10 kwietnia 2011

Austriackie minirefleksje..

Pociąg do Wiednia mknął w stronę narastającej wiosny. Mknął przez zieleń traw, przydymiony błękit nieba, przekwitłą żółć bazi, nieśmiałą biel kwiatów. Wiatr bawił się wiotkimi gałązkami brzóz, z rozłożystych grabów zwisały ciężkie kiście jemioły, słońce grało w berka z cieniem, wysuszona szaroburość toczyła walkę z pastelowym rozbuchaniem. W szybie pedantycznie operujący gumką student pilnie stawiał dwoma ołówkami w podwojonym zeszycie równiutkie rządki francuskich liter. Inną już szybę klepał malutką rączką czeski dwulatek, zafascynowany owcą z cieniem wilka na okładce mojej książki, zakładką z kawą i ciastkiem i polską mową, delikatnie inną od tej, którą słyszy na co dzień.

Zobaczyć Wiedeń i umrzeć. Wiem, sentencja mówi o Neapolu i bynajmniej nie w kontekście zachwytu architekturą, skoro jednak to austriacka stolica zrobiła na mnie szczególne wrażenie kilkanaście lat temu, ona właśnie królowała w marzeniach o odnowieniu wspomnień. Nie zawiodłam się. Pomniki wykute w skale, delikatne niczym rzeźby w miękkim drewnie; Hofburg - muzeum przepychu i przygaszenia, rozmachu i rozczarowania, tętniące i tęskniące; Schonbrunn jeszcze nierozkwitłe, jeszcze uśpione, już pączkujące, już bratkami usiane; spacer uliczkami w cieniu katedry świętego Szczepana. Klimat wielkiego miasta, atmosfera spowolnienia.

Każdy z grupie musi pełnić jakąś funkcję. Mnie przypadła rola maniakalnie kompletującego fotograficzną dokumentację Japończyka, Vice pełniła wiele różnych ról zależnie od bieżących potrzeb, lokalna gwiazda wciskała się w kostium gwiazdy formatu europejskiego. Nie pasował. Jej nie uwierał, nas zahaczał kanciastymi cięciami. Szczególnie cienka jest granica między namolnością i krzykliwością a serdecznością i towarzyskością. Sama nie wiem, czy umiejętność niedostrzegania ironii w obcych oczach jest szczęściem czy przeciwnie.

Frauenkirchen jest ponad dwa razy mniejsze od pipidówki, zadziwia jednak ilością restauracji, kawiarni, piwiarni, winiarni. Tymczasem u nas są ze cztery ledwie zipiące i nie najwyższych lotów lokale. Tak, Austriacy są na pewno bez porównania bogatsi, ale trzeba wziąć pod uwagę również fakt, że pipidówkowi mieszkańcy prędzej sami namordują się nad schabowym z kapustą niż dadzą zarobić drugiemu. Wcale jednak nie tylko o finanse tutaj chodzi, bo tegoż schabowego w większym mieście sobie nie żałują.

Polscy uczniowie nie piją, wypaliła gwiazda, kiedy delektowaliśmy się winami w trzech smakach. Nie udało się nie wyczuć sarkazmu w pomrukach obcokrajowców pamiętających zupełnie inny obrazek z wizyty u nas. Bo polscy uczniowie piją na zapas. Podczas gdy inni trzymają kieliszki na stole, legalnie, bez czajenia się, nasi rozglądają się konspiracyjnie, niemal im się głowy nie ukręcą, po czym - błędnie przekonani o tym, że nikt ich nie widzi - wychylają kilka lufek, jedną za drugą, by skorzystać z okazji i nadrobić mające ich ewentualnie ominąć w przyszłości kolejki.

Dni rozpieszczały nas latem. Słońce przeświecało przez dachy warsztatów i zaglądało w okna domów w skansenie w Monchhof, opalało ramiona podczas obiadu w węgierskim skansenie w mieście Fertod, smagało twarze na kiwających się od wiatru wieżach obserwacyjnych w Parku Narodowym Neusiedler See - Seewinkler, parzyło w buty, kiedy siedziałyśmy na trawie, mając ptactwo przed sobą a bydło za sobą. Urywający głowy ale ciepły wiatr plątał nam włosy podczas pożegnalnego rejsu po Jeziorze Nezyderskim, jego szum przeplatał się ze skoczną melodią harmonii i rytmem wystukiwanym na oryginalnym instrumencie w kształcie łuku z czerwoną diablą głową kiwającą się na czubku.

