Noc była nieprzenikniona. Stanęła na nadbrzeżu, zapatrzona w czarną toń wody. O czym myślała, kiedy jej wzrok błądził po grzbietach mętnych fal? Czy nie przerażał jej bezkres kanału? Fizycznie wąskiego raczej, emocjonalnie - przepaści nie do przebycia. Przecież nie umiała pływać. Od zawsze bała się wody, z przestrachem kreśliła w głowie scenariusze utonięcia. Leniwie, jakby na wpół świadomie, rozpięła guziki swetra w kolorze przejrzałej śliwki. Zadrżała. Letnie dni uwodziły gorącem, sierpniowe noce powoli jednak stawały się coraz zimniejsze, a przezroczysta halka, okrywająca jej piersi nie chroniła przed chłodem czającego się za chmurami poranka. Ona zdawała się jednak nie dostrzegać targających nią dreszczy. Metodycznie rozpięła spódnicę, zrzuciła buty, zsunęła pończochy. Chwilę wahała się. Może gdzieś zakiełkowała myśl, że jeszcze jest czas, by zmienić decyzję, odpędziła ją jednak gwałtownie i wysunęła stopę do przodu. Lekko zdziwiona, że czuje pod nogą pustkę, straciła równowagę i runęła do wody. Jeszcze przez moment unosiła się na powierzchni niczym siny kwiat, a potem ciężarem kamienia opadła na dno.
Noc jest niezwyczajnie jasna. Niespętany chmurami księżyc wędruje po niebie, zaglądając mi przez okno. Srebrne promyki bawią się w berka z cieniami rozrzuconymi po podłodze. Dom, pozornie ukołysany do snu, mruczy swoje nocne opowieści. Telewizor rzuca bladoniebieskie światło. Wtulona w poduszkę, śledzę historię nieczystego sumienia, skrywanych głęboko tajemnic. Jest to opowieść o brzydocie, o seksie wyzutym z uczucia, o dezercji ze świata odpowiedzialności za swoje czyny i decyzje. Nieświadomy wojny sumienia Kitajec, pręży się i wbija mi w szyję pazury, a ja myślę, czy umiałabym nie uciec z pola gry i przyznać, że to ja popełniłam błąd. Przyznać się, by uratować czyjeś życie. Przyznać się i być może narazić swoje, bo przecież nie wiadomo, czy żądny winnego tłum uwierzy, że tylko przypadkowo byłam świadkiem śmierci. Przyznać się i pewnie zostać powieszonym, w imię bardziej zemsty niż sprawiedliwości. Bohater filmu ucieka, a mnie jest tak strasznie żal ich obu: i tego, który był przy śmierci, ale nie zabił, a jednak boi się bycia niewysłuchanym, i tego, którego oskarżają o zabicie i nie wierząc w niego niewinność skazują. Księżyc zagląda mi pod powieki, dawno powinnam spać, myśli jednak krzyczą zbyt głośno. Rozbudzają.
Noc jest nieprzenikniona. Wpadają na siebie przypadkiem. Ona przekonana, że on jest gdzieś na drugim końcu świata, zdumiona jego byciem tutaj. Szybka kawa, szybki spacer po nadbrzeżu. Niespieszny seks. On spokojnie zapala papierosa, odpręża się. To tylko fizyczność, między nimi dawno już wszystko się skończyło. Rozeszli się, rozstali, ona z żalem, on z ulgą. Nie ma już ich. On na moment kuli się w sobie, gdy ona rzuca niby od niechcenia, że pod sercem nosi nowe życie. Przez niego poczęte życie. On błyskawicznie otrząsa się z sentymentu, z pierwszego szoku, szuka argumentów, by odrzucić swoje ojcostwo, by jej wmówić, że go okłamuje, że chce go wtłoczyć w coś, co nie jest jego odpowiedzialnością. Ze złością wstaje, ubiera się, odchodzi. Ona biegnie za nim, chce go zatrzymać, wytłumaczyć, przekonać. Nadbrzeże jest śliskie, traci równowagę, wpada do wody. On robi jeszcze kilka kroków, jakby nie był świadom jej potknięcia. Odwraca się, woła jej imię, odpowiada mu cisza. Powinien skoczyć, starać się ją ratować, zareagować w człowieczy sposób. Ale nie, on tylko pospiesznie zbiera jej rzeczy, wrzuca do wody. By utonęły razem z nią i z przez nią przyniesionymi problemami.
