Kawa, papieros. Para i dym tworzyły fikuśne figury nad jej głową, turlając się po niewidocznych krzywiznach, kręcąc piruety, splatając i rozchodząc w różne strony pokoju. Nieświadoma wirującego pod sufitem tańca, spoglądała w szarzejące okno. Dniało. Powinno się rozjaśniać, rozpogadzać, dzień jednak zwlekał z przyjściem. Korelował z jej nastrojem. Ona też spóźniała się z podjęciem kilku decyzji. Zaciągnęła się głębiej. Niespiesznie wypuszczała dym. Chciała zatrzymać ten moment, kiedy spokojnie mogła zamknąć oczy i poszybować myślami ku temu, którego jeszcze nie odkryła, a który na pewno czeka na nią, by ją kochać miłością pełną motyli w brzuchu. Znużone stagnacją serce już dawno zapomniało bić, teraz drżało, wyczekujące, niecierpliwe, złaknione. Nie wiedziała jak wygląda. Nie wyobrażała go sobie w żaden sposób. Wiedziała jedynie, że ją porwie w krainę uniesień i będą tam wiedli życie nigdy nienudne. Zupełnie inne niż gorzki kierat, w którym teraz tkwiła. Z tamtym mężczyzną utknie w lukrowanym bezruchu, w słodkim bezczasie.
Filiżanka z kawą zawirowała na skraju stołu i z głośnym brzękiem rozpadła się na kilka kawałków. Mężczyzna poruszył się, cmoknął, wciąż jednak spał głęboko. Spoglądała na niego przez chwilę, po czym zniecierpliwionym gestem pozbierała potłuczone fragmenty. Będzie plama na dywanie, syknęła. Nastrój prysnął. Krzątała się po kuchni. Standardowe czynności, wykonywane po raz tysięczny, bez zastanowienia. Podobnie mechanicznie traktowała swoje emocjonalne obowiązki. Nie pamięta, kiedy radość z bycia razem ustąpiła nużącej codzienności. Zapatrzyła się w dal, jakby tam szukała rozwiązań, ale radosne wróble wcale nie zamierzały dzielić się swoim optymizmem, kalina obojętnie bujała się w rytm wiatru, a buty kot sąsiada nawet na nią nie spojrzał, choć kilka razy stuknęła w szybę, by zwrócić jego uwagę.
Poznała go przy ulicznym straganie, gdzie kupowała kiszone ogórki do sobotniego schabowego i włoszczyznę do niedzielnego rosołu. W pierwszej chwili jej uwłaczało, że największe szczęście objawiło się tak niespektakularnie, między pomidorem a kalarepką, pomyślała jednak, że poprzedni entuzjastyczny początek doprowadził ją donikąd, i dała się zwieść motylkom w brzuchu, klapkom na oczach i wiośnie w głowie. Nie odważyła się wyprowadzić z domu, wymyśliła chorobę niesamodzielnej matki, z którą mąż nie rozmawiał od czasu pierwszej burzliwej wymiany zdań na rozpasanym weselu i zanurzyła się w dni nieustająco szczęśliwe. Zajadała się emocjonalnymi frykasami, pławiła w przesadzonej trosce, nie dotykała ziemi, wirując nieustannie gdzieś między spełnieniem a przepełnieniem. Aż do mdłości, aż do zawrotu głowy, w lukrowanym bezczasie, w słodkim bezruchu.
Zamknęła książkę. Była jak ta dziewczyna, której nagle zbrzydła gorycz. Głód słodyczy stał się niemal kompulsywny, natrętnie stukał w czaszkę, nie dawał o sobie zapomnieć. Zwabiona obietnicą ciasta i konfitury, dziewczyna trafiła do mieszkania staruszków. Który to już raz pomagamy spragnionym słodyczy, co Edmundzie? Aż dziw, że tylu ich na tym małym świecie. Dziwna para, znająca jej myśli, zatrzymana w czasie. Z początku czuła się niebiańsko. Ciasto, konfitura, trzy łyżeczki cukru w herbacie, nadziewane czekoladki, marcepany, miód. Przesyt.
Z zadowoleniem poczuła na języku goryczkę mocnej herbaty. Spojrzała na męża przeglądającego gazetę. Uśmiechnęła się do niego, kiedy podniósł głowę, ściągnięty jej wzrokiem. Napijemy się kawy na tarasie?, spytała, a on bez słowa złożył gazetę. Siedzieli w milczeniu, kontemplując wieczór, radość wróbli, szum kaliny i obojętność burego kota. Odpowiadała jej ta cisza, brak nadskakiwania, niekrępujący bezruch, gorzkawy bezczas. Dwa tygodnie spełniania marzeń wystarczyły, by dowiedziała się, że nie do twarzy jej w słodkiej stagnacji. To tutaj miała swoje rachityczne szczęście.
Filiżanka z kawą zawirowała na skraju stołu i z głośnym brzękiem rozpadła się na kilka kawałków. Mężczyzna poruszył się, cmoknął, wciąż jednak spał głęboko. Spoglądała na niego przez chwilę, po czym zniecierpliwionym gestem pozbierała potłuczone fragmenty. Będzie plama na dywanie, syknęła. Nastrój prysnął. Krzątała się po kuchni. Standardowe czynności, wykonywane po raz tysięczny, bez zastanowienia. Podobnie mechanicznie traktowała swoje emocjonalne obowiązki. Nie pamięta, kiedy radość z bycia razem ustąpiła nużącej codzienności. Zapatrzyła się w dal, jakby tam szukała rozwiązań, ale radosne wróble wcale nie zamierzały dzielić się swoim optymizmem, kalina obojętnie bujała się w rytm wiatru, a buty kot sąsiada nawet na nią nie spojrzał, choć kilka razy stuknęła w szybę, by zwrócić jego uwagę.
