29 grudnia 2012

Z premedytacją i niespodziewanie..

Z premedytacją dekapituję ciągle nieprzeterminowane marzenia. Wskutek nadmiernego dopieszczania z przyjaźnie dyndających u sufitu pragnień przepoczwarzyły się bowiem w kłujące niedotykalstwem potwory. Kształtuję je więc na nowo, przyczepiam rozkoszne główki, sztukuję pulchne kończyny, montuję błyszczącą nowością hydraulikę. Niby te same, a jakby inne. Tymczasem wpycham je głęboko w podświadomość, skąd wychyną niespodzianie, kiedy przyjdzie ich czas. Chętnie zaszyłabym się w czeluściach siebie wraz z nimi. Potrzebuję odrobiny samotności, a tu ciągle ktoś z czymś. Wyjątkowo się wokół mnie tłoczno zrobiło. Przekornie, zamiast zamknąć się w czterech ścianach, pojechałam wtapiać się w jasnogórską gawiedź, gdzie z japońską manierą pstrykałam zdjęcia wszystkiemu, co się rusza i co zastygło w bezruchu, sama zatrzymując czas przed Golgotą Dudy - Gracza; ta zawsze wsysa mnie w inny wymiar. Równie przekornie skusiłam się wczoraj na wieczorne pogawędki z od półtora roku widywaną jedynie sporadycznie młodzieżą. Z całą dwunastką mogłabym gadać do bladego świtu, przywołując wspomnienia, których powoli przestaję być świadoma. Ich dekapitacja byłaby mi zupełnie nie na rękę, te trzy lata razem to był dobry czas. I znów uświadomiłam sobie, że miałam szczęście trafiając właśnie na nich, a nie na nieznającego granic szczeniaka ze stolika obok. Wygląda na to, że pod koniec stycznia granicę, i to niejedną, przekroczę również ja: na Łotwie przyjdzie mi wertować tonę papierów, przebijać się przez tryliony pomysłów i świętować okrągłe urodziny. I w ten sposób niespodziewany mail od pana Michała zdekapitował braterskie plany wproszenia się do mnie, by wódkę pić.

22 grudnia 2012

Dzień, w którym nie skończył się świat..

Uśmiecham się, idąc szkolnym korytarzem. I mrucząc pod nosem od tygodnia pulsujących mi w głowie Foo Fighters. I pijąc żurawinowe piwo, którego jeszcze rok temu nie wzięłabym ze sklepowej półki. I zakładając na siebie kolejną warstwę chroniących mnie przez zewnętrznym/wewnętrznym zimnem ciuchów, przez które muszę obracać całe ciało, kiedy rozglądam się na ulicy w lewo i w prawo. I rzucając w kąt książkę noblistki, napisaną w czasie teraźniejszym, którego przebrnąć nie mogę, choć historia wydaje się zaciekawiać. I widząc rozedrganego Michaela Fassbendera, choć jego filmowa kreacja tkwi we mnie jak zadra, a streszczenie życia jego bohatera bynajmniej nie daje powodów do radości. I próbując umieścić w kadrze zaplątane w gałęzie gruszy dwie sójki. I zastanawiając się, czy w ogóle mam ochotę w poniedziałek wsiadać w pociąg i jechać na spotkanie ze świętami.

Uśmiecham się, choć to był paskudny tydzień, w którym od poniedziałku pozostaję zakleszczona między dwiema naszpikowanymi kłującymi emocjami nastolatkami, z których każda ma swoją wersję wydarzeń, prawdziwszą od prawdy strony przeciwnej. Uśmiecham się, choć niedobrze mi się robi odkąd przeczytałam bałwochwalczy hymn chwalący kogoś, kto zupełnie na szacunek swoim czynem nie zasługuje, ale tak umiejętnie manipuluje faktami, że powszechną opinię przekonał, iż wyobrażenia są mniej kłamliwe od prawd. Uśmiecham się, choć chwilę temu uświadomiłam sobie, że istnieje niezasypywalna przepaść między mną a kimś, z kim mogłabym zadzierzgnąć bliższe więzi, a czyje postrzeganie drugiego dna rzeczywistości jest tak dalekie mojemu, że aż dziwne, iż dogadujemy się całkiem nieźle na płaszczyźnie codzienności.

Uśmiecham się, bo wczoraj był dobry dzień.
Dzień, w którym na chwilę znów polubiłam to, co robię.

15 grudnia 2012

O gehennach i przeciwnie..

