KLIK w muzyczną ilustrację
Grupa ludzi przedziera się przez gęsty las. Gałęzie smagają po twarzach, pokrzywy parzą w gołe łydki, pot spływa po plecach, zalewa ślepnące od dusznego powietrza oczy. W tłumie dostrzegam siebie. Brnę do przodu, na dno nieświadomości spychając świadomość, że na każdym liściu czai się paskudne robactwo, gotowe osiąść na mnie, wedrzeć się pod skórę, wstrzyknąć chorobową truciznę, podgryźć, bąble na pamiątkę zostawić. I strach w głowie zaszczepić. Idę jednak, nie chcąc zostać w tyle. Wtedy zostałabym sama na sam z puszczą, nieprzyjazną i pożerającą mnie na przystawkę. Idziemy już tak długo, że nogi, zmęczone i opuchnięte, zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Nagle drzewa zaczynają się przerzedzać, przez coraz mniej splątane konary wdziera się słońce, łapiemy strumienie świeżego powietrza. Bliskość polany wyzwala w nas energię, biegiem rzucamy się w kierunku prześwitu, dusze pragną wytchnienia, członki marzą o odpoczynku. Zostawiamy za sobą las, przed oczyma mamy zapierający dech w piersiach widok. Nie ma polany. Nie ma trawy, na której można by wyciągnąć zdrętwiałe ciała. Jest most. Wąski, sznurkowy, chybotliwy, drżący, jego koniec ginie gdzieś w oddali. Lina zawieszona nad przepaścią. Ziemia przed nami opada stromo, bez ostrzeżenia, jakby odcięta gigantycznym nożem. W dole zaś rozciągało się miasto. Olbrzymie, ze strzelistymi drapaczami, z dymiącymi kominami, z morzem ludzi, budynków, samochodów. Most prowadził dokładnie nad nim. Nad miastem wyszczerzonym, najeżonym, naszpikowanym mruczącą w dole groźbą. Moi towarzysze decydują się iść dalej, ja jestem zdecydowana wycofać się do lasu.
Jedziemy gdzieś z Vice. Ja prowadzę i wcale nie dziwi mnie, że przecież nie mam prawa jazdy. Z fantazją kluczę wśród wąskich uliczek, brawurowo wjeżdżając po schodkach do celu podróży, odważnie po stopniach zjeżdżając. Byle do celu. Samochód skrzypi, trzeszczy, piszczy, wydaje się, że zaraz stanie, ale nie, pędzimy dalej, na razie nie odmawia posłuszeństwa. Ufff, oddychamy jednak z ulgą, kiedy opuszczam miasto. Choć za kierownicą czuję się pewnie, nietypowa trasa naszej wycieczki daje nam nieźle w kość, a i nieustanne zamartwianie się stanem technicznym pojazdu nie polepsza sytuacji. Wyluzowane jedziemy sobie polną dróżką, rozmawiając o tym i owym, kiedy nagle z samochodu schodzi powietrze. Pojazd w oka mgnieniu flaczeje, a my jak osłupiałe patrzymy na poskręcaną gumę. Początkowo chcemy wziąć coś, co kiedyś było samochodem pod pachę i powędrować w stronę widniejącej w oddali stacji kolejowej, rozmyślamy się jednak i zostawiamy szczątki na środku drogi. Po kilku krokach dostrzegamy most, blaszany, zrobiony ze znitowanych fragmentów, usiany rdzą, postrzępiony, straszący niestabilnością, grożący runięciem w rzeczne odmęty. Vice chciałaby pójść na skróty, ja decyduję się wybrać okrężną drogę.
Rzadko przywiązuję wagę do wyśnionych historii, tym razem jednak myśl o tych mostach przyczepiła się do mnie niczym rzep i odpuścić nie chce. Nie wierzę w interpretację snów, nie tędy droga. Fascynuje mnie ich dziejące się poza moją świadomością nawiązanie do moich skrywanych i świadomych lęków. Nic dziwnego, że nie odważyłam się wejść na żaden z nich: oba były niestabilne, nie gwarantowały bezpiecznego przejścia, a jedynie wysokościową panikę. Bo mnie się w głowie kręci, kiedy wchodzę na półtorametrową drabinę, gdybym więc miała odbyć przechadzkę rozciągniętym nad przepaścią sznurkowym mostem (ba, jakimkolwiek mostem), nie sądzę, by mnie jakakolwiek siła zmusiła do przeczołgania się po nim, a już na pewno nie weszłabym na niego na ochotnika. Podobnie podświadomie boję się śmierci przez uduszenie się, taką byłaby ta przez utonięcie, stąd niechęć do spaceru po przerdzewiałym moście zawieszonym nad głęboką rzeką. Do tego wszystkiego w głowie mi ostatnio buzują myśli o niezbudowanych mostach, o spacerach nad przepaścią wśród widowni dmuchającej linoskoczkowi w nos, czyhającej na jego nieuważny krok, ryczącej z radości, kiedy stopa mu się omsknie. Niektórzy są niczym wariacja na temat psa ogrodnika, sam nie zrobi, innemu przeszkodzi. Ot tak, dla zasady, dla pokazania wrednego oblicza, dla bycia błaganym o przysługę. Mało ładnie. I znów jakby mi się rzygać od tego chce.
Tanyuśka!! most to nowa rzeczywistość, zmiana ;))
OdpowiedzUsuńDawno mnie nie było...ta cała przerwa ma swoje uroki, znów z ogromną radością pochłaniam każdą przeczytaną literkę, brakowało mi tego...również u Ciebie, ściskam mocno.
OdpowiedzUsuńAguśka, pod warunkiem, że się przez ten most przeczołgam jakoś ;)
OdpowiedzUsuńMarlenko, miło znów Cię widzieć :)
Prawda, przerwa pozwala zatęsknić, dobrze ją zrobić, kiedy człowiek myśli, że ma tego miejsca dość.
Buziaki :)
Podświadome lęki, zawirowania i niewyjaśnione sprawy z "reala", obejrzane filmy i zasłyszane historie - to wszystko może się ułożyć w tak nielogiczną i pogmatwaną całość snu, że... bez najmniejszego problemu w nią uwierzysz :)))
OdpowiedzUsuńDokładnie, przecież ten mój pierwszy w sumie do pewnego momentu był prawdopodobny aż do bólu, do ujrzenia mostu nad miastem. Drugi zaś.. cóż, ciężko uwierzyć mi w siebie za kierownicą ;)
OdpowiedzUsuńSny podpowiadają przeszłe lub przyszłe skojarzenia . Jeśli się je zapamiętuje są tylko ilustracją projekcji . Przeważnie emitują nasze stracholęki przekształcając je w obrazy bardziej lub mniej zrozumiałe . Twoje mają wyrazisty , zrozumiały przekaz i źródło .
OdpowiedzUsuńTanyuśka... jak Ciebie znam, to Ty nie tylko się przeczołgasz, ale przejdziesz z impetem i jak taran ;DDDD
OdpowiedzUsuńMnie się regularnie śni, że popełniłam morderstwo i usilnie próbuję to ukryć, a potem żyję w strachu, że się wyda. Aż się boję zajrzeć do sennika... Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńmialam w glowie taki wzniosly komentarz, pozazmyslowy i paranormalny, ale sie zmyl, kiedy tylko wychylilam duszkiem resztke wina :)
OdpowiedzUsuńAir, no bardzo wyrazisty. Tylko, że na razie - jeśli przyjąć sennikową interpretację - nie stoję przed żadnym wyborem. A może go nie dostrzegam?
OdpowiedzUsuńAguśka, taranem to ja wejdę w poniedziałek do dyrektorskiego gabinetu, bo nie lubię, kiedy się mnie publicznie gani, kiedy mnie w szkole nie ma.
P.K., to dopiero sen! Ja za Ciebie do tego sennika zajrzę, bo aż mnie ciekawość zżera :)
Dosiu, może i lepiej - jestem po tygodniu życia poza codziennością, mogłabym nie umieć wedrzeć się w głąb metafizyki. Pewnie też dlatego, że wina wypiłam tam tyle, ile nie wypiję przez cały ten rok ;)