Mikroskopijne miasteczko na wrzynającym się w zalew cyplu. Wioska właściwie. Kilkadziesiąt zgrabnych jednorodzinnych domków rozsianych wzdłuż nieregularnie przetykających miejsce ulic. Kilkanaście piętrowych bloczków, w których gnieżdżą się niechciane dzieci. Stadion, który być może sobie wyobraziłam albo pomyliłam z innym miejscem. Rozpadający się drewniany pomost stawiający dzielnie czoła słonym falom. Chatka na grząskim terenie za moim domem. Siatka odgradzająca ten skromny skrawek mojego dzieciństwa od reszty świata. Inny wymiar rzeczywistości.
Moich rodziców po kraju nosiło. Mama nie zamierzała kultywować marzeń babci o wielopokoleniowym domu, spakowała manele, wrzuciła w samochód bliźniaki i wyjechała na drugi koniec Polski. Nie pamiętam, kiedy i jak się tam z nimi znalazłam, na czas urządzania się zostałam u dziadków. Bywałam tam chwilami, zachowałam jedynie strzępki wspomnień usiane wyolbrzymionymi faktami z pogranicza zapomnienia i snów.
Pamiętam więc zgraję dzieciaków. Chowaliśmy się przed czarną wołgą mającą zabrać nas gdzieś w głąb leżącego za niewielkim paskiem wody NRD. Na paluszkach przechodziliśmy koło rozkładającej się chatki, w której musiała mieszkać pryszczata czarownica, obracająca dzieci w perzynę. Pamiętam Kasię, z którą urządziłyśmy ognisko na porośniętej suchą trawą łące. I płowowłosego Adasia, z którym siedziałam w jednej ławce. I Pawła od pierwszego pocałunku, rozczarowującego zupełnie, bo nie okazał się trzęsieniem ziemi.
Pamiętam też zarośla tuż przy budce pilnującej wejść i wyjść strażniczki, rojące się od ślimaków. Siostra znosiła je do przydomowego ogródka, a te rozłaziły się w nocy w swoje ślimacze strony. I konwalie rosnące w lesie za ogrodzeniem, pachniały tak, że zapierało dech. I orzechy laskowe wypatrzone w drodze na rzekomo istniejący stadion. I jeszcze drogę nad zalew usianą robactwem z czerwonymi pancerzykami; czerwonymi od wyssanej uprzednio ludzkiej krwi.
Pamiętam pluszowego misia z naderwanym uchem i smutnymi oczyma, wystrzępionego i wymiętolonego, zostawionego gdzieś w ciemnej piwnicy, zapomnianego w czasie przeprowadzki. I spacer po nocy wśród przypominających upiory jałowców. I srebrzyste płotki złowione z ojcem, wręcz przyklejały się o haczyka ledwie zarzuciliśmy wędki. I sylwestrową noc z Michałem z sąsiedniego domu, na którą rodzice wyrazili zgodę, choć mieliśmy ledwie może po jakieś osiem lat.
Chciałabym wrócić do tych miejsc? A może do ludzi i wydarzeń...
Moich rodziców po kraju nosiło. Mama nie zamierzała kultywować marzeń babci o wielopokoleniowym domu, spakowała manele, wrzuciła w samochód bliźniaki i wyjechała na drugi koniec Polski. Nie pamiętam, kiedy i jak się tam z nimi znalazłam, na czas urządzania się zostałam u dziadków. Bywałam tam chwilami, zachowałam jedynie strzępki wspomnień usiane wyolbrzymionymi faktami z pogranicza zapomnienia i snów.
Pamiętam więc zgraję dzieciaków. Chowaliśmy się przed czarną wołgą mającą zabrać nas gdzieś w głąb leżącego za niewielkim paskiem wody NRD. Na paluszkach przechodziliśmy koło rozkładającej się chatki, w której musiała mieszkać pryszczata czarownica, obracająca dzieci w perzynę. Pamiętam Kasię, z którą urządziłyśmy ognisko na porośniętej suchą trawą łące. I płowowłosego Adasia, z którym siedziałam w jednej ławce. I Pawła od pierwszego pocałunku, rozczarowującego zupełnie, bo nie okazał się trzęsieniem ziemi.