Pan Igor mówił tak szalenie zajmująco, że zupełnie nie przeszkadzało mi drażniące no nie? na końcu co drugiego zdania. Nie bez znaczenia jest fakt, że identycznie definiujemy pojęcie idioty w kontekście drogowego piractwa, wychodząc z założenia, że jeśli ktoś ma ochotę popełnić samobójstwo, niech się rozpędzi na płycie zamkniętego lotniska i uderzy w betonowy hangar, dzięki czemu nie narazi na szwank mojego życia czy zdrowia. Póki chadzałam chodnikami zamiast poboczem pomykać rowerem, miałam styczność z mniejszą liczbą szaleńców; teraz co chwila stykam się z kierowcami pragnącymi wyminąć mnie na tak zwany styk. Tymczasem jestem względnie bezpieczna, bo aura zupełnie nie sprzyja pedałowaniu. Roztapiający się śnieg wsysa rower w koleiny, co grozi kolejnym wygięciem błotników, które już wystarczająco ocierają się tu i ówdzie, rozstrajając mnie nerwowo i słuchowo. Zupełnie za to nie wyprowadził mnie z pionu wykład o polach magnetycznych i elektrycznych, co wprawiło mnie w stan kompletnego oszołomienia, fizyka bowiem zawsze była dla mnie nudniejsza niż flaki z olejem. Najwidoczniej ekspresyjny profesor, mówiący zupełnie niekosmicznym językiem, znalazł jakąś nieodkrytą szczelinę w skorupie otulającej moją żądzę wiedzy. Jednocześnie we wspomnianą szczelinę totalnie nie trafiło sześć wynikających z siebie wzajemnie opowieści, zakrzywionych wokół zazębionych ze sobą postaci z różnych miejsc i epok. Ponaddwugodzinną gehennę widza można by zgrabnie zmienić w sześć oddzielnych filmów, spośród których chętnie zobaczyłabym uszczegółowioną emocjami historię Roberta Frobishera i Rufusa Sixsmitha. Ba, może nawet skusiłabym się, by przez półtorej godziny patrzeć w oczy Hae-Joo Changa. Cóż, kiedy przeglądam repertuar kin na międzyświąteczny czas i zupełnie nie widzę czegokolwiek, na co mogłabym chcieć iść. Nic to, po raz setny dziś posłucham Amandy.

8 grudnia 2012

..między magią a paranoją

Poszłabym do wiedźmy z kurzajką na nosie, z włosem matowym i potarganym, z czarnym kotem na zapiecku, z bulgocącym kociołkiem na palenisku w centrum rachitycznej chatki. Bynajmniej nie interesuje mnie tajemna wiedza o moich przyszłych wzlotach i upadkach, tego bym wiedzieć nie chciała, wolę zostawić wolne pole dla losowych niespodzianek. Chciałabym jednak poczuć ucisk w żołądku i łaskotanie z tyłu głowy. Pozwoliłabym się napoić wywarem z trzech rogatych ślimaków i odpłynęłabym w światy niezbadane. Teoretycznie nie wierzę w żadne wróżebne abrakadabra, po prostu mam ochotę znaleźć się w centrum wydarzenia, które wybuchnie w mojej głowie milionem pytań, w pył rozbije mój racjonalizm, zaspokoi atawistyczną potrzebę posmakowania czegoś niewytłumaczalnego. Wprawdzie na co dzień nie brakuje mi irracjonalnych doznań, istnieje jednak kolosalna różnica między magią a paranoją.

1 grudnia 2012

Gwałtownie chaotyczna..

Gdybym nie obawiała się śmierci zadyszkowej, niczym Forrest Gump, wstałabym z kanapy, wzuła tenisówki, zasłoniła oczy baseballówką i pobiegła, gdzie mnie oczy poniosą. Od morza do morza, przez Europę bez paszportów. Tymczasem, przykuta grubym łańcuchem rozsądku i zobowiązań, uciekam w rejony niefizyczne, choć wolałabym fizycznie wsiąść do samolotu i zgubić się w perfekcyjnie anonimowym Nowym Jorku. Może czas najwyższy, zamiast gnuśnieć w męczącej mnie pracy, zainwestować w krewetkowy interes, zbić majątek i uwić gniazdko gdzieś, gdzie pipidówszczyzna nie zagląda przez okno. Jakiś ochotnik na wspólnika?

Wyprawiając się w nowe rejony, zgłębiłam duszę człowieka okrzykniętego wcielonym diabłem, zastanawiając się, gdzie ja tego szatana przeoczyłam, po niemal czterystu słowach bowiem nie znalazłam ani ukruszonego rogu, ani rozwidlonego języka, ani niespokojnego ogona. Zdecydowanie bardziej zaniepokoił mnie wykrzywiający usta w diabelskim uśmiechu rosyjski Rotbart. Epatował złem pierwotnym, chaotycznym, niepoukładanym, uwypuklonym perfekcjonizmem białego łabędzia. Paradoksalnie lubię takie nieschowane zło, odpychają mnie diabły w anielskich skórach.

Wystygła kawa trąciła goryczką i wlewała się w zziębnięte żyły. Chciałabym wstać, rozetrzeć zgrabiałe ramiona, założyć szeleszczącą kurtkę, należało jednak siedzieć w ciszy i nie przeszkadzać trudzącemu się nad testem maturzyście. Ze ściany patrzyły na mnie karminowe usta Marylin Monroe. Wycięłam je z czarnobieli portretu, pod powiekami zaniosłam do domu i wrzuciłam do wazonu razem z siedmioma żółtymi, skulonymi tulipanami. Mieszanką koloru rozpraszają sen panoszący się jeszcze nie świtem o 6.15. Wypatrując pierwszych promieni, piję parzącą herbatę z cytryną. Tkwię w błogim połśnie.

Dlaczego, jeśli będę się wpatrywała w czystą kartkę wystarczająco długo, nie zapełni się ona samoistnie moimi myślami? Zdecydowanie pomogłoby mi to w napisaniu relacji z dnia, w którym zgubiłam się między milionem książek. Z dnia, kiedy znów się okazało, że karta płatnicza jest diabelskim wynalazkiem. Z dnia, w którym wykupiłam bilet pod drzewo sandałowe, gdzie siedzę zatopiona w odmienny byt, kontemplując cudze nieszczęsne życiorysy i cerując wyimaginowane dziury w moim. Mogłabym zapełnić kartkę gwałtownie chaotycznymi słowami, tymczasem potrzebny mi jest ład i skład.

I chciałabym przez chwilę chociaż być Björk.