Pociąg do Wiednia mknął w stronę narastającej wiosny. Mknął przez zieleń traw, przydymiony błękit nieba, przekwitłą żółć bazi, nieśmiałą biel kwiatów. Wiatr bawił się wiotkimi gałązkami brzóz, z rozłożystych grabów zwisały ciężkie kiście jemioły, słońce grało w berka z cieniem, wysuszona szaroburość toczyła walkę z pastelowym rozbuchaniem. W szybie pedantycznie operujący gumką student pilnie stawiał dwoma ołówkami w podwojonym zeszycie równiutkie rządki francuskich liter. Inną już szybę klepał malutką rączką czeski dwulatek, zafascynowany owcą z cieniem wilka na okładce mojej książki, zakładką z kawą i ciastkiem i polską mową, delikatnie inną od tej, którą słyszy na co dzień.
Zobaczyć Wiedeń i umrzeć. Wiem, sentencja mówi o Neapolu i bynajmniej nie w kontekście zachwytu architekturą, skoro jednak to austriacka stolica zrobiła na mnie szczególne wrażenie kilkanaście lat temu, ona właśnie królowała w marzeniach o odnowieniu wspomnień. Nie zawiodłam się. Pomniki wykute w skale, delikatne niczym rzeźby w miękkim drewnie; Hofburg - muzeum przepychu i przygaszenia, rozmachu i rozczarowania, tętniące i tęskniące; Schonbrunn jeszcze nierozkwitłe, jeszcze uśpione, już pączkujące, już bratkami usiane; spacer uliczkami w cieniu katedry świętego Szczepana. Klimat wielkiego miasta, atmosfera spowolnienia.
Każdy z grupie musi pełnić jakąś funkcję. Mnie przypadła rola maniakalnie kompletującego fotograficzną dokumentację Japończyka, Vice pełniła wiele różnych ról zależnie od bieżących potrzeb, lokalna gwiazda wciskała się w kostium gwiazdy formatu europejskiego. Nie pasował. Jej nie uwierał, nas zahaczał kanciastymi cięciami. Szczególnie cienka jest granica między namolnością i krzykliwością a serdecznością i towarzyskością. Sama nie wiem, czy umiejętność niedostrzegania ironii w obcych oczach jest szczęściem czy przeciwnie.
Frauenkirchen jest ponad dwa razy mniejsze od pipidówki, zadziwia jednak ilością restauracji, kawiarni, piwiarni, winiarni. Tymczasem u nas są ze cztery ledwie zipiące i nie najwyższych lotów lokale. Tak, Austriacy są na pewno bez porównania bogatsi, ale trzeba wziąć pod uwagę również fakt, że pipidówkowi mieszkańcy prędzej sami namordują się nad schabowym z kapustą niż dadzą zarobić drugiemu. Wcale jednak nie tylko o finanse tutaj chodzi, bo tegoż schabowego w większym mieście sobie nie żałują.
Polscy uczniowie nie piją, wypaliła gwiazda, kiedy delektowaliśmy się winami w trzech smakach. Nie udało się nie wyczuć sarkazmu w pomrukach obcokrajowców pamiętających zupełnie inny obrazek z wizyty u nas. Bo polscy uczniowie piją na zapas. Podczas gdy inni trzymają kieliszki na stole, legalnie, bez czajenia się, nasi rozglądają się konspiracyjnie, niemal im się głowy nie ukręcą, po czym - błędnie przekonani o tym, że nikt ich nie widzi - wychylają kilka lufek, jedną za drugą, by skorzystać z okazji i nadrobić mające ich ewentualnie ominąć w przyszłości kolejki.
Dni rozpieszczały nas latem. Słońce przeświecało przez dachy warsztatów i zaglądało w okna domów w skansenie w Monchhof, opalało ramiona podczas obiadu w węgierskim skansenie w mieście Fertod, smagało twarze na kiwających się od wiatru wieżach obserwacyjnych w Parku Narodowym Neusiedler See - Seewinkler, parzyło w buty, kiedy siedziałyśmy na trawie, mając ptactwo przed sobą a bydło za sobą. Urywający głowy ale ciepły wiatr plątał nam włosy podczas pożegnalnego rejsu po Jeziorze Nezyderskim, jego szum przeplatał się ze skoczną melodią harmonii i rytmem wystukiwanym na oryginalnym instrumencie w kształcie łuku z czerwoną diablą głową kiwającą się na czubku.
