Kuriozalność sytuacji, w której pytam, dlaczego Jess (która się jako Jess nie urodziła) usilnie mówi do mnie po angielsku, skoro ja się do niej po polsku zwracam, a ona mi na to, że do każdego tak mówi, a w ogóle to dla mnie zawsze Duński był najważniejszy, doprowadza mnie do łez. Ze śmiechu. Przyznam, że moje pytanie obcesowe było i obliczone na zaczepienie jej, na wywołanie gwałtownej reakcji, bo świetnie wiem, że Jess od zawsze preferuje konwersacje w języku angielskim, choć od urodzenia mieszka w Polsce, jej rodzice są Polakami i nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek w kraju niepolskim była. Zresztą, były czasy, kiedy dużo rozmawiałyśmy w tymże języku, poznałyśmy się bowiem na angielskojęzycznym czacie. Sądziłam jednak, że wyrosła ze swoich nastoletnich buntów przeciw mowie ojczystej, jest już przecież dorosłą kobietą. Nic z tego, Jess unika języka polskiego jak ognia, nie mówi w nim, nie ogląda polskiej telewizji, nie słucha polskiego muzyki, niemal nie ma polskich znajomych. Wszystko to wyłuszczyła mi starannie w mailu, który dostałam po kilku dniach milczenia i myślenia. Wynikało z niego jasno, że udzielając jej odpowiedzi w języku ojczystym, nie szanuję jej wyborów, że język niećwiczony popada w zapomnienie, ona zaś angielskiego zapomnieć by nie chciała, a nie ma innych możliwości go używania niż internetowe rozmówki, że nienawidzi osób, które mówią po polsku, tylko dlatego, że są z Polski, a w ogóle to dla mnie zawsze Duński był najważniejszy. Bo tenże argument padł na końcu, nie był więc koronnym, jak mniemam. Nie powiem, że mnie przekonała. Tym bardziej, że punktem wyjścia dla naszej słownej potyczki było moje zdanie, napisane w języku polskim.
Niech sobie jednak Jess mówi wszystkimi językami świata, generalnie nie jest to moje zmartwienie, bowiem na co dzień niewielki mamy ze sobą kontakt. Nic to również, że naprzemiennie śmieszy mnie i irytuje fanaberyjne cierpienie wywołane koniecznością używania polskiej mowy - jak wyżej, pewnie nasze relacje się po językowej dyskusji jeszcze oziębią. Poznałam już kilka osób, które tuż po przekroczeniu granicy, zaczynały używać jedynie języka kraju docelowego, niezależnie od tego, czy rozmawiały z kimś, kto polskiego nie zna czy z użytkownikiem naszego ojczystego. Ba, osoby te udawały, że polskiego już nie znają, będąc bowiem od kilku dni w innym kraju i rodzimej mowy nie używając, w mgnieniu oka nabawiły się językowej amnezji. Co więcej, były w swojej obcojęzyczności bardziej obcojęzyczni niż rodzimi użytkownicy danego języka. Strawiłam rozdrażnienie nimi, przeżyję i Jess. Rozumiem, że nie wszyscy muszą pałać do polskiego moim uwielbieniem, nie wszyscy muszą nim przesiąkać, w nim czuć, doznawać. Trafiła jednak na mnie Jess niczym kosa na kamień, bo nienawiści do języka rodzimego tolerować nie potrafię. Nienawiści zupełnie nieuargumentowanej, bo miłość do angielskiego nie jest dla mnie wystarczającym uzasadnieniem; sama go znam i używam, więc wiem, że miłość do jednego języka, nie wyklucza sympatii dla drugiego, trzeciego, setnego. Podczas gdy nie wywieszam w państwowe święta flagi, nie prężę się, gdy słyszę hymn państwowy, nie obnoszę się z przesadnym patriotyzmem, w kwestii języka i pochodzenia jestem nieugięta: Polakiem się zostaje na zawsze, nie da się zmienić miejsca urodzenia. Można je jedynie przekłamać.
--
Śnieg w maju? To żart jakiś, myślę ja, wgapiając się w płaty jak w styczniu.
Śnieg w maju? To żart jakiś, myślą koty, cofając się ostentacyjne z progu.
