KLIK dla każdego, kto chce być kotem, i kto lubi kreskówki też
Skulony na fotelu, Kitajec obserwuje moją dłoń. Najdrobniejszy ruch i spina się do ucieczki. Nie ufa mi. Strach ma zapisany w genach. Jego siostra, Tina, od maleńkości pozwalała się złapać i gmerać za uszkiem, on chował się w najdalszy kąt pod szafką, dawał nura w najgłębszą trawę. Czmychnąłby gdzie pieprz rośnie, gdyby miał pojęcie, którędy biec. Jest jedynym z piątki futrzaków niepotrafiącym pogrążyć się w kocim śnie. Zamiast zwinąć się w mający wszystko w poważaniu kłębek, na wpół zmrużonymi oczyma przygląda się podejrzliwie światu. Musi pilnować, by nikt go nie złapał na gorącym uczynku nieuwagi. Są rzadkie chwile, kiedy Kitajec łaskawie daje się podrapać po łopatkach. To lubi najbardziej, mruczy wtedy niczym nienaoliwiony traktor, a czasem nawet daje ponieść się emocjom i przewraca się na plecy, wypinając białe podbrzusze. W nielicznych momentach słabości, kiedy trzyma się go na rękach i pieszczotliwie szeptem gada sprośności do uszka, ociera się pyszczkiem o twarz, zapominając o ostrożności w kontaktach z człowiekiem. Nie ma jednak absolutnie mowy, by dał się pogłaskać komukolwiek obcemu. Gość w domu oznacza położone po sobie uszy, podkulony ogon, panikę w spojrzeniu i ruchach. Z wiekiem Kitajec staje się coraz bardziej podobny do swojej babki Rudelli. Fizycznie. Marchewkowość kociaka zmienia się w płową rudość kocura, mężnieje, rośnie jak na drożdżach. Emocjonalnie za to wrodził się do któregoś z tchórzliwych ojców czy dziadków odwiedzających nasze podwórko. Rudella nie bała się niczego, Rudelli się bano.
Ależ się stałaś podobna do swojej mamy, zaskakuje mnie stwierdzeniem teściowa brata. Całe świadome życie byłam przekonana, że wygląd odziedziczyłam raczej po babci, a prawie całą schedę po mamie przejęła siostra. Fizyczną. Emocjonalnie, z moją zminimalizowaną ufnością do ludzi, mnie jednak do mamy bliżej. Mamę mam nieprzeciętnie nietowarzyską, lubującą się we własnym towarzystwie, stroniącą od nieznajomych i tłumów. Sama też nieźle czuję się sama ze sobą, tłumów serdecznie nie znoszę, a poznawać nowych ludzi nie muszę; ilość posiadanych znajomych w pełni mnie satysfakcjonuje. Obcych się nie boję, zwyczajnie nie czuję potrzeby zagadywania ich na ulicy, dzielenia się nimi refleksjami w pociągu, wygadywania się im, wypłakiwania, otwierania przed nimi duszy. I niekoniecznie im ufam. Noszę w sobie nutkę sceptycyzmu, ona zawsze na wierzch wypływa. Nie do końca wierzę, nie całkiem jestem o dobrych intencjach przekonana. Może nie mrużę podejrzliwie oczu, ale w głowie zapala mi się czerwona lampka. Jednocześnie przesadzam z zaufaniem dla tych, których, wydaje mi się, dobrze poznałam. Nawet jeśli wiem, że ktoś nie zawsze ma czyste intencje, niemal ślepo wierzę, że swojej złej woli nie obróci przeciw mnie, skoro się znamy i kapkę lubimy. Mimo iż tłum postrzegam jako twór niewarty grosza zaufania, wolę naiwnie myśleć, że człowiek, którego w jakimkolwiek stopniu oswoiłam, jest z natury bardziej lepszy niż gorszy. Niczym Kitajec czmycham jednak, kładę po sobie uszy i podkulam ogon, gdy ktoś stara się nawiązać nadmierny kontakt fizyczny. Jestem słowolubna, choć nie zawsze potrafię wystarczająco asertywnie warknąć, że większość dotyków mnie parzy. Może powinnam wziąć przykład z Rudelli i drapać bez pardonu, gdy ktoś gmera mnie za uszkiem.
