W pipidówce jest jak w programie Big Brother. Nie można się rozpłynąć, wtopić w tło, zniknąć. Zawsze trzeba trzymać fason przed obiektywami wścibskich zza szyb, bo a nuż zauważą jakieś karygodne niedociągnięcie. W mieście mogę się zasymilować z ulicą, spacerować wolna od spojrzeń. Iść objuczona dwiema reklamówkami książek, w tym przepięknym albumem z obrazami Rafała Olbińskiego, ilustrowanymi opowiadaniami jego autorstwa. Wypić dużą, białą kawę i, czytając "Dom duchów", stracić przy niej resztki złudzeń, co do tego, że wyrośnie ze mnie pisarka. Obejrzeć "Salę samobójców", ocierać łzy przez połowę filmu, a potem nie móc się pozbierać na ławce w galerii.
Wydaje się, że wieki nie byłam w kinie. Przyszliśmy obejrzeć film, który wzbudza emocje. Różne, poczytałam co nieco w sieci. Mną wstrząsnął. Jestem z pokolenia, dla którego drastyczne słowa wystarczą, realistyczny obraz jedynie wzmaga traumę odczuwania. Jednocześnie jestem zwierzęciem wirtualnym, regularnym fejsbukowcem, sieć nie jest dla mnie światem poza moim jestestwem, przeciwnie, w sieć jestem wsiąknięta, więc nic co z sieci nie powinno mi być obce. Siedziałam jednak oniemiała, na bezdechu, przyszpilona. Układałam sobie tę historię raz za razem z głowie i wciąż wychodził mi obraz zniekształcony obojętnością, bezwzględnością, beztroską, niemyśleniem o konsekwencjach. Obraz, na który nałożyło się moje niedowierzanie, że nierealność tak może człowieka uwięzić, że zacznie w nią wierzyć mocniej niż w to, co wokół niego, że bardziej zaufa avatarom niż ludziom, i że ktoś kryjący się pod wirtualnym nickiem może wywrócić system wartości na lewą stronę. I kiedy tak ja rozpadałam się emocjonalnie, ludzie jedli popcorn, pili colę. Kiedy mnie łzy leciały ciurkiem, inni śmiali się w trakcie seansu i tuż po.
Zamykam oczy i nie widzę Clary jasnowidzącej, nie widzę syreny z okładki albumu. Widzę twarz umierającego chłopaka wyświetloną na komputerowym monitorze i zwiększającą się liczbę polubień.
I wciąż nie umiem znaleźć słów.
Wydaje się, że wieki nie byłam w kinie. Przyszliśmy obejrzeć film, który wzbudza emocje. Różne, poczytałam co nieco w sieci. Mną wstrząsnął. Jestem z pokolenia, dla którego drastyczne słowa wystarczą, realistyczny obraz jedynie wzmaga traumę odczuwania. Jednocześnie jestem zwierzęciem wirtualnym, regularnym fejsbukowcem, sieć nie jest dla mnie światem poza moim jestestwem, przeciwnie, w sieć jestem wsiąknięta, więc nic co z sieci nie powinno mi być obce. Siedziałam jednak oniemiała, na bezdechu, przyszpilona. Układałam sobie tę historię raz za razem z głowie i wciąż wychodził mi obraz zniekształcony obojętnością, bezwzględnością, beztroską, niemyśleniem o konsekwencjach. Obraz, na który nałożyło się moje niedowierzanie, że nierealność tak może człowieka uwięzić, że zacznie w nią wierzyć mocniej niż w to, co wokół niego, że bardziej zaufa avatarom niż ludziom, i że ktoś kryjący się pod wirtualnym nickiem może wywrócić system wartości na lewą stronę. I kiedy tak ja rozpadałam się emocjonalnie, ludzie jedli popcorn, pili colę. Kiedy mnie łzy leciały ciurkiem, inni śmiali się w trakcie seansu i tuż po.
Zamykam oczy i nie widzę Clary jasnowidzącej, nie widzę syreny z okładki albumu. Widzę twarz umierającego chłopaka wyświetloną na komputerowym monitorze i zwiększającą się liczbę polubień.
I wciąż nie umiem znaleźć słów.
Ja jeszcze się nie odważyłam obejrzeć tego filmu i nie wiem, czy się odważę...
OdpowiedzUsuńA ja namawiam jednak, bo daje do myślenia - właśnie dlatego, że mocny jest piekielnie. Ale decyzję zostawiam Tobie, może nie w kinie, a kiedyś w domu - wtedy zawsze można wyłączyć.
OdpowiedzUsuńTez boje sie obejrzec. Poczekam troche az zaczna sie wakacje... tak, zeby wprzypadku jesli rozlece sie na drobne kawalki op obejrzeniu nie zachwialo to moim istnieniem za bardzo:)
OdpowiedzUsuńsłyszałam sporo o tym filmie i chyba się wybiorę ...
OdpowiedzUsuńJeszcze nie widziałam tego filmu a już czuję te emocje...buziaki zostawiam.
OdpowiedzUsuńZielona, trzeba wybrać odpowiedni moment, to prawda. Nie każdy obraz umiemy znieść. Choć to tylko film, takie historie się zdarzają i ten fakt wciąż gdzieś tam w nas tkwi.
OdpowiedzUsuńPolluśka, według mnie warto. Nawet jeśli część krytyków neguje jego wartość jako sztuki filmowej. Ja myślę, że są filmy, gdzie bardziej o historię, a mniej o sztukę chodzi.
Marlenko, we mnie myśli wirują przez cały czas, z chwilami przerwy, kiedy w pracy kierat.
A co to za film Tanyuśka, ponieważ zachęcasz mnie bardzo, bardzo wrażliwa dziewczynko mocno stąpająca po sieci :))
OdpowiedzUsuń"Sala samobójców", Aguśka.
OdpowiedzUsuńPo sieci zaś, faktycznie, stąpam coraz mocniej, ale i tak nie sposób uniknąć wszystkich niechcianych tutaj emocji.
Widziałam "salę..." niedawno i podobnie jak na Tobie, na mnie też wywarł spore wrażenie. Przez cały seans siedziałam wpatrzona w ekran jak zahipnotyzowana, zapomniałam o świecie dookoła, bez świadomości upływajacego czasu i bez bolacych czterech liter - a w kinie dolega mi to nagminnie. Trudny film, ale niesamowity.
OdpowiedzUsuńKiedy wyszłam z kina, zadzwoniłam do mojej Vice (dzwoniła w czasie seansu), spytała, czy film jest fajny, a ja pomyślałam sobie, że to ostatnie słowo, jakbym bym go określiła. Ale "niesamowity" jest dobrym słowem.
OdpowiedzUsuńWracając do domu zastanawiałam się, jak ludzie mogą patrzeć na sceny jak te i jeść, i pić. Bo ja też byłam jakby poza światem.