Niech sobie jednak Jess mówi wszystkimi językami świata, generalnie nie jest to moje zmartwienie, bowiem na co dzień niewielki mamy ze sobą kontakt. Nic to również, że naprzemiennie śmieszy mnie i irytuje fanaberyjne cierpienie wywołane koniecznością używania polskiej mowy - jak wyżej, pewnie nasze relacje się po językowej dyskusji jeszcze oziębią. Poznałam już kilka osób, które tuż po przekroczeniu granicy, zaczynały używać jedynie języka kraju docelowego, niezależnie od tego, czy rozmawiały z kimś, kto polskiego nie zna czy z użytkownikiem naszego ojczystego. Ba, osoby te udawały, że polskiego już nie znają, będąc bowiem od kilku dni w innym kraju i rodzimej mowy nie używając, w mgnieniu oka nabawiły się językowej amnezji. Co więcej, były w swojej obcojęzyczności bardziej obcojęzyczni niż rodzimi użytkownicy danego języka. Strawiłam rozdrażnienie nimi, przeżyję i Jess. Rozumiem, że nie wszyscy muszą pałać do polskiego moim uwielbieniem, nie wszyscy muszą nim przesiąkać, w nim czuć, doznawać. Trafiła jednak na mnie Jess niczym kosa na kamień, bo nienawiści do języka rodzimego tolerować nie potrafię. Nienawiści zupełnie nieuargumentowanej, bo miłość do angielskiego nie jest dla mnie wystarczającym uzasadnieniem; sama go znam i używam, więc wiem, że miłość do jednego języka, nie wyklucza sympatii dla drugiego, trzeciego, setnego. Podczas gdy nie wywieszam w państwowe święta flagi, nie prężę się, gdy słyszę hymn państwowy, nie obnoszę się z przesadnym patriotyzmem, w kwestii języka i pochodzenia jestem nieugięta: Polakiem się zostaje na zawsze, nie da się zmienić miejsca urodzenia. Można je jedynie przekłamać.
--
Śnieg w maju? To żart jakiś, myślę ja, wgapiając się w płaty jak w styczniu.
Śnieg w maju? To żart jakiś, myślą koty, cofając się ostentacyjne z progu.
u mnie też śnieg ;/
OdpowiedzUsuńJa wiem, że zapowiadali, ale wyobraziłam sobie, że będzie padał gdzieś wysoko w Tatrach, a nie na moim podwórku..
OdpowiedzUsuńha ha ha, my to samo pomyśleliśmy ;D
OdpowiedzUsuńA to dobre, że niby nie powinnaś się do niej zwracać po angielsku, bo nie szanujesz jej wyborów? Ciekawe podejście. Masz szczęście że umiesz angielski bo inaczej wcale nie byłabyś brana pod uwagę jako rozmówca;]
OdpowiedzUsuńA co wy z tym śniegiem wymyśliliście? tęskno wam było czy co?:D
Polluśka, cholerka, powinni konkretnie gadać, gdzie spadnie, a nie tak rzucić hasło w powietrze i zaskakiwać człowieka ;)
OdpowiedzUsuńZielona, to prawda - gdybym nie znała angielskiego, nie warto by było mnie znać. Choć pamiętam, że kiedy u niej gościłam, mogłam bezkarnie mówić po polsku, więc pogarsza jej się, nie polepsza w tej kwestii.
Kurczę, mówię Ci, jak to abstrakcyjnie wygląda: trawa zieloniutka, soczysta, mlecze się żółcą, a na tym wszystkim śnieg. Duński zabrał aparat i zdjęcia nie mogę zrobić, żałuję.
O śniegu jeno słyszałam, nie widziałam, ale może to dlatego, że nie wyściubiłam dziś nosa na zewnątrz :)))
OdpowiedzUsuńTaka mania nie-polsko-języczności jest dla mnie co najmniej dziwaczna, żeby nie powiedzieć żenująca.
Aa lubię nasz język:)
OdpowiedzUsuńA ja tam kocham nasz jezyk polski i rozkoszuje sie nim od zawsze w pismiennictwie i w mowie,nie chcialabym zapomniec emocji w czytaniu bogatej polskiej literatury..
OdpowiedzUsuńMieszkam za granica i staram sie teraz uczyc poprawnej mowy mojego synka,jest to dla mnie bardzo wazne.. Tak, Polakiem zostaje sie na zawsze...pozdrawiam
nie wymagaj zbyt wiele ;DD
OdpowiedzUsuńKen G., chodź na blipa albo na FB, to sobie obejrzysz i lato, i zimę :)
OdpowiedzUsuńW sumie tą Jess sprowokowałam, bo byłam ciekawa jej tłumaczenia. I choć po tym, co tu opisałam, wymieniłyśmy jeszcze kilka maili, wciąż nie pojmuję.
Nikki, ja też. Bardzo. Najbardziej! :)
Josno, może gdyby Jess wyjechała na dłużej.. Choć chyba wtedy dopiero byłaby szczęśliwa, nie słysząc polskiego wcale. I nie musząc odpowiadać na moje w tej kwestii zaczepki.
Polluśka, dobra, wycofuję się z podwórka, ale z regionu za nic! ;p