Pamiętam też zarośla tuż przy budce pilnującej wejść i wyjść strażniczki, rojące się od ślimaków. Siostra znosiła je do przydomowego ogródka, a te rozłaziły się w nocy w swoje ślimacze strony. I konwalie rosnące w lesie za ogrodzeniem, pachniały tak, że zapierało dech. I orzechy laskowe wypatrzone w drodze na rzekomo istniejący stadion. I jeszcze drogę nad zalew usianą robactwem z czerwonymi pancerzykami; czerwonymi od wyssanej uprzednio ludzkiej krwi.
Pamiętam pluszowego misia z naderwanym uchem i smutnymi oczyma, wystrzępionego i wymiętolonego, zostawionego gdzieś w ciemnej piwnicy, zapomnianego w czasie przeprowadzki. I spacer po nocy wśród przypominających upiory jałowców. I srebrzyste płotki złowione z ojcem, wręcz przyklejały się o haczyka ledwie zarzuciliśmy wędki. I sylwestrową noc z Michałem z sąsiedniego domu, na którą rodzice wyrazili zgodę, choć mieliśmy ledwie może po jakieś osiem lat.
Chciałabym wrócić do tych miejsc? A może do ludzi i wydarzeń...
ło matko ale Cię zebrało na wspomnienia ... to już pierwsze oznaki starości jak się zaczyna takie rzeczy wspominać z rozrzewnieniem ...
OdpowiedzUsuńO, toś mnie pocieszyła, no :)
UsuńZebrało mi się, bo chcę tam pojechać w te wakacje. Może się uda, choć logistycznie będzie kapkę problemu. Chcielibyśmy wziąć rowery, a nie bardzo jest jak je tam zatachać przez całą Polskę.
moja mama tak zawsze mówi, że jak człowiek minie pewien wiek to zaczyna wspominać dzieciństwo i to oznaka powolna starości :)))
UsuńDobra, dobra, się mi tu mamą nie zasłaniaj ;p
UsuńAle zdołować się nie dam: w zeszłym tygodniu chłopcy z zawodówki odmłodzili mnie o dziesięć lat, a młodszą ode mnie o te dziesięć lat fizyczkę "wycenili" na siedemdziesiątkę. No musiałam o tej fizyczce napisać, żeby się lepiej poczuć ;)
mnie zawsze dają w okolicach 25 lat mimo, że mam dychę więcej. A z tym wspominaniem to się zgadzam z mamą. Też mam takie napady sentymentalne od jakiegoś czasu.
UsuńGrunt to mieć młode geny: jak będziemy miały stówkę, dadzą nam pięćdziesiąt :)
UsuńW sumie to mi uświadomiłaś, że powyższe nie jest jedynym wspomnieniem, do jakiego ostatnio wróciłam. Oj.
Wzruszyłam się, ubawiłam jednocześnie... Tą wołgą. Nas, ze środkowej Polski też czarna wołga miała wywieźć do Niemiec. Tak się mówiło, nie precyzując, do których...
OdpowiedzUsuńPodobnie, jak Twoja Babcia, marzyłam o wielopokoleniowej rodzinie:) Dziadkowie, rodzice, dzieci... wielki dom, żeby każdy miał swoją autonomię...
Dziś cieszę się z tego, co mam. Mam przecież tak wiele...
PS. Dostałaś zaproszenie?
Wołga, wtedy spełnienie koszmarnych snów, teraz jest dla mnie szczytem sentymentalnych marzeń. Chciałabym mieć taką, koniecznie czarną. Tylko... po co mi wołga, skoro nie mam prawa jazdy, Duński też nie.
UsuńJa przeciwnie, nigdy nie marzyłam, by mieszkać blisko rodziców. Odkąd pamiętam chciałam gdzieś wyfrunąć. Nawet studiować chciałam w Szczecinie, bo obliczyłam, że to najdalej od domu. I przy okazji, blisko tego miejsca, o którym powyżej.