Wróciliśmy do Polski zadziwiająco brudnej, zauważyły zachwycone austriackim porządkiem uczennice. Nikt za nas nie śmieci, mruknęłam. Sami pstrzymy sobie krajobraz brzydotą.

12 komentarzy:

  1. Kiedy rok temu byliśmy na majówce w Chorwacji, przekraczaliśmy granicę kilku państw, a dopiero w Polsce przypomniało mi się, że jadę szosą. Przejechaliśmy tyle krajów, a dopiero polskie dziury uzmysłowiły mi jak niekomfortowe może być podróżowanie. Dziura na dziurze, a co dopiero mówić o brudzie.

    Umiejętność zauważania ironii w cudzych oczach to jednak, myślę, dar, choć czasem mi się wydaje, że bycie w ten sposób "ślepym" wiele ułatwia i człek żyje beztrosko w swoim małym ograniczonym światku.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ty to się najeździsz po świecie. Wiednia akurat nie zazdroszczę bo byłam i nie pałam aż taką jak Ty miłością ;D

    OdpowiedzUsuń
  3. Byłam w Wiedniu jedynie na wycieczce klasowej i podobał mi się, ale mnie nie urzekł. Może za młoda byłam i za głupia - chętnie wróciłabym tam, żeby zweryfikować te wrażenia:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ken G., fakt, nie ma o czym mówić: tam w parku narodowym dróżka prawie polna miała lepszą nawierzchnię niż przechodząca przez pipidówkę droga wojewódzka.
    Nie wiedziałam, że aż do tego stopnia można nie wyczuwać tej ironii - pewnie, że człowiek czasem się nie połapie, ale kiedy sarkazm jest podany na talerzu.. Ale rzeczywiście, koleżanka bawiła się lepiej niż my, które ironię wyłapywałyśmy.

    Polluśka, na razie finito: to był ostatni wyjazd projektowy, kolejny może się urodzi koło listopada, potem musi przejść wniosek, a wtedy się okaże.

    Zielona, sama wiesz: jednych urzeka to, innych tamto - może zwyczajnie Wiedeń dla Ciebie jest jedynie ładny. Ale myślę, że wrócić zawsze warto, bo człowiek odkrywa ciągle coś nowego. W każdym z miejsc.

    OdpowiedzUsuń
  5. ale wiesz co jeszcze? w różnych okresach życia mamy różne spojrzenia... chętnie wracam do miejsc zapamiętanych (i sytuacji) i analizuję jak mi się 'wzrok' zmienił;)

    OdpowiedzUsuń
  6. O rany:) Jak ja bym chciała gdzieś pojechać... :)
    Dobrze, że choć piłkę lubię, to przynajmniej za Wisełką po Polsce (Europie) pojeżdżę:) Bo tak to wieczne nie ma kasy, albo jak jest to szkoda... a gdy przychodzi do meczu, to już mi nie żal i jadę! :))) Przynajmniej oglądam miejsca, w które nigdy bym pewnie nie pojechała (np.Litwa) :))) Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
  7. Mało widzę, mało wiem, mało mi przeszkadza.

    OdpowiedzUsuń
  8. Zielona, to prawda. Widzę to po sobie zwłaszcza w muzeach, które kiedyś były nudami na pudy, a teraz chwilami wręcz fascynują.

    Nikki, czyli jednak gdzieś jeździsz i, co ważne, często poznajesz kraj z innej strony niż przeciętny turysta, z tej prawdziwszej niejako strony :)

    Ken G., tak to właśnie wygląda. I człowiek szczęśliwy jest. Na swój sposób.

    OdpowiedzUsuń
  9. Zazdroszczę tych widoków...tak cudnie to opisujesz że oczami wyobraźni tam jestem, cieplutko pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Więc nie ma czego zazdrościć, Marlenko, skoro jesteśmy tam razem ;)
    I dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  11. I słusznie , trzeba się zaszczytnie czymś wyróżniać , chociażby brudem i brzydotą , przecież "Prawdziwi Polacy" zaśmiecają ul. Krakowskie Przedmieście co miesiąc dając przykład całemu "Narodowi" .

    OdpowiedzUsuń
  12. Akurat tą śmieciową brzydotą i tą jedynie-słusznie-polską wyróżniamy się niezaszczytnie, ale.. ja brzydotę generalnie lubię. Jest ciekawsza niż gładkie piękno.

    OdpowiedzUsuń