Nie mam wprawdzie pod ręką córki sąsiadki, a taką posiada pani Maria Czubaszek, mam jednak swoją panią M., która jednym niestarannie dobranym zdaniem potrafi sprawić, że krztuszę się pitą podczas błyskawicznej rozmowy herbatą. Pani M. ma denerwujący tembr głosu, zachowania, od których opadają ręce i poglądy, od których często bolą zęby, ale czuję do niej niesprecyzowaną sympatię wypływającą głównie z jej nieowijania w bawełnę i popełniania przez nią zdań nieprzemyślanych. One właśnie umieją rozpędzić chmury podłego humoru - jeden tekst i moje fochy pierzchają we wszystkie strony, przyczajając się po kątach, czekając aż poprawiony przez panią M. nastrój pójdzie sobie w diabły. W tej chwili pani M. wydaje się być niezbędna, humor mam bowiem zbliżony do pogody za oknem, czyli w kratkę. W kratkę, więc niemodny. Krata bowiem, jak wyczytałam we wszechwiedzącej sieci, bo sama o tym guzik wiem, jest modna jedynie w sezonie jesiennym. Zresztą, w dzisiejszym świecie humor w kratkę jest średnio pożądany. Owszem, w niezłym tonie jest pławienie się we własnej depresji, którą pielęgnuje pewnie jakaś połowa świata, cudze nieszczęścia jednak napawają nas niesmakiem, niesterylne są bowiem, nieapetyczne i generalnie nie bardzo wiadomo, co z nimi począć. Nie jestem lepsza. Cudze dramaty zmieniają mnie w niedotykalską matkę Teresę, obdarzoną niezliczonymi warstwami empatii (pomijając przypadki dramatów na własne życzenie - te budzą jedynie niewzruszoną obojętność) pod warunkiem, że nie będę musiała nieszczęśnika do własnej piersi tulić. Rozmawiać mogę godzinami, słuchać cierpliwie, dawać rady bądź nie, szukać wspólnych rozwiązań lub tylko kibicować indywidualnym poszukiwaniom, drętwieję jednak, kiedy ktoś zaczyna mi płakać w rękaw. Nie umiem się wtedy skoncentrować na konstruktywnym myśleniu i współodczuwaniu, myślę bowiem jedynie o chwili, w której ów ktoś odsunie się na odległość przepisowych 120 centymetrów dystansu społecznego.
Zupełnie niespołeczny dystans, intymną relację raczej, nareszcie nawiązałam z literaturą piękną. Literaturą nieprofesjonalną, półprofesjonalną kapkę może, małoletnią, czasem nieletnią, wiekiem mało dojrzałą, dzięki temu jednak świeżą, odkrywczą, oryginalną, balansującą na pograniczu zmysłów, niespaczoną polerowaniem pod czytelnika. Pazernie pochłonęłam większość z opowiadań zebranych przez pana Konrada Lewandowskiego w antologii Cogito "Mówmy prozą". Książka leżała na zapomnianej półce w szkolnej bibliotece, czekała na amatora za złotówkę, wśród innych pozycji, których nikt nie tylko kupić, ale i czytać nie chce. Leżą tam zwykle dzieła przysłane w niepotrzebnej promocji, wydrukowane za grube pieniądze, niemające szans na księgarnianą karierę, rozesłane więc po firmach, by tam zalegać kurzem. Spośród prawie dziewięćdziesięciu miniaturek zamieszczonych w zbiorze, jedynie kilka zmęczyło mnie formą i treścią, kilkanaście mnie za to zaczarowało. I odczarowało, bo powoli zaczęła mnie przerażać wizja całkowitego odejścia od słowa książkowego. Odkąd książki kupuję hurtem, zwykle nie myliłam się w swoich przeczuciach i na półkę trafiały historie na długo zapadające mi w pamięć, choć przed sięgnięciem po nie nic o nich nie wiedziałam, nie kierowałam się więc niczym ponad moje przeczucie. Przyszedł jednak czas, kiedy każda przeczytana książka mnie rozczarowywała, nudziła, nie wciągała do swojego świata. Aż do czasu antologii, do opowiadań o podróży pod niebo na grzbiecie rajskiego ptaka i chęci wyzwolenia się z goryczy, a potem przesycie słodyczą (teksty Ilony Fudały), o powrocie do życia w kocim futrze i kocham-nienawidzę relacjach z czasem (teksty Aleksandry Komady), o życiu, które straszy bardziej niż dusza potępiona (tekst Anity Pacholik), o rodzinie, w której wszystko jest poukładane nie tak, na szczęście (tekst Anny Warso), o niewykorzystanych wybitnych talentach (tekst Iwony Kosmowskiej), o drzewie wiatru wyczekującym i niechcącym zasnąć zimą, które przekonuje się, że wiatr to wróg, a zima jest wytchnieniem (tekst Anny Nalepy), o systemie bezgranicznie acz obłudnie szczęśliwym (tekst Agnieszki Rafalskiej), miniminiaturka o wszechobecnej, pseudoindywidualistycznej wolności (tekst Mariusza Kowalczyka), o graniczącej z psychozą niechęci do gładkich lalek i obsesji tłuczenia wreszcie (tekst Pauliny Wojciechowskiej).