P.S. Tak, tylko się obrobić blogowo nie mogę po tej maturze :)
Może nie konkretnie wołga, ale samochód z lat pięćdziesiątych, czy sześćdziesiątych, najlepiej kabriolet - to też jest moje ciche marzenie. Ja też nie prowadzę samochodu, za to MMŻ jeździ bez przerwy i chwilami ma dość. Jest tak zapracowany, że najzwyczajniej na świecie nie ma czasu na hobby pod tytułem 'stary, stylowy samochód'. Ech, co za czasy... Może na emeryturze? O ile jej dożyjemy;/
UsuńPS. Przepraszam, nie wiem czemu wcześniej ten komentarz mi wskoczył w niewłaściwe miejsce, usuń te pozostałości po nim:)
W naszym klimacie kabriolet dla mnie odpada, zmarzluch jestem, im starszy, tym większy. Ale Twoje marzenie rozumiem, kabriolety mogą się podobać.
UsuńA propos, przeczytałam właśnie anegdotkę opowiadaną przez Adama Hanuszkiewicza:
Młody aktyw partyjny bijący kolejne rekordy współzawodnictwa pracy zastanawiał się, co zrobić ze starymi ludźmi. Starzy bowiem pracować już nie mogli, ale jeść i mieszkać w ciepłym chcieli jak najbardziej. Aktyw postawił wniosek, że najpraktyczniej będzie emerytów zabijać, i to najlepiej za młodu.
patrz, każdy ma takie wspomnienia... może czas i miejsce troszeczkę się rozmineły ale wspomnienia takie same... u mnie to były bzy... i Jakub, i Krzysiek - troszeczkę starsi, "mądrzejśi" i banda czyli my - od lat 5 do 15... dziekuję że przypomniałaś mi o tych wspomnieniach
OdpowiedzUsuńLudzkie dzieciństwa się jakby zazębiają :)
UsuńBandę też miałam, ale to już dużo później. W miejscu, w którym teraz jestem, a które wtedy wyglądało zupełnie inaczej niż wygląda teraz. Może jak już tak wspominam i o tym napiszę.
opisz, wspomnij... Ty tak łatwo opisujesz to, co ja mam na myśli... te wspomnienia. te obrazy. te myśli nieuczesane. niedługo wybieram się na wieczór panieński mojej przyjaciółki. to dopiero będzie lawina, mam nadzieję.
UsuńZobaczymy. Wiesz sama jak czasem jest: chce się napisać, a myśli nie przychodzą.
UsuńA wiesz Ty, że ja nigdy nie byłam na wieczorze panieńskim. I pewnie nawet u przyjaciółki mi się nie trafi, bo jedna już dawno mężata, a druga mieszka za daleko na jednowieczorny wypad.
ja byłam po raz pierwszy i chyba ostatni. ale bawiłam się świetnie - potańczyłyśmy sobie, powspominałyśmy dawne czasy...
UsuńI dobrze :)
Usuńnie lubie wracac, boje sie rozczarowania, ale lubie tez wracac bo to czesc mnie i badz tu madra... ale najpiekniej wspominac, choc przeciez rzeka byla mala , a dla mnie byla duza, a zbyszek byl amantem i dziura w spodniach nie miala znaczenia - pozdrawiam
OdpowiedzUsuńps. misia mam do dzisiaj, ma juz 42 lata :-))) nie, to nie moj wiek
Ja nie byłam tam od dzieciństwa. Od jakiegoś czasu chodzi za mną powrót, ale... no właśnie, ale się boję, że to miejsce zupełnie nie będzie magiczne. Tak sobie w tej chwili pomyślałam, że może sobie nawet wyśniłam, że tam mieszkałam...
UsuńA z rzeką mam wspomnienia z innego miejsca.
