24 czerwca 2011

Delikatna materia..

Gorszy od kultu jednostki jest kult zera.
(Stanisław Jerzy Lec)


Władza to delikatna materia. Trzeba z nią jak z jajkiem, chuchać na nią i dmuchać i niczym nie urażać, w żaden sposób nie urągać, nie dopiekać, złego słowa o niej nie mówić. Tymczasem, po dłuższej chwili złagodnienia, mnie się ponownie coraz częściej zbiera na jawne strofowanie takiej czy innej władzy. W swojej naiwności wciąż jeszcze wierzę, że potraktowana konstruktywną krytyką władza weźmie ją sobie do serca i otworzy oczy na pewne kwestie, których w ferworze rządzenia być może nie zauważyła. Które pominęła, nie inaczej, zupełnie nieświadomie i tylko dlatego sprawia wrażenie, że to społeczeństwo jest dla niej, a nie ona dla społeczeństwa. Wstyd mi jedynie, że w momencie przypominania o odpowiednim miejscu na lokalnej ziemi pozwoliłam, by zabuzowały we mnie emocje i nie owinęłam powyższych słów w bawełnianą szmatkę, a rzuciłam je prosto z mostu, jakże nierozważnie. I masz ci los, się władza pogniewała i przez pewien czas odzywała do mnie jedynie w razie niezbędnej konieczności, co zresztą aż tak mną nie wstrząsnęło, ta konkretna władza bowiem ma tendencję do nadużywania rozpolitykowanej nowomowy. Do tego każdemu mówi, co mu miłe słyszeć, a to doprowadza mnie do stanu wrzenia, lizusostwa bowiem nie dzierżę. Niczym innym bowiem jest słodzenie do uszka władzy jeszcze wyższej, która to niższych szczeblem w garści mocno trzyma i trzeba mieć sporo cywilnej odwagi, by w okolicy najwyższemu się przeciwstawić. Nie dzieje się tak od wczoraj. Najwyższy już dawno chwycił mu podległych za gardła i, ufny w swoją bezkarność i wszechmoc i od lat do uległości przyzwyczajony, ani na krztynę nie popuszcza. Ci, którzy się buntują, kończą zwykle jak niepyszni, nie mają bowiem poparcia większości, są samotną donkiszoterią. Brawa im się należą, choć niewiele zwojują, zduszeni przez apatyczną większość. W tym miejscu chciałoby się rzec, że kto mieczem wojuje, od miecza ginie, i że kiedyś w końcu minie ta poddańcza paranoja strachu, którą władza, nie tylko w gminie najwyższa, sobie wypracowała. Nic na to jednak nie wskazuje. Ba, obserwując moje codzienne podwórko można raczej wysnuć wniosek, że coraz głębiej w psychozę popadamy, pozwalamy sobą manipulować, dusimy w zarodku własne punkty widzenia, milczymy posłusznie, nawet kiedy gotuje się w nas sprzeciw. Kilku donkiszotów zostaje zwykle zbytych ciszą współtowarzyszy niedoli i banalnymi słówkami władzy. A przecież rządzenie przy pomocy zastraszania świadczy o słabości władzy, o jej niepewności siebie, o nieposiadaniu rzeczowych argumentów, o kompleksach. Taka władza lubi podwładnych cichych, nieoponujących, niezbyt lotnych. Należy jednak pamiętać, by władzy jakiegokolwiek szczebla nie wypominać ani strachu, ani skurczonego myślenia, wtedy bowiem władza się jeży i obrusza, wiadomo przecież, że bać się mogą maluczcy, nie rządzący. Ci, którzy koła sterowego choćby małym palcem dotykają nieustraszeni są i nawet jeśli gną się pod naciskami tych, którzy wyżej, robią to z własnej i nieprzymuszonej woli, na ochotnika całując ziemię, po której stąpa zwierzchnik. Ja, cóż, całować ziemi niczyjej nie zamierzam, wielce to jest bowiem niehigieniczne. Poza tym, obcowałam z władzą przez ładnych kilka lat, mój własny ojciec był najpierw wójtem, potem burmistrzem, dlatego też sam fakt bycia władzą nie robi na mnie wielkiego wrażenia i nie toleruję postawy jestem przy władzy, więc klękajcie przede mną narody. Dzieje się wokół mnie tyle rzeczy, które nie powinny mieć miejsca, że przez wakacje zamierzam naładować akumulatory, a potem upierdliwie podszarpywać delikatną materię.
--
Najbardziej tępi przedstawiciele władzy są najbardziej skurwysyńscy. Postuluję, żebyśmy jeszcze płynniej w dupę wchodzili temu, który rzuca nam pod nogi największe kłody. Znów rzucił, głównie on. A my we wrześniu zaprosimy go na pierwszy dzwonek, poczęstujemy kawą, uśmiechem i radosnym słowem. On zaś nam się odwdzięczy pustą nowomową, naszpikowaną fałszem i samozadowoleniem. Na dziewięćdziesiąt kilka procent tę potyczkę przegraliśmy - ufam, że wyciągniemy z niej wnioski i nauczymy się nie płaszczyć przez niczego sobą niereprezentującym bucem, który myśli, że na ziemi jest pierwszym po Bogu. Przyznaję, spodziewałam się porażki, ale nie bycie wbitym w ziemię przez kogoś, kto z urzędu winien reprezentować nasze interesy. Gorszy od kultu jednostki jest kult zera. Święta prawda.