Po kilku stronach "Domu duchów" Isabel Allende wiem, że się zakocham.
Zupełnie niespołeczny dystans, intymną relację raczej, nareszcie nawiązałam z literaturą piękną. Literaturą nieprofesjonalną, półprofesjonalną kapkę może, małoletnią, czasem nieletnią, wiekiem mało dojrzałą, dzięki temu jednak świeżą, odkrywczą, oryginalną, balansującą na pograniczu zmysłów, niespaczoną polerowaniem pod czytelnika. Pazernie pochłonęłam większość z opowiadań zebranych przez pana Konrada Lewandowskiego w antologii Cogito "Mówmy prozą". Książka leżała na zapomnianej półce w szkolnej bibliotece, czekała na amatora za złotówkę, wśród innych pozycji, których nikt nie tylko kupić, ale i czytać nie chce. Leżą tam zwykle dzieła przysłane w niepotrzebnej promocji, wydrukowane za grube pieniądze, niemające szans na księgarnianą karierę, rozesłane więc po firmach, by tam zalegać kurzem. Spośród prawie dziewięćdziesięciu miniaturek zamieszczonych w zbiorze, jedynie kilka zmęczyło mnie formą i treścią, kilkanaście mnie za to zaczarowało. I odczarowało, bo powoli zaczęła mnie przerażać wizja całkowitego odejścia od słowa książkowego. Odkąd książki kupuję hurtem, zwykle nie myliłam się w swoich przeczuciach i na półkę trafiały historie na długo zapadające mi w pamięć, choć przed sięgnięciem po nie nic o nich nie wiedziałam, nie kierowałam się więc niczym ponad moje przeczucie. Przyszedł jednak czas, kiedy każda przeczytana książka mnie rozczarowywała, nudziła, nie wciągała do swojego świata. Aż do czasu antologii, do opowiadań o podróży pod niebo na grzbiecie rajskiego ptaka i chęci wyzwolenia się z goryczy, a potem przesycie słodyczą (teksty Ilony Fudały), o powrocie do życia w kocim futrze i kocham-nienawidzę relacjach z czasem (teksty Aleksandry Komady), o życiu, które straszy bardziej niż dusza potępiona (tekst Anity Pacholik), o rodzinie, w której wszystko jest poukładane nie tak, na szczęście (tekst Anny Warso), o niewykorzystanych wybitnych talentach (tekst Iwony Kosmowskiej), o drzewie wiatru wyczekującym i niechcącym zasnąć zimą, które przekonuje się, że wiatr to wróg, a zima jest wytchnieniem (tekst Anny Nalepy), o systemie bezgranicznie acz obłudnie szczęśliwym (tekst Agnieszki Rafalskiej), miniminiaturka o wszechobecnej, pseudoindywidualistycznej wolności (tekst Mariusza Kowalczyka), o graniczącej z psychozą niechęci do gładkich lalek i obsesji tłuczenia wreszcie (tekst Pauliny Wojciechowskiej).
Po kilku stronach "Domu duchów" Isabel Allende wiem, że się zakocham.
Oh, jaka mam ochote sie tak intymnie zaczytac. Dac sie pochlonac i ugrzeznac. Pech. Nie umiem tak z czyms co nie jest po polsku napisane.
OdpowiedzUsuńTak sobie mysle, ze czasami dla mojego meza jestem jak ta pani M. Na szczescie tylko czasami, bo by biedak ze mna zwariowal;D
ja jakoś tak po tej Alasce co czytałam w pociągu na razie nie mam ochoty na kolejną książkę.
OdpowiedzUsuńA ja nie mam co czytać, bo remanent w bibliotece:)))
OdpowiedzUsuńGdy zaczęłam czytać opis pani M. to zobaczyłam oczyma wyobraźni moją byłą sąsiadkę. Do słowa "zęby". A potem - wrażenia po kilku minutach rozmowy wprost przeciwne - potrafiła zepsuć mi nawet najlepszy humor. Dziękuję niebiosom, czy komu tam trzeba, że juz nie mieszka w moim sąsiedztwie.... Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńZielona, a wiesz, że ja też. Znaczy też nie umiem się intymnie zaczytać w języku obcym. Polski jest moim rodzimym, po polsku czuję, po polsku wyłapuję niuanse, nastrój, intencje.
OdpowiedzUsuńCzasem to wszystkie jesteśmy takimi paniami M. :)
Polluśka, rozumiem ten ból. Po każdym nietrafionym gniocie w sumie go przeżywam.
Nikki, ja z biblioteki rzadko korzystam - w mojej są głównie lektury, wampirze sagi i pan Wiśniewski. Nie lektury dla mnie, obawiam się.
P.K., mnie też ta moja pani M. potrafi zdenerwować. Zresztą, gdy moja Vice przeczytała opis, stwierdziła, że panią M. zjechałam na całego, a to wcale nie tak, bo ja ją lubię. I chyba jestem jedyną osobą, którą ona lubi i ma za niegłupią. A dodam, że wcale się z nią nie zgadzam i mówię to otwarcie.