Gdybym nie obawiała się śmierci zadyszkowej, niczym Forrest Gump, wstałabym z kanapy, wzuła tenisówki, zasłoniła oczy baseballówką i pobiegła, gdzie mnie oczy poniosą. Od morza do morza, przez Europę bez paszportów. Tymczasem, przykuta grubym łańcuchem rozsądku i zobowiązań, uciekam w rejony niefizyczne, choć wolałabym fizycznie wsiąść do samolotu i zgubić się w perfekcyjnie anonimowym Nowym Jorku. Może czas najwyższy, zamiast gnuśnieć w męczącej mnie pracy, zainwestować w krewetkowy interes, zbić majątek i uwić gniazdko gdzieś, gdzie pipidówszczyzna nie zagląda przez okno. Jakiś ochotnik na wspólnika?
Wyprawiając się w nowe rejony, zgłębiłam duszę człowieka okrzykniętego wcielonym diabłem, zastanawiając się, gdzie ja tego szatana przeoczyłam, po niemal czterystu słowach bowiem nie znalazłam ani ukruszonego rogu, ani rozwidlonego języka, ani niespokojnego ogona. Zdecydowanie bardziej zaniepokoił mnie wykrzywiający usta w diabelskim uśmiechu rosyjski Rotbart. Epatował złem pierwotnym, chaotycznym, niepoukładanym, uwypuklonym perfekcjonizmem białego łabędzia. Paradoksalnie lubię takie nieschowane zło, odpychają mnie diabły w anielskich skórach.
Wystygła kawa trąciła goryczką i wlewała się w zziębnięte żyły. Chciałabym wstać, rozetrzeć zgrabiałe ramiona, założyć szeleszczącą kurtkę, należało jednak siedzieć w ciszy i nie przeszkadzać trudzącemu się nad testem maturzyście. Ze ściany patrzyły na mnie karminowe usta Marylin Monroe. Wycięłam je z czarnobieli portretu, pod powiekami zaniosłam do domu i wrzuciłam do wazonu razem z siedmioma żółtymi, skulonymi tulipanami. Mieszanką koloru rozpraszają sen panoszący się jeszcze nie świtem o 6.15. Wypatrując pierwszych promieni, piję parzącą herbatę z cytryną. Tkwię w błogim połśnie.
Dlaczego, jeśli będę się wpatrywała w czystą kartkę wystarczająco długo, nie zapełni się ona samoistnie moimi myślami? Zdecydowanie pomogłoby mi to w napisaniu relacji z dnia, w którym zgubiłam się między milionem książek. Z dnia, kiedy znów się okazało, że karta płatnicza jest diabelskim wynalazkiem. Z dnia, w którym wykupiłam bilet pod drzewo sandałowe, gdzie siedzę zatopiona w odmienny byt, kontemplując cudze nieszczęsne życiorysy i cerując wyimaginowane dziury w moim. Mogłabym zapełnić kartkę gwałtownie chaotycznymi słowami, tymczasem potrzebny mi jest ład i skład.
I chciałabym przez chwilę chociaż być Björk.
Och, tanuś!!!! Ja, podobnie jak Ty, szanuję wybór, ale dyskomfort, jaki czułam czekając na nową notkę był dojmujący i niepokoił bardziej, niż zwykle w podobnych /a czasem innych/ wypadkach.
OdpowiedzUsuńUlga...
Ogromna.
Komentarz merytoryczny, o ile mnie w ogóle na taki stać, będzie później. Na razie napawam się literkami, układającymi się w piękne, zapadające w serce teksty /jak to Ciebie/
Dobrze, że piszesz:)
Dziękuję, Liv, to bardzo miłe być wyczekiwaną. Gdyby coś, bo sama nie wiem, czy już znów chcę pisać, klikając na mój profil, znajdziesz adres e-mail.
UsuńNic złego się nie działo, musiałam od tego miejsca odpocząć. A kiedy człowiek nie pisze i nie pisze, z czasem coraz trudniej się zebrać. Słowa się nie klecą.
piszę się na ten wspólny interes
OdpowiedzUsuńpotrafię budować zamki na piasku i bujać w obłokach
czasami też unoszę się w różowej bańce mydlanej tworząc biznes plan na życie
To niech zima minie, bo zimą się śpi, a nie biznesy kręci, i kupujemy kuter, zatrudniamy Forresta z jego szczęściem do połowów i przepoczwarzamy się w krezuski-panie na zamku. Choćby i zamku na piasku.