--
Relacja ze znalezienia młodszej wersji rudzielca:
O drugiej w nocy budzi mnie koszmar. Pająki są tak realne, że zrywam się z łóżka. Włóczę się po domu, kiedy nagle słyszę żałosne piszczenie. Na progu leży rozpłaszczone kocię. Płoworude. Sagi, czyli matki, ani widu, ani słychu. Wołam usilnie, zjawia się po kilku minutach, łasi się do mnie, przewraca na grzbiet, każe głaskać, małego jednak ani nie powącha, choć też go nie odtrąca, kiedy ten się na nią wdrapuje. Chcę, żeby go przygarnęła, ale niewiele to daje: zostaje z nim na chwilę, bardziej zmuszona niż z własnej chęci, ale kiedy tylko odchodzę. Duński się budzi, kiedy szuram wyciągając kartonowe pudełko. Wkładam małego i Sagę. O dziwo, śpią razem do szóstej nad ranem, kiedy budzi mnie przeraźliwy pisk. Kocica wskakuje do pudełka. Może jeszcze będzie z niej matka. I tylko nie daje mi spokoju jedna kwestia: Saga w ciąży wyglądała, jakby miała prędzej pęknąć niż urodzić. Wyglądała na dziesięcioraczki. Gdzie jest więc pozostała dziewiątka kociaków?
--Ależ się stałaś podobna do swojej mamy, zaskakuje mnie stwierdzeniem teściowa brata. Całe świadome życie byłam przekonana, że wygląd odziedziczyłam raczej po babci, a prawie całą schedę po mamie przejęła siostra. Fizyczną. Emocjonalnie, z moją zminimalizowaną ufnością do ludzi, mnie jednak do mamy bliżej. Mamę mam nieprzeciętnie nietowarzyską, lubującą się we własnym towarzystwie, stroniącą od nieznajomych i tłumów. Sama też nieźle czuję się sama ze sobą, tłumów serdecznie nie znoszę, a poznawać nowych ludzi nie muszę; ilość posiadanych znajomych w pełni mnie satysfakcjonuje. Obcych się nie boję, zwyczajnie nie czuję potrzeby zagadywania ich na ulicy, dzielenia się nimi refleksjami w pociągu, wygadywania się im, wypłakiwania, otwierania przed nimi duszy. I niekoniecznie im ufam. Noszę w sobie nutkę sceptycyzmu, ona zawsze na wierzch wypływa. Nie do końca wierzę, nie całkiem jestem o dobrych intencjach przekonana. Może nie mrużę podejrzliwie oczu, ale w głowie zapala mi się czerwona lampka. Jednocześnie przesadzam z zaufaniem dla tych, których, wydaje mi się, dobrze poznałam. Nawet jeśli wiem, że ktoś nie zawsze ma czyste intencje, niemal ślepo wierzę, że swojej złej woli nie obróci przeciw mnie, skoro się znamy i kapkę lubimy. Mimo iż tłum postrzegam jako twór niewarty grosza zaufania, wolę naiwnie myśleć, że człowiek, którego w jakimkolwiek stopniu oswoiłam, jest z natury bardziej lepszy niż gorszy. Niczym Kitajec czmycham jednak, kładę po sobie uszy i podkulam ogon, gdy ktoś stara się nawiązać nadmierny kontakt fizyczny. Jestem słowolubna, choć nie zawsze potrafię wystarczająco asertywnie warknąć, że większość dotyków mnie parzy. Może powinnam wziąć przykład z Rudelli i drapać bez pardonu, gdy ktoś gmera mnie za uszkiem.
--
Relacja ze znalezienia młodszej wersji rudzielca:
O drugiej w nocy budzi mnie koszmar. Pająki są tak realne, że zrywam się z łóżka. Włóczę się po domu, kiedy nagle słyszę żałosne piszczenie. Na progu leży rozpłaszczone kocię. Płoworude. Sagi, czyli matki, ani widu, ani słychu. Wołam usilnie, zjawia się po kilku minutach, łasi się do mnie, przewraca na grzbiet, każe głaskać, małego jednak ani nie powącha, choć też go nie odtrąca, kiedy ten się na nią wdrapuje. Chcę, żeby go przygarnęła, ale niewiele to daje: zostaje z nim na chwilę, bardziej zmuszona niż z własnej chęci, ale kiedy tylko odchodzę. Duński się budzi, kiedy szuram wyciągając kartonowe pudełko. Wkładam małego i Sagę. O dziwo, śpią razem do szóstej nad ranem, kiedy budzi mnie przeraźliwy pisk. Kocica wskakuje do pudełka. Może jeszcze będzie z niej matka. I tylko nie daje mi spokoju jedna kwestia: Saga w ciąży wyglądała, jakby miała prędzej pęknąć niż urodzić. Wyglądała na dziesięcioraczki. Gdzie jest więc pozostała dziewiątka kociaków?
KLIK w podlewanie drzewka
Ja z natury jestem ufny ale jak ktoś zrobi lub powie nie tak , to go po prostu skreślam i nie wywołuje to u mnie nawet zdziwienia że można być takim draniem .
OdpowiedzUsuńno to ja jestem całkowicie inna ;DD
OdpowiedzUsuńMoże ten jeden jest tak silny, że nie daje się porzucić? Emocjonalność Tanyuśka to całe mnóstwo batów i marchewek, które nas uzbrajają w pancerzyk niepewności, drapliwości, łaskawości, ... ości, ...ości.
OdpowiedzUsuńAir, ja zaś, choć wierzę w człowieka indywidualnego, też w sumie się nie dziwię, że ktoś, komu zawierzyłam, okazuje się draniem. Zresztą, to takie w sumie draństwo małe zwykle jest, bo jeszcze mnie nigdy nikt prawdziwie nie skrzywdził, mam to szczęście.
OdpowiedzUsuńPolluśka, to wiem! :))
Aguśka, ciężko powiedzieć: kociak ma dwa dni, sam by się na schody nie wdrapał za nic, więc pewnie Saga wyczuła moje i Duńskiego umiłowanie dla rudych i dlatego tego właśnie nam pod próg podrzuciła - wiedziała, że go przygarniemy. Póki coś jednak, jest ok, Saga mamusiuje mu dzielnie.
Tak, emocje to ości, w sumie ;)
Wiele osób banalnie porównuje się do kota, ale banalnie porównam się i ja: są zdystansowane do świata, nieufne i to z nimi trzeba się zaprzyjaźnić. Kota nie wytresujesz, kota możesz najwyżej do czegoś namówić.
OdpowiedzUsuńCzy to możliwe, że jesteśmy siostrami? ;))
OdpowiedzUsuńJakbym czytała o sobie...
Miłego weekendu :)
Właśnie dlatego że reagujemy na pierwsze mało znaczące sygnały , nie dając możliwości popełnić dużych (znaczących , bolących). To nie szczęście to przezorność a nie ślepa naiwność oczekiwania na pozytywne zmiany !
OdpowiedzUsuńBanalne czy nie, Kendżi, ale za to trafne. I przynajmniej dla wszystkich zrozumiałe w odróżnieniu od niektórych stylistycznych tworów ;)
OdpowiedzUsuńP.K., wszystko jest możliwe! ;))
Air, ta przezorność w moim wykonaniu więc jest raczej podświadoma.
Kiedy byłam mała, chciałam strasznie być oryginalna i porównywałam się do delfinka ;))) Potem odkryłam, że delfinkiem chce być jeszcze milion osób oprócz mnie i dałam sobie spokój ;)))
OdpowiedzUsuń:)))
OdpowiedzUsuńDo delfinka? Że niby co?
W moim też była nieuświadamiana , wypływała raczej z wrodzonej nieufności i dociekliwej obserwacji .
OdpowiedzUsuńKurczę, u mnie kociaki zginęły, podejrzewam, że jakieś zwierze wykorzystało okazję, gdy kotki nie było...
OdpowiedzUsuńAir, taki szósty zmysł :)
OdpowiedzUsuńNikki, o kurczę, szkoda...