--
Po obejrzeniu filmu Davida Mackenzie "Młody Adam"
Noc jest niezwyczajnie jasna. Niespętany chmurami księżyc wędruje po niebie, zaglądając mi przez okno. Srebrne promyki bawią się w berka z cieniami rozrzuconymi po podłodze. Dom, pozornie ukołysany do snu, mruczy swoje nocne opowieści. Telewizor rzuca bladoniebieskie światło. Wtulona w poduszkę, śledzę historię nieczystego sumienia, skrywanych głęboko tajemnic. Jest to opowieść o brzydocie, o seksie wyzutym z uczucia, o dezercji ze świata odpowiedzialności za swoje czyny i decyzje. Nieświadomy wojny sumienia Kitajec, pręży się i wbija mi w szyję pazury, a ja myślę, czy umiałabym nie uciec z pola gry i przyznać, że to ja popełniłam błąd. Przyznać się, by uratować czyjeś życie. Przyznać się i być może narazić swoje, bo przecież nie wiadomo, czy żądny winnego tłum uwierzy, że tylko przypadkowo byłam świadkiem śmierci. Przyznać się i pewnie zostać powieszonym, w imię bardziej zemsty niż sprawiedliwości. Bohater filmu ucieka, a mnie jest tak strasznie żal ich obu: i tego, który był przy śmierci, ale nie zabił, a jednak boi się bycia niewysłuchanym, i tego, którego oskarżają o zabicie i nie wierząc w niego niewinność skazują. Księżyc zagląda mi pod powieki, dawno powinnam spać, myśli jednak krzyczą zbyt głośno. Rozbudzają.
Noc jest nieprzenikniona. Wpadają na siebie przypadkiem. Ona przekonana, że on jest gdzieś na drugim końcu świata, zdumiona jego byciem tutaj. Szybka kawa, szybki spacer po nadbrzeżu. Niespieszny seks. On spokojnie zapala papierosa, odpręża się. To tylko fizyczność, między nimi dawno już wszystko się skończyło. Rozeszli się, rozstali, ona z żalem, on z ulgą. Nie ma już ich. On na moment kuli się w sobie, gdy ona rzuca niby od niechcenia, że pod sercem nosi nowe życie. Przez niego poczęte życie. On błyskawicznie otrząsa się z sentymentu, z pierwszego szoku, szuka argumentów, by odrzucić swoje ojcostwo, by jej wmówić, że go okłamuje, że chce go wtłoczyć w coś, co nie jest jego odpowiedzialnością. Ze złością wstaje, ubiera się, odchodzi. Ona biegnie za nim, chce go zatrzymać, wytłumaczyć, przekonać. Nadbrzeże jest śliskie, traci równowagę, wpada do wody. On robi jeszcze kilka kroków, jakby nie był świadom jej potknięcia. Odwraca się, woła jej imię, odpowiada mu cisza. Powinien skoczyć, starać się ją ratować, zareagować w człowieczy sposób. Ale nie, on tylko pospiesznie zbiera jej rzeczy, wrzuca do wody. By utonęły razem z nią i z przez nią przyniesionymi problemami.
--
Po obejrzeniu filmu Davida Mackenzie "Młody Adam"
Takie filmowe, scenariuszowe, a jednak prozaiczne, życiowe. Życie tak wielu, powielone wciąż i wciąż. Chciałoby się aż cynicznie rzec: typowe.
OdpowiedzUsuńBo w sumie typowe, ale jakieś inne jednocześnie. Może dlatego, że aktorzy świetni, może dlatego, że film nie jest przegadany, może dlatego, że nie jest na sensacyjną nutę.
OdpowiedzUsuńFilm był w niedzielę, a mnie się do tej pory spać chce od tej zarwanej nocy :)
zaciekawiłaś mnie tymi fragmentami .... :)
OdpowiedzUsuńKiedy w filmie gra Tilda Swinton, oglądam niemal w ciemno, jak leci. I tym razem się nie zawiodłam. W końcu lubię brzydkie historie :)
OdpowiedzUsuńmnie ona trochę przeraża. Ma dziwny typ urody i zawsze gra jakieś mroczne postacie typu zła Królowa Śniegu ;]nawet zdaje się, że grała w Narni ...
OdpowiedzUsuńA ja właśnie ją lubię za ten dziwny typ urody, takie niehollywoodzki, niepokojący. Z tego samego powodu lubię też Cate Blanchett i Julianne Moore, choć one akurat potrafią też wyglądać jak z czerwonego dywanu.
OdpowiedzUsuńTak, Swinton grała w "Narnii", ale tym filmem się akurat nie zachwycam specjalnie jakoś.