UsuńJa także chcę się dołączyć!
OdpowiedzUsuńKochana, mam wrażenie, że ta notka jakaś taka "nie Twoja". Nie wiem... Zbyt przytłaczająca?
Wiem, że nie lubisz takich zabaw, ale decyzję o tym, czy weźmiesz udział zostawiam Tobie: zostałaś przeze mnie oTAGowana i nominowana do zabawy. :)
____________________
Już drugi raz się dziś pomyliłam. Wyżej zapomniałam się wylogować z mojego nowego bloga, a to nie na nim Cię TAGowałam. Przepraszam.
W samo sedno: przytłoczona się czuję. Głównie tym, że za każdym razem, kiedy wychylę czubek głowy ponad pipidówszczyznę, ktoś rzuca się z kosą i mi ten czubek ucina. W końcu mi mózg całkiem amputują...
UsuńPewnie, że można i w komentarzu. Dziękuję, że znalazłaś czas. :) Po lekturze tej notki uznałam, że ktoś Cię chyba podmienił, ale teraz poznaję. ;) Ten miś znad Zalewu i styczeń zdradzają, że Tanya jest prawdziwa.
UsuńChyba rozpisać się muszę. Nosiłam się z zamiarem napisania tutaj czegokolwiek od jakichś dwóch tygodni, ale ochota nie przychodziła. Trochę na siłę napisałam tę notkę, może kolejna będzie bardziej "moja".
UsuńA czas mam, to nie o brak czasu chodzi, a o... hmm, zmęczenie blogiem.
Zgubić się...nie mylić z zagubieniem- oj czasem się ratuję taką ucieczką niestety tylko w siebie...I tak nieustannie tęsknie za anonimowością DM- mentalność lokalna mnie męczy, dręczy...
OdpowiedzUsuńNajczęściej uciekam w siebie właśnie, bo na wyjechanie nie zawsze jest czas, sposobność, środki...
Usuńwow ale Cię długo nie było !!! już myślałam, że coś się podziało niedobrego ;]
OdpowiedzUsuńJa z kolei mam masę rzeczy do opisania ale jakoś czasu brakuje mi na wszystko a tu już grudzień i teraz bedzie go jeszcze mniej. Byle do urlopu który zaczynam 13 grudnia i będę w nim trwała do Nowego Roku ... ehhhh
Niedobre się w sumie stało: cierpię na wyjątkowe niechciejstwo. Niby to nic nowego, ale... ale Wy aż tak tego jeszcze dotąd nie odczuliście.
UsuńU mnie teoretycznie też się co nieco dzieje, opisywać tego jednak nie mam ochoty. Do Twojego urlopu muszę jednak napisać artykuł o Targach Książki, a tak mi się nie chce, no.
Dobrze znów Ciebie czytać :)
OdpowiedzUsuń...i dobrze czytać Was.
UsuńNajważniejsze, że tu przybylaś, i mam nadzieję, że nie na moment
OdpowiedzUsuńNie wiem, nie umiem nic obiecać. Choć w sumie w to miejsce też uciec się da.
Usuńale napisalas !!!! potrafisz to...ciesze sie , ze wpadlam i przeczytalam... widac kazdy ma inny powod na chwilowe niebycie i siedzenie w sobie samej... ale taki stan jest meczacy i chcialoby sie aby w koncu sie to skonczylo !!!!!!!!!!!!!
OdpowiedzUsuńDzięki. Dobrze, że jeszcze literek nie zapomniałam i się na pismo obrazkowe całkowicie nie przerzuciłam :))
UsuńTak, męczyło mnie niepisanie tutaj. Jednocześnie nie miałam ochoty napisać ani słowa. Przeszło mi? Nie wiem.
Czy to koniecznie muszą być krewetki, którymi się brzydzę? Chociaż dobrze, że nie przyszły Ci na myśl ostrygi lub inne przegrzebki.
OdpowiedzUsuńDrugiego akapitu nie rozumiem, ale przecież nie muszę wszystkiego rozumieć w gwałtownie- chaotycznym poście;)
Buziaczki nieco tępawe.
Wiesz, Aniu, ja się również krewetkami brzydzę, ale mogą się one okazać niezłym biznesem, więc w nie wchodzę. Tym bardziej, że handlować nimi, a nie je jeść zamierzam.
UsuńDrugi akapit traktuje o książkowym wywiadzie z Nergalem i "Jeziorze łabędzim" w wykonaniu rosyjskiego baletu. Faktycznie napisałam go bardziej dla siebie niż dla Was, niezorientowanych w tym, gdzie bywam i co czytam.
Buziaczki zimą jak najbardziej otępione.
Oczywiście, że handlować można wszystkim, bo zawsze można znaleźć nabywcę na najdurniejszy produkt.
UsuńRosyjski balet i rosyjskich tancerzy uwielbiam. Nergala niekoniecznie.
Buziaczki tęskniące za wiosną.
Ja w ogóle jestem właściwie bezkrytyczna wobec wszystkiego, co rosyjskie. Taka rusofilka ze mnie. Do Nergala zaś przekonywać Cię nie zamierzam: ja go lubię, ale on specyficzny jest.
UsuńBuziaczki znad uczniowskich zeszytów.
NIEEE, bądź sobą, jesteś naprawdę ciekawa i fajna!
OdpowiedzUsuńBjörk też jest fajna.
UsuńAle dzięki, na pewno zostanę sobą. Choćby dlatego, że nie mogę być nią ;)))
biedna jesteś w tej swojej pipiduwszczyźnie. i uskuteczniasz podróż w głąb siebie....nie ma jak wyjechać, odpocząć...krewetki, powiadasz? ale łowic je będziesz? w sztormie też? buźka
OdpowiedzUsuńŁowić, łowić. Przecież nie jeść, fuj. W kwestiach kulinarnych jestem mało światowa. W sztormie też, a co: po zupełnym braku w pipidówce zdrowej adrenaliny przyda mi się jej trochę :)
UsuńWitam Cię pięknie i cieszę, że jesteś :)
OdpowiedzUsuńBuziaczki :)
Bije od Ciebie taki urok ptaszka, któremu odcięto skrzydła. Kurde, czemu w naszym społeczeństwie tak się boimy rzucić wszystkiego dla czegoś nowego. Przecież tak bardzo chciałabym Ci powiedzieć: rzuć to wszystko we wspomniane diabły i sprzedawaj krewetki. Ale sama wiem jak absurdalnie by to zabrzmiało :/
OdpowiedzUsuńSama chciałabym sobie tak powiedzieć, ale... rozsądek wygrywa. Bo nie wiadomo, jak by nam ten krewetkowy interes wyszedł, czy zarobiłby na nasz chleb. Nic dziwnego, że boimy się wszystko rzucić: bezrobocie, śmieciowe umowy - człowiek trzyma się tego, co pewne.
UsuńAle... nie ma ryzyka, nie ma zabawy :D
UsuńPóki nie spróbujesz to się nie przekonasz, a prawda jest taka, że zawsze masz ileś tam procent szansy, że marzenia o milionach jednak się spełnią ;)
Fakt. Jednak perspektywa nieposiadania środków na rachunki w ogóle mnie nie bawi, siedzę więc tu, gdzie siedzę. Brakuje mi zaplecza, takiego koła ratunkowego w razie, gdybym została zupełnie na lodzie.
UsuńNo to coś nas łączy... Poza snem ciągłym, ale smuteczki nie opuszczają mnie od jakiegoś czasu... A jednak nadal jestem optymistką i nie zamartwiam się na długo. Tanya, co Ci tak naprawdę jest? Wracaj do rzeczywistości i zdrowiej. Buziaczki serdeczne:-)
OdpowiedzUsuńMayu, przecież między innymi dlatego mnie tu nie było, bo byłam w rzeczywistości, trochę się rzeczy do zrobienia nazbierało. Zresztą, ja nie umiem całkowicie uciec w siebie, muszę mieć kontakt z tym, co wokół, więc się nie martw: zachowuję równowagę. A że wolałabym już nie być tu, gdzie jestem... wielu by nie wolało. Na razie nie da się z tym nic zrobić. Wiadomo, próbować warto, ale w tej chwili nie zaryzykuję.
UsuńBuziakuję :)
Oj, Tanya Tanya... Jednak coś Cię gnębi. Buziol.
UsuńA gnębi, gnębi, napisałam przecież: chciałabym się wyrwać z miejsca, gdzie jestem. I fizycznie, i emocjonalnie, i mentalnie.
Usuńwiesz dobrze że dzisiaj świat to maleńka wioska więc wcześniej czy później i tak byś się odnalazła i w NY. tylko może w wielkim mieście nikt by nie zwracał uwagi na Ciebie. ja przyznaję się - jestem wieśniarą. a jak chcę się zamknąć to czytam. wtedy podróżuje. i nie jestem fanką Biork - ona jest dla mnie za inteligentna.
