11 maja 2011

Jak nie uszyć sześciu punktów..

Szycie jest trudniejsze niż życie. Niewątpliwie świadczy o tym fakt, że przeżyłam już swoje niemal czterdzieści lat w jako takiej równowadze emocjonalnej i psychicznej, podczas gdy do szycia podchodzę jak pies do wyjątkowo kolczastego jeża. Moja babcia, pedagog z krwi, kości, powołania i zamiłowania, czyli kobieta wybitnie cierpliwa, postanowiła swego czasu nauczyć mnie szyć. Usadziła mnie więc przy starym Łuczniku i próbowała przekonać, że równoczesne pokręcenie kółka prawą ręką i depnięcie czegoś dla mnie nienazwanego prawą nogą jest bułką z masłem, a tylko ja robię z tego wielkie mecyje. Babcina cierpliwość skończyła się mniej więcej po godzinie, kiedy okazało się, że ścieg wychodzi mi, i owszem, nawet niekoślawy, ale maszyna nijak do przodu szyć nie chce, a do tyłu, czyli w moją stronę, materiał wypluwa. Tego nawet nauczycielska anielskość babci nie zdzierżyła, choć zanim zabrała się za moją szwalniczą edukację, wyszkoliła w tej dziedzinie rzesze przeszłych pokoleń, moją mamę i ciotkę, czyli drugą córkę babci, wliczając. Tak, tak, obie one szyły, haftowały, na drutach robiły, do czego zamiłowania nie odziedziczyłam ani ja, ani moja siostra. Nic to, trzeba pogodzić się z myślą, że wszelkie zdolności dziewiarskie na poprzednim pokoleniu się skończyły i basta. I pocieszać się myślą, że jeden jedyny prostokątny worek, jaki udało mi się uszyć, długo jeszcze służył do przechowywania suszonych owoców.

Szyć jednak niewątpliwie umiem w przenośni. Nie obdarzając mnie żadną manualną zdolnością, natura zrekompensowała ów brak dając mi zdolność tworzenia czegoś z niemal niczego, dlatego nie jest dla mnie żadnym problemem poskładanie skrawków informacji w całkiem zgrabną szatkę i sprzedanie jej używając techniki słowotoku i pewności siebie w głosie. Owszem, przed odpowiedzią/wypowiedzią się stresuję, niewielkiej adrenalinki nie da się uniknąć, jednak wraz z wypowiedzeniem pierwszego słowa, cała moja trema ulatuje, a wiedza, często wcześniej nieuporządkowana i chaotycznie w przegródki powrzucana, klaruje się i wyłuskuję z jej zasobów to, co w danym momencie najbardziej potrzebne. Oczywiście, te wyrzucane na gorąco myśli nie zawsze są do końca wyważone i czasem udaje mi się popełnić niemałą gafę, jednak wybrnięcie z niezręcznej sytuacji można potraktować jako trening, który w niebagatelnym stopniu kształtuje zręczność wysławiania się i wyostrza refleks.

Umiejętności takiegoż szycia zdecydowanie brakuje większości naszych uczniów. Oni odpowiedzi ustnych nie znoszą serdecznie, a niepisemnych egzaminów boją się gorzej niż diabeł święconej wody. Pewnie dlatego trzy osoby nie pojawiły się na ustnej maturze. Powód? Ależ to proste, jak mi wyklarowało jedno dziewczę: nie czuli się nauczeni, bali się, że nie zdadzą, więc stanowili odpuścić. I tylko mój ptasi móżdżek czegoś tutaj nie ogarnia: skoro dziecię wychodzi z założenia, że mu się noga powinie, tym bardziej niczego nie ryzykuje przyjściem na egzamin. Nie uciuła potrzebnej ilości punktów - liczył się z taką możliwością, ale a nuż pojawi się łut szczęścia i uda się uzyskać owe wymarzone trzydzieści procent. Kiedy zaś maturzysta na egzamin nie przyjdzie, na starcie pozbawia się wszelkich szans. A szkoda, bo jednak liżąc co nieco języka, coś tam przez te trzy czy cztery lata w głowie utkwiło i może z tej niewielkiej wiedzy udałoby się uszyć sześć kształtnych punkcików. Nie zawsze jest to jednak możliwe, niestety, bo żeby cokolwiek uszyć, potrzebne są jednak i nici, i choćby skrawek materiału, bez tychże bowiem i Armani nie uszyje. Czterem osobom brakło dziś zasobów. Co będzie dalej?

15 komentarzy:

  1. w takim razie ja też umiem szyć :)
    Natomiast co do nowej matury która nową już nie jest to ja nadal tego nie ogarniam. Nic a nic nie kumam z tych jej zasad, punktów i procentów.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak myślałam, Polluśka, że w szyciu jesteś niezła ;)
    Nic wielkiego skumać, kochana: wystarczy pamiętać, że żeby zaliczyć wystarczy 30% - tego przeżyć od 2005 roku nie mogę. I jeszcze tego, że wciąż są tacy, którzy tych 30% przeskoczyć nie mogą - znaczy, nie nadają się na posiadacza matury. Szkoda tylko, że (przynajmniej nasze) starostwo uważa, że maturę powinien mieć każdy, pardon, tłuk.

    OdpowiedzUsuń
  3. zgroza to jest Ci powiem. A ja nie tyle nie rozumiem jej zasad co tego, że teraz są inne polecenia i inaczej wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  4. E tam, Polly, zrobiłabyś dwa arkusze i wszystko byś załapała bez trudu :)

    OdpowiedzUsuń
  5. ale tak czytam, co piszesz o szyciu i ja do dzis nie umiem szyć/nie lubię szyc:)

    ale z wiedzą zawsze latwiej było.
    30% to tak mało...

    OdpowiedzUsuń
  6. a mnie przeraża jedno... rodzice, tych uczniów, któzy nie przyszli. Zastanawia mnie, czy w ogóle wiedzą o tym. Czy z dzieckiem w tym wieku rodzice tracą kontakt przez ten cały bunt... czy po prostu im nie zależy wystarczająco?

    OdpowiedzUsuń
  7. hahahhahahhahahaaa czyli i wody lać nie umieją... Ale popatrz Tanyuśka... zanika słowo mówione i kontakty międzyludzkie twarzą w twarz - zastępowane zostają komunikatorami, komórkami i wszelakimi innymi cudakami.

    OdpowiedzUsuń
  8. O, i po blogspotowej awarii zniknęły wszystkie Wasze wypowiedzi. Może wrócą..

    OdpowiedzUsuń
  9. Witaj, tanyu:) Cóż ..., jestem totalnym beztalenciem krawieckim. Próbowałam, ale zawsze efekty były opłakane, notorycznie też igły łamałam. Ręcznie czasem coś reperuję, z przymusu i na ogół odkładam to, odkładam...:))) Jednak na maturę kiedyś tam hoho... się zjawiłam. Z moimi dziećmi, chwała Panie, też nie miałam tu problemów. Nie rozumiem tych, którzy odrzucają szanse, bo w obecnych czasach co robić bez matury? To przecież furtka w przyszłość. Pozdrawiam Cię serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja zupełnie nie reperuję, jeśli nie jestem podstawiona pod ścianą. No, guzika przyszyję, od biedy skarpetę zaceruję i tyle. Więcej grzechów nie pamiętam ;)
    Matura to przepustka w przyszłość dla tych, którzy chcą studiować. Ci, którzy nie przyszli, raczej się na studia nie wybierają. Niemniej, zadeklarowali jej zdawanie, więc teraz nie powinni cyrków robić. Ale cóż, zaszkodzili jedynie sobie - dorośli jednak są, zmusić ich do czegokolwiek się nie da. Przekonać też nie bardzo, bo i telefonów nie odbierają, i teraz już ciut za późno.
    Buziole :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Bylam w podobnej sytuacji,nie pojawilam sie na maturze,ogarnal mnie niesamowity bezwlad,ze nie i koniec!..Zdalam mature 8 lat pozniej najlepiej z wszystkich,przez osiem lat nie moglam sobie darowac,ze nie zrobilam wszystkiego,by tam isc... Nie wiem co mna kierowalo,jednak po tej decyzji zycie obralo inne niz przewidywalam sciezki... Kazdy ma swoja droge,jednak szkoda mlodych,ktorzy czesto sa zdolni,a nie wykorzystuja swych szans,tak jak inni...

    OdpowiedzUsuń
  12. oho widzę, że i Tobie zeżarło komentarze ;]

    OdpowiedzUsuń
  13. Josno, tak, każdy ma swoją drogę i wcale ta (po)maturalna nie musi okazać się słuszna. Znam wielu ludzi bez matury, którzy są mądrzy szczęśliwi i wiedzie im się dobrze, znam też - sorry - tępe głowy z maturą i tytułami. Czyli różne są szanse w życiu, trzeba tylko wybrać tą dla siebie.
    Dobrze, że się zdecydowałaś - z tego, co piszesz, matura była dla Ciebie ważna, wtedy szkoda odpuścić. Dzieci, o których piszę, pewnie jednak nie podejdą do niej ani w przyszłym roku, ani za kilka lat - odpuszczą, jak odpuszczały uczenie się przez te lata. To dzieci, które być może nawet nie powinny ukończyć szkoły, słabiutkie były strasznie, ale... wciąż uważam, że skoro napisały deklarację i nie zależało im, by maturę zdać świetnie, przyjść mogły. Ciebie sparaliżowała chęć dobrego zdania, co paraliżowało ich, ani trochę niesparaliżowanych przez pozostałe cztery lata?

    Polly, zeżarło i się oblizuje. Chyba smakowały.

    OdpowiedzUsuń
  14. Ale post jest. Blogger to zawodny zwierz ;)))

    OdpowiedzUsuń
  15. A nam się wydawało, że tylko Onet nas zawodzi :)
    Notka i tak by była, skopiowałabym z Onetu - plus pisania w dwóch miejscach tego samego.

    OdpowiedzUsuń