymi, których zagraniczni kibice nie będą w stanie wychwycić. Niemówiący po polsku kibice są przecież jak dopiero uczące się języka małe dzieci. Oczywiście, że wolę wersję zespołu Śląsk, jednak ich wykonanie mogłoby być zbyt monumentalne. Wolałabym też, by konkurs wygrał zespół Poparzeni Kawą Trzy, bo z prezentowanych piosenek ich propozycja najbardziej przypadła mi do gustu. Cóż jednak z mojego wolenia, głosowanie się odbyło i choć opinie są skrajne myślę, że nie ma co z wyboru Polaków, poważnego czy przekornego, robić tragedii na międzynarodową skalę. W obronie nierobienie z igły wideł posłużę się słowami Krzysztofa Skiby: "Możemy narzekać, że jest wsiowa, ale taki jest polski folklor". Uważam zresztą, że europejscy kibice bardziej będą zainteresowani wrażeniami piłkarskimi niż analizą kilku wersów puszczonego im przed meczem utworu. Przytoczę tutaj słowa jednego z anonimowych komentatorów w sieci o jednej z innych propozycji: "Nie jest zła, ale lekko zamula. Po kilku głębszych nikt tego nie zaśpiewa". Niebagatelny to argument, ciężko się bowiem spodziewać, że mistrzostwa w piłce kopanej obędą się bez alkoholu. Nadmienię jeszcze, że "hymn" który wywołał taką wrzawę słyszałam maksymalnie dwa razy, pozostałe piosenki przesłuchałam dziś na potrzeby notki; przy okazji znalazłam TO. Ale czy to znaczy, że mam żałować, iż nie urodziłam się w Irlandii, bo ich muzyka folkowa (również ta bardziej tradycyjna) mocno mi w duszy gra? Sumując, przyśpiewka stadionowa, która nie jest ani gorsza, ani lepsza od już istniejących wydaje się przesłaniać kwestie, z którymi przyjdzie nam się zmierzyć w czasie sportowego widowiska: gra kadry narodowej, zaplecze hotelowo-logistyczne i zachowanie stadionowych bandytów.
--
I masz ci los: chodzę po domu i nucę "koko koko". Nic to, nucę też "Gdzieżeś ty bywał, czarny baranie?" i "Świniorzysko". Jestem pewna, że nawet odtrutka z Behemota nie pomoże.