Świat nie zakończył się spektakularną katastrofą w sobotę o osiemnastej czasu zapewne amerykańskiego. Nie zakończył się też w amerykańskim stylu wężami zalewającymi ziemię, zatrzymującym się jądrem naszej planety, rozbijającą nas w drobny mak asteroidą, nie zamarzł, nie roztopił się, nie rozpadł na kawałki. Groźnie jednak było, bo punkt osiemnasta czasu polskiego nad pipidówką, w której mieszka brat, bratowa i dwójka ich dzieci, rozpętała się burza z piorunami bijącymi tuż obok bloku, co wpędziło starszą z pociech w stan katatonicznej paniki. Uspokojona faktem, że przecież to amerykański prorok koniec człowieczego istnienia zapowiedział zgodziła się przespać armagedon, po czym w niedzielę rano obudziła się zupełnie niezdziwiona, że wciąż żyje. Wiadomo, złego licho nie bierze, więc wiedzieli, kiedy sobie ciotkę z diabłem za skórą zaprosić na weekend. Zresztą, pisane jest tak mi, jak i bratowej życie długie i pełne emocji, więc nie możemy skończyć marnie w wieku lat ledwie dziestu. Mnie długowieczność przepowiedziała Gretkowska, która - wbrew telewizyjnym zapewnieniom i niezliczonym badaniom naukowym - stwierdziła, że kobiety samotne żyją dłużej. Poprawiam sobie humor naciąganiem teorii, że samotne znaczy niezamężne, dzięki czemu się kwalifikuję. Zresztą, dodaję w myślach, skażeni nieznośną lekkością bytu serca i nerwy mają spokojniejsze. Bratowa za to ma szansę żyć długo, ponieważ jest nie tylko kobietą zamężną, co dobrze rokuje w pozagretkowskich kręgach, ale i pobożną, a niedawno w telewizji oznajmili, że modlący się regularnie, spokojniejsi są, co prowadzi do długowieczności właśnie. Nasze szanse się jednak wyrównują, bratowa bowiem choruje na kompulsywną potrzebę notorycznego ścierania, wycierania, przecierania i nie potrafi spokojnie usiedzieć pięciu minut przy kawie. Przyglądając się jej nieustannej krzątaninie, podziwiałam jednocześnie jej cierpliwość - nie sądzę, że udawaną na potrzeby mojego przyjazdu - do dwóch absorbujących dziewczynek, między którymi jest siedem lat różnicy, więc ich potrzeby zróżnicowane są jak języki afrykańskie. Takimiż zresztą językami do siebie w związku z tym mówią. Matka stara się to złożyć do kupy i przełożyć na język polski, co czasem się udaje, czasem niekoniecznie, ja zaś przez niecałe dwa dni poznałam całkiem niemało sposobów na godzenie dwóch dziecięcych światów, tego z zabawkami targanymi wszędzie w torebce, i tego z zalotnymi spinkami w rozwianych na huśtawce włosach. I tylko sposoby straszenia w nieznośnych momentach rozbawiały mnie do łez. W zapomnienie odeszła Baba Jaga i inne niemodne straszydła, teraz króluje straszenie muchą, która wleci dziecięciu tam, gdzie wlecieć nie powinna, jeśli dziecię będzie uparcie świeciło gołym tyłkiem. I powiedzcie, że to nie lepsze niż koniec świata.
faktycznie lepsze ;D a na koniec świata widzę, że się nie przygotowałaś bo on miał się zacząć trzęsieniem ziemi ale trwać przez parę miesięcy aż do listopada i 2 miliony ludzi czy coś koło tego miało go przeżyć. Poza tym czas był przeliczany na różne strefy czasowe i u nas to miało być o 18.00 ;D
OdpowiedzUsuńZa to widzę, żeś Ty nad wyraz przygotowana, Polluśka :)))
OdpowiedzUsuńJa za to, faktycznie, zignorowałam ten koniec świata maksymalnie: coś mi się obiło o uszy, coś tam dzwonili, jeno nie wiedziałam, w którym kościele. Ale o trzęsieniu ziemi i długoterminowości trwania końca wiedziałam, po co jednak dziecko straszyć, skoro i tak chciało uciekać przed tą burzą gdzie pieprz rośnie. Godziny mi się jednak pomerdały, fakt :)
ale ogólnie to fajnie bo jakby nie patrzeć to ja już 3 końce świata przeżyłam ;D Ty zresztą też
OdpowiedzUsuńhttp://barwysmaku.blogspot.com
OdpowiedzUsuńPosyłam link do bloga o kawie i jak przedłuża życie . Świetny blog ,warto poczytać .
innego konca swiata nie bedzie;-)
OdpowiedzUsuńPrzeżyjemy jeszcze nie jeden taki koniec świata, będąc na spacerze o godzinie 18 rozpętała się u nas porządna burza, czyżby jakiś znak ;)
OdpowiedzUsuńps.nie wiem co się dzieje niby się loguję a zalogowana nie jestem-Marlena
Polluśka, najfajniejsze jest zdecydowanie to, że niezmiennie jesteśmy w gronie przeżywających bez szwanku szczęśliwców :))
OdpowiedzUsuńAir, notka o kawie ciekawa, ale reszta jakaś za bardzo kulinarna, a to mnie w ogóle nie kręci, a nudzi raczej. Niemniej dziękuję za linka.
Zielona, będą jeszcze setki zanim rzeczywiście pomrzemy ;)
Marlenko, no właśnie się chyba coś zepsuło, bo mam podobny problem.
Tak, jeszcze tych końców przed nami masa, ale może powinny te burze dać nam do myślenia? Choć w mojej pipidówce nic nie szalało, nawet kropla deszczu nie spadła.
--
tanya
cholera, zajawki z muchą nie znałam :)
OdpowiedzUsuńKiedy czytałam, że ludzie sprzedawali majątki, rzucali pracę przez ten koniec świata, nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać.
OdpowiedzUsuńMucha w pośladkach? To ci dopiero fantazja! ;D
Dosia, całe życie się człowiek uczy :)
OdpowiedzUsuńKen G., śmiać się, zdecydowanie. Albo stać się prorokiem i samemu na ludzkiej naiwności zbić majątek. Kurczę, zastanawiam się, jak to jest, że w XXI wieku ludzie jeszcze się dają złapać w sidła takich hochsztaplerów.
A to ja już od dawna myślę o zrobieniu kursu psychotroniki, zdobyciu "oficjalnego" tytułu wróżki i założenia malutkiej firemki. Ogłoszę się jakimś medium i będę ludziom wróżyć z fusów czy tarota. Będę zbijać kokosy na ludzkiej naiwności, ale nikt oszustwa mi nie zarzuci. Niektórzy aż sami się proszą o bycie porządnie oskubanym :)))
OdpowiedzUsuńKurczę, a ja bym się chyba na wróżkę nie nadawała. No, może telefoniczną albo internetową, bo nawet z moim gadanym nie umiałabym patrzeć ludziom w oczy wciskając cały ten kit. Minę bym pewnie miała mało przekonującą :)
OdpowiedzUsuńNo i napisałam taaaaki mądry (z naciskiem na ten właśnie przymiotnik) komentarz, a on wziął był znikł. No i to już ewidentny znak końca światów. Normalnie w głowie się nie mieści, żeby komentarze znikały z taka częstotliwością co ostatnio...
OdpowiedzUsuńNo co, poda się ludziom co mówią karty i tyle. A że on (prędzej ona) w karcie "tajemniczy blondyn z błyskiem w oku" zobaczy sąsiada czy przystojniaka z pracy, to już inna sprawa :)))
OdpowiedzUsuńKiedyś widziałam jak w tv, bardzo późno w nocy, wróżka rozmawiała z pewną kobietą. Najpierw sama o wszystko ją wypytała, dowiedziała się, że rozmawia z rozwódką mającą problemy z córką nastolatką i sru! już wiedziała co jej mówić. Babina prawie się popłakała, ale, o dziwo, wróżka mówieniem o banałach chyba ją nieco wsparła. Trochę szkoda, że kobieta zwróciła się o pomoc do wróżki a nie np. przyjaciółki, ale jeśli jej to pomogło... Hm, kiedy tak o tym myślę, to zaczynam się zastanawiać. Chyba jednak wolę z czystym sumieniem wróżyć durnym i naiwnym ludziom, którzy chcą wiedzieć czy wygrają w lotka lub spotkają miłość życia niż takim sponiewieranym przez los. Też naiwnym, ale jednak trochę ich szkoda.
Aguśka, właśnie: ze się Onet psuł, to normalka, ale jak się blogspot zaczął knocić, to już nic, tylko koniec świata! ;)
OdpowiedzUsuńKendżi, chyba właśnie po to się do takiej wróżki dzwoni: nie, żeby usłyszeć konkrety, ale by usłyszeć to, co w danym momencie usłyszeć chcemy. A że nie zwierzyła się przyjaciółce... Hmm, ja myślę, że czasem się nawet przed przyjaciółmi wstydzimy, że nam w życiu nie wyszło. Źle, ja wiem, ale jednak...
Tak, naiwnych poszkodowanych przez los szkoda, choć w sumie nigdy nie wiemy, czy rzeczywiście kopnął ich zły los, czy sami sobie na kopa zapracowali. Ja przez telefon wyczuć tego nie umiem.
Zastanawiam się, skąd bierze się pragnienie poznania daty końca świata, jaką potrzebę ujawnia? Czy dlatego, że człowiek potrzebuje, pomimo życia tu i teraz, swoimi codziennymi problemami poznania, zbliżenia się do tego ostatecznego momentu. Być może na te potrzeby odpowiada strona http://vsevidno.com/koniecswiata/koniec-swiata-2036.html
OdpowiedzUsuńFilm chętnie obejrzę, ale przyznaję, że nie wnikam w ludzką potrzebę poznania daty końca świata - sama w owe końce nie wierzę czy też może nie wierzę w jakieś szczególne daty, więc ów koniec potraktowałam jak coś, co mi do koncepcji notki pasowało.
OdpowiedzUsuń