8 czerwca 2011

Niech się cud stanie, wygrajmy głosowanie..

Cud jest dla mnie szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Wyłącznie. W mojej teorii nie bez znaczenia jest zapewne fakt, że żadnego nie doświadczyłam, a moja niewierna natura nie wierzy, póki nie dotknie, nie poczuje, nie zobaczy choćby. Niemniej cuda pojawiają się i wokół mnie. Czasem cudem ktoś prześliźnie się przez egzaminacyjne sito, czasem cudem się ktoś nie pośliźnie na banalnym zagadnieniu, czasem cudem uda mi się nie zapomnieć o wypełnieniu tysiąc pięćset sto dziewięćsetnego świstka, czasem cudem uda mi się pamiętać to, o czym inni nie zapominają nigdy. I tak dalej. Życie jak każde inne. Żadne mecyje. Od czasu do czasu jednak, zupełnie znienacka gruchnie w pipidówce wieść o cudzie prawdziwym. Jak wtedy, kiedy na brzozie pod sąsiednią wioską pokazał się wizerunek Jezusa. Się wtedy działo. Przez cudowny las przewijały się tłumy z bliska i z daleka, pojawiła się prasa, zawitała telewizja. Każdy chciał zobaczyć wyłuskaną spośród innych drzew świętą brzozę. Jedni się modlili, inni sensacji szukali, jeszcze inni ciekawością wiedzeni na własne oczy chcieli się przekonać, czy Jezus dobrze jest widoczny, czy tylko czyjaś bujna wyobraźnia zaraziła gawiedź i wywołała falę religijnej histerii. Faktem jest, że i najbardziej wierzący i najbardziej zatwardziali w niewierze ciągnęli do lasu brzozę oglądać. Wszyscy oprócz mnie. Ja najpierw wybierałam się niczym sójka za morze, potem cudowne drzewo zniknęło w odmętach mojej niepamięci. Aż tu kilka dni temu czytam na popularnym portalu społecznościowym, że kto żyw i kto lokalny patriota, winien głosować w konkursie na drzewo roku. Głos swój, to oczywiste, oddać należy na ową brzozę, zgłoszoną do konkursu przez dwoje uczniów naszej szkoły. Jak się dziś okazało, inicjatywa wcale nie jest błaha, ani tym bardziej humorystyczna, zgłoszenie bowiem zostało wybrane spośród ponad osiemdziesięciu innych, profesjonalnie obfotografowane przez specjalistę ze stolicy i umieszczone na stronie internetowej akcji. Zakwalifikowane do finałowej szesnastki w chwili pisania notki zajmowało zaszczytne szóste miejsce. Pisanina powyższa, wiadomo, bezinteresowna nie jest, bo obiecałam dzieciakom, że ich typ rozpropaguję. Proszę więc o klikanie TUTAJ, wybieranie obrazka z brzozą z Michałowa i głosowanie do upadłego.