OdpowiedzUsuńJuż się wystraszyłam, że znalazłabym tam zaraz kogoś, kogo z pipidówki znam. Znalezienie siebie byłoby o wiele przyjemniejsze. Zresztą, w Nowym Jorku mogłabym pozostać zgubiona do końca życia.
UsuńW tej chwili też jestem wieśniarą w takim razie: książki to podstawowa forma ucieczki. Kiedy mogę, zmykam jednak gdzieś realnie. Nawet w miejsca, które nie są moją pasją: ostatnio, na przykład, uciekłam w balet. Oglądałam, oczywiście.
balet powiadasz... więc wolisz tradycyjne historie jak Jezioro łabędzie, Dziadek do orzechów czy Spiąca królewna czy jakieś nowoczesne, awangardowe formy?
UsuńNie wiem, co wolę i czy cokolwiek wolę, bo byłam na balecie po raz pierwszy. Ale tak patrząc po programach telewizyjnych na pewno nie wolę tańczących dzieci, lubię taniec świadomy. Nie twierdzę może, że żadne dziecko mnie nie przekonuje, ale zdecydowanie wolę dorosłych.
Usuńja też wolę świadomy taniec dorosłych. bo jak czuję że jak tańczą dzieci to od razu wszyscy mówią - słodkie,może wyślę sms żeby wygrały. albo ludzi chorych, którzy eksponują to że są chorzy a nie to że tańczą. takie przypadki też znam. ale są ludzie i taborety. ach, te moje dygresje.
UsuńAle z tymi dygresjami zgadzam się całą sobą. Dlatego uważam, że w tego typu programach w ogóle nie powinno się nic o uczestnikach mówić. Imię, nazwisko, skąd są, ewentualnie wiek i amen.
UsuńNiepokoi mnie zarówno treść notki, jak i klimat tej piosenki.
OdpowiedzUsuńMnie niepokoi to, że od za długiego czasu czuję się przykuta do pipidówki. I chcę wyjechać, i wiem, że nie mogę. A im bardziej wiem, że nie mogę, tym bardziej mam ochotę poczuć się jak bohaterowie teledysku: oni są mentalnie ode mnie o wiele bardziej wolni.
UsuńTak naprawdę nic złego się nie dzieje, to we mnie pipidówszczyzna urosła i dławi.
Czyli takie nic to to jednak nie jest...
UsuńWiesz, niektórzy wzięliby to za fanaberię.
UsuńKiedy zaczynałam czytać tą notkę pomyślałam, że w końcu trafiłam na kogoś, kto jest bardziej chaotyczny ode mnie i o tym pisze. Niestety, gdy dobrnęła do końca już tego nie czułam. Na chwilę zapomniałam, że jestem sobą i wcieliłam się w ciebie.
OdpowiedzUsuńA tak bardzo próbowałam zapomnieć, że nie potrafię się zdecydować, czy chcę być wolna, czy wolę oddać wolność na rzecz stabilizacji.
Wiesz, wydaje mi się, że w mojej sytuacji najgorsze jest to, że ja wiem, co muszę zrobić. Choć właściwie to nie stabilizacja mi ciąży, bo ona nieszkodliwa jest, a miejsce, w którym ona się dokonuje.
UsuńI dziękuję. To komplement, że moje słowa sprawiły, że współodczułaś.
Rozumiem tę nieadekwatność miejsca. Anonimowy Nowy Jork? Mógłby być, dlaczego nie.
Usuń3maj się ciepło :)
Na pewno byłby o niebo lepszy niż pipidówka, w której wszyscy wiedzą o człowieku więcej niż człowiek wie o sobie. Choć w sumie na to już od dawna macham ręką i widzę, że dzięki temu wiedzą o mnie coraz mniej.
UsuńStabilizacja, to coś czego się boje i pragnę
OdpowiedzUsuńA ja się jej nie boję. Ba, w sumie nawet mnie nie nudzi. Zwyczajnie chciałabym ją przeżywać w innym miejscu.
UsuńP.S. Mogę się do Ciebie jakoś dostać?
Wysłałam zaproszenie
UsuńDzięki, mam.
UsuńCzasem bardzo dobrze zagubic sie . Byle nie na zawsze... Pozdrawiam...
OdpowiedzUsuńZa mocno trzymam się ziemi, żeby mi zagubienie groziło.
Usuńa jednak żyjesz :D
OdpowiedzUsuńTak łatwo się mnie nie pozbędziecie :))
Usuń