P.S. Zazdroszczę Ci posiadania tego misia. Mój miałby teraz jakieś trzydzieści trzy lata, myślę :)
Pewnie powielalas marzenie babci.. ja zawsze chcialam zbudowac zupelnie odmienne zycie niz moi rodzice,odmienne na wszystko,zachowanie, rozmowy, zajecia, niestety uwazam,ze przez lata wmawiano mi,ze nie dam sobie rady w zyciu,za to moim dzieciom powtarzam ,ze moga osiagnac wszytko czego chca,zeby probowaly wszystkiego i wybraly co najlepsze dla nich..byc moze przez to mam inny poglad..poza tym mam piekne wspomnienia,i u babci rowniez,ktora jest do dzis przebojowa!
OdpowiedzUsuńNie, zupełnie nie. Ja chyba jestem najmniej lubującą się w rodzinnej atmosferze osobą w naszej rodzinie. I chyba powinnam tu napisać, że niestety, ale ja wcale nie czuję, że czegoś mi w związku z tym brak. Przeciwnie, całe dnie spędzam z ludźmi, samotności czasem łaknę.
UsuńI tak trzymaj, tak swoim dzieciom mów :)
Chyba każdy z nas ma podobne wspomnienia, tylko że my na te czerwone robaczki (żuczki) mówiliśmy "tramwaje". Moje leśne konwalie kwitły przy spalonym pałacu, który ani nie został spalony, a tym bardziej nie był pałacem.
OdpowiedzUsuńMiło jest powspominać to, co się już nie wróci, a szkoda.
Buziaczki rozrzewnione.
Miło. A najfajniejsze są te magiczne przeróbki, które dziecko do miejsc i wydarzeń przykłada.
UsuńA wiesz, że faktycznie te robale wyglądają nieco jak tramwaje. Znalazłam w sieci ich nazwę, to kowaliki. Mam aktualnie ucznia o takim nazwisku, podobny krwiopijca ;)
Buziaczki wciąż od wspomnień nieoderwane.
Też tak chciałem, dopóki nie uświadomiłem sobie że TYCH miejsc już nie ma- odeszły wraz z ludźmi, których znałem...
OdpowiedzUsuńLudzi pamiętam jak przez mgłę. Ale na pewno nie zastałabym tam tego magicznego świata przechowywanego we wspomnieniach.
UsuńAle fakt, tych miejsc już nie ma. Wyczytałam w sieci, że moje zmieniło się nie do poznania.
takie przenoszenie sie z kata w kat ma swoj urok ale ja bym chyba nie potrafila, za szybko przywiazuje sie do ludzi, do miejsc
OdpowiedzUsuńPewnie głównie dlatego wzdrygam się na myśl o wyjeździe z pipidówki, choć nie bardzo podoba mi się miejsce, które nadaje się głównie, by je zaorać i buraki posadzić. Nie cierpię jednak się od nowa i od nowa przyzwyczajać.
UsuńWspomnienia są bezcenne, wracamy do nich za każdym razem ilekroć zatęsknimy...
OdpowiedzUsuńWakacje tuż, tuż warto pomyśleć nad sentymentalną podróżą :) Pozdrawiam serdecznie.
Zamierzam pomyśleć. Tylko trochę się obawiam, że to już nie jest to samo miejsce, które widziałam oczyma dziecka z fantazją.
UsuńMówi się, że to nie miejsce się liczy ale Ci, którzy nam w tym miejscu towarzyszą. Ale to nie prawda, mimo, że to ludzie są najważniejsi to miejsca też można pokochać i za nimi tęsknić.
OdpowiedzUsuńMożna. Tym bardziej, że często w dzieciństwie przyjaźnie zmieniają się jak w kalejdoskopie, więc jakby ciężej przywiązać się do ludzi. Teraz, tutaj gdzie jestem, to ludzie wiodą prym.