Wróciliśmy do Polski zadziwiająco brudnej, zauważyły zachwycone austriackim porządkiem uczennice. Nikt za nas nie śmieci, mruknęłam. Sami pstrzymy sobie krajobraz brzydotą.

Kiedy rok temu byliśmy na majówce w Chorwacji, przekraczaliśmy granicę kilku państw, a dopiero w Polsce przypomniało mi się, że jadę szosą. Przejechaliśmy tyle krajów, a dopiero polskie dziury uzmysłowiły mi jak niekomfortowe może być podróżowanie. Dziura na dziurze, a co dopiero mówić o brudzie.
OdpowiedzUsuńUmiejętność zauważania ironii w cudzych oczach to jednak, myślę, dar, choć czasem mi się wydaje, że bycie w ten sposób "ślepym" wiele ułatwia i człek żyje beztrosko w swoim małym ograniczonym światku.
Ty to się najeździsz po świecie. Wiednia akurat nie zazdroszczę bo byłam i nie pałam aż taką jak Ty miłością ;D
OdpowiedzUsuńByłam w Wiedniu jedynie na wycieczce klasowej i podobał mi się, ale mnie nie urzekł. Może za młoda byłam i za głupia - chętnie wróciłabym tam, żeby zweryfikować te wrażenia:)
OdpowiedzUsuńKen G., fakt, nie ma o czym mówić: tam w parku narodowym dróżka prawie polna miała lepszą nawierzchnię niż przechodząca przez pipidówkę droga wojewódzka.
OdpowiedzUsuńNie wiedziałam, że aż do tego stopnia można nie wyczuwać tej ironii - pewnie, że człowiek czasem się nie połapie, ale kiedy sarkazm jest podany na talerzu.. Ale rzeczywiście, koleżanka bawiła się lepiej niż my, które ironię wyłapywałyśmy.
Polluśka, na razie finito: to był ostatni wyjazd projektowy, kolejny może się urodzi koło listopada, potem musi przejść wniosek, a wtedy się okaże.
Zielona, sama wiesz: jednych urzeka to, innych tamto - może zwyczajnie Wiedeń dla Ciebie jest jedynie ładny. Ale myślę, że wrócić zawsze warto, bo człowiek odkrywa ciągle coś nowego. W każdym z miejsc.
ale wiesz co jeszcze? w różnych okresach życia mamy różne spojrzenia... chętnie wracam do miejsc zapamiętanych (i sytuacji) i analizuję jak mi się 'wzrok' zmienił;)
OdpowiedzUsuńO rany:) Jak ja bym chciała gdzieś pojechać... :)
OdpowiedzUsuńDobrze, że choć piłkę lubię, to przynajmniej za Wisełką po Polsce (Europie) pojeżdżę:) Bo tak to wieczne nie ma kasy, albo jak jest to szkoda... a gdy przychodzi do meczu, to już mi nie żal i jadę! :))) Przynajmniej oglądam miejsca, w które nigdy bym pewnie nie pojechała (np.Litwa) :))) Buziaki!
Mało widzę, mało wiem, mało mi przeszkadza.
OdpowiedzUsuńZielona, to prawda. Widzę to po sobie zwłaszcza w muzeach, które kiedyś były nudami na pudy, a teraz chwilami wręcz fascynują.
OdpowiedzUsuńNikki, czyli jednak gdzieś jeździsz i, co ważne, często poznajesz kraj z innej strony niż przeciętny turysta, z tej prawdziwszej niejako strony :)
Ken G., tak to właśnie wygląda. I człowiek szczęśliwy jest. Na swój sposób.
Zazdroszczę tych widoków...tak cudnie to opisujesz że oczami wyobraźni tam jestem, cieplutko pozdrawiam ;)
OdpowiedzUsuńWięc nie ma czego zazdrościć, Marlenko, skoro jesteśmy tam razem ;)
OdpowiedzUsuńI dziękuję.
I słusznie , trzeba się zaszczytnie czymś wyróżniać , chociażby brudem i brzydotą , przecież "Prawdziwi Polacy" zaśmiecają ul. Krakowskie Przedmieście co miesiąc dając przykład całemu "Narodowi" .
OdpowiedzUsuńAkurat tą śmieciową brzydotą i tą jedynie-słusznie-polską wyróżniamy się niezaszczytnie, ale.. ja brzydotę generalnie lubię. Jest ciekawsza niż gładkie piękno.
OdpowiedzUsuń