Poznała go przy ulicznym straganie, gdzie kupowała kiszone ogórki do sobotniego schabowego i włoszczyznę do niedzielnego rosołu. W pierwszej chwili jej uwłaczało, że największe szczęście objawiło się tak niespektakularnie, między pomidorem a kalarepką, pomyślała jednak, że poprzedni entuzjastyczny początek doprowadził ją donikąd, i dała się zwieść motylkom w brzuchu, klapkom na oczach i wiośnie w głowie. Nie odważyła się wyprowadzić z domu, wymyśliła chorobę niesamodzielnej matki, z którą mąż nie rozmawiał od czasu pierwszej burzliwej wymiany zdań na rozpasanym weselu i zanurzyła się w dni nieustająco szczęśliwe. Zajadała się emocjonalnymi frykasami, pławiła w przesadzonej trosce, nie dotykała ziemi, wirując nieustannie gdzieś między spełnieniem a przepełnieniem. Aż do mdłości, aż do zawrotu głowy, w lukrowanym bezczasie, w słodkim bezruchu.
Zamknęła książkę. Była jak ta dziewczyna, której nagle zbrzydła gorycz. Głód słodyczy stał się niemal kompulsywny, natrętnie stukał w czaszkę, nie dawał o sobie zapomnieć. Zwabiona obietnicą ciasta i konfitury, dziewczyna trafiła do mieszkania staruszków. Który to już raz pomagamy spragnionym słodyczy, co Edmundzie? Aż dziw, że tylu ich na tym małym świecie. Dziwna para, znająca jej myśli, zatrzymana w czasie. Z początku czuła się niebiańsko. Ciasto, konfitura, trzy łyżeczki cukru w herbacie, nadziewane czekoladki, marcepany, miód. Przesyt.
Z zadowoleniem poczuła na języku goryczkę mocnej herbaty. Spojrzała na męża przeglądającego gazetę. Uśmiechnęła się do niego, kiedy podniósł głowę, ściągnięty jej wzrokiem. Napijemy się kawy na tarasie?, spytała, a on bez słowa złożył gazetę. Siedzieli w milczeniu, kontemplując wieczór, radość wróbli, szum kaliny i obojętność burego kota. Odpowiadała jej ta cisza, brak nadskakiwania, niekrępujący bezruch, gorzkawy bezczas. Dwa tygodnie spełniania marzeń wystarczyły, by dowiedziała się, że nie do twarzy jej w słodkiej stagnacji. To tutaj miała swoje rachityczne szczęście.
Czasem trzeba, żeby się coś wydarzyło, żebyśmy zobaczyli na nowo własny kawałek nieba; a najlepiej coś od siebie dać. Rutyna zabija. Wszystko! Spokój, cisza, bezpieczeństwo - to podstawa, dopóki nie stanie się nudna. Nawet potrawy bez przypraw są mdłe.
OdpowiedzUsuńCzasem wystarczy porównać, żeby przekonać się, że trawa wcale nie jest bardziej zielona po drugiej stronie płotu.
OdpowiedzUsuńczłowiek tam już ma, że musi swoje życie przyrównywać do innych. Dobrze jeśli nieźle wypada ale gorzej jeśli uznaje, że inni mają lepiej
OdpowiedzUsuńJa też zdecydowanie wolę potrawy różnobarwne, wielosmakowe a nie słodkie i różowe. Choć ptysiem od czasu do czasu nie pogardzę :)
OdpowiedzUsuńSwoja drogą, nie wiedzieć dlaczego, zrobiłam się głodna czytając tę notkę :)
AnnoMario, rutyna zabija. I ta zobojętniała, i ta przesłodzona. Ja czasem marudzę, że nam się wspólnie nudzi, ale kiedy Duński zaczyna być dla mnie hipersłodki, staję okoniem. Przyznam, że nie znoszę tak. Wolę cierpko. Potraw też nie lubię słodkich bardziej niż miód.
OdpowiedzUsuńKen G., rzadko kiedy jest, ale wyobrażamy sobie Bóg wie co..
Polly, domyślam się, że nierzadkie są przypadki wniosków, że mamy o wiele gorzej. Bo tylko teoretycznie porównujemy, a nie wbijamy się w cudzą skórę.
P.K., też nie gardzę słodkością od czasu do czasu, teraz pożeram czekoladę z nadzieniem toffi, ale wolę, kiedy na talerzu i w życiu jest pikantnie.
Yyy, przecież nic a nic o jedzeniu nie napisałam ;)
Dobrze napisany tekst , przemyślany z przesłaniem .
OdpowiedzUsuńW pełni usatysfakcjonowany "Figlarny Dyzio" !
Dziękuję, mój Ty nadworny, figlarny krytyku :))
OdpowiedzUsuńZawsze się wydaje, że za rogiem jest ładniej :)))
OdpowiedzUsuńTak bez przenośni to nawet dobrze: chociaż chce nam się tam iść ;)
OdpowiedzUsuńNawet jeśli to zwykła głupia ciekawość ;)))
OdpowiedzUsuńNawet :)
OdpowiedzUsuń