UsuńWitaj
OdpowiedzUsuńSmaki, zapachy, wspomnienia z dzieciństwa, ech...było może skromnie, ale wesoło, ciepło i rodzinnie :)
Pozdrawiam z uśmiechem serdecznym dziś :)
Najważniejsze, kiedy jest tak, że w dorosłości się chce wspominać :)
Usuńprzynajmniej pocieszające jest to, że masz do kogo i do czego wrócić masz wspaniałe wspomnienia, których nikt Ci nie odbierze. to jest piękne! :)
OdpowiedzUsuńKażdy ma we wspomnieniach do kogo i czego wrócić. Tylko nie wszystkie wspomnienia są błogie...
UsuńOsiem lat? Przebiłaś chyba całe blogowisko. :)
OdpowiedzUsuńCoś koło tego, bo do trzeciej klasy podstawówki już na pewno chodziłam w obecnej pipidówce.
UsuńTo niesamowite, jak absurdalne szczegóły zapadają nam w pamięć... :)
OdpowiedzUsuńPrawda? :)
UsuńI ten biedny, zapomniany miś został tam sam, w ciemnościach.
OdpowiedzUsuńEch, za dużo się ostatnio naczytałam Andersena :)))
I pewnie miał coraz bardziej smutne oczy, ech.
UsuńAndersena? O rany, wieki nie czytałam Andersena.
chyba do ludzi i wydarzeń i tamtego "czucia się". Uwielbiam te wszystkie przekonania z dzieciństwa, te rzeczy, w które się wierzyło, jak to, że trzymanie włosów w buzi powoduje zarost na twarzy a drapanie ukąszeń po komarach jest śmiertelne ;) a teraz i tak myślę o tym biednym misiu... ;)
OdpowiedzUsuńMnie też najbardziej żal misia. Długo nie mogłam rodzicom wybaczyć, że go gdzieś zawieruszyli.
UsuńNajbardziej chyba do czucia: ludzi pewnie bym teraz na ulicy nie poznała, wydarzenia są jak za mgłą (nie wiem, ile z nich stworzyła dziecięca wyobraźnia), a czucie... czucie jakby wciąż jest. I chyba dlatego wolałabym jednak tam nie jechać, choć mnie ciągnie.
bardzo lubię to czucie, taką nostalgię i siłę jego przyciągania, tylko w zderzeniu z rzeczywistością trochę blaknie.
UsuńMi żal Muminka. Został w wagonie w drodze na Pomorze. Do tej pory coś mnie ściska.
Mnie Muminka pewnie byłoby mniej żal, bo z tego co pamiętam nie przepadałam za Muminkami. Ale ja wtedy gust miałam spaczony: lubiłam Barbamamę i Barbapapę :)
UsuńO czarnej wołdze dowiedziałam się dopiero studiując, kiedy na warsztatach integracyjnych mieliśmy za zadanie napisać czego baliśmy się w dzieciństwie. Moje koleżanki, które są ode mnie dużo starsze wypisywały na kartce nazwę "czarna wołga", a ja nie miałam zielonego pojęcia o co chodzi. :D Studiowanie w trybie zaocznym ma wiele plusów - ta wielopokoleniowość jest niesamowita. Ja jestem najmłodsza, a najstarszy jest pan, który ma lat 52. :) Moje pokolenie bało się potworów z szafy, Baby Jagi, ale o czarnej wołdze nawet nie słyszałam. :)
OdpowiedzUsuńBardzo fajny post. Pamiętam, że już kiedyś wspominałaś o pocałunku, który okazał się być tak rozczarowujący.
Mam równie wspaniałe wspomnienia z dzieciństwa i także chciałabym pewną ważną dla mnie okolicę odwiedzić w czasie wakacji, tylko również jest z tym nieco problemu.
Faktycznie, rozrzut wiekowy niemały :)
UsuńPotworów w ciemnym pokoju i Baby Jagi też się bałam. Zwłaszcza tej z domku na bagnach, ale czarna wołga była najbardziej czadowa.
Moje miejsce nie dość, że daleko, bo całą Polskę niemal trzeba by zjechać, to jeszcze zupełnie nie mogę znaleźć możliwości, by tam jakieś noclegi zaaranżować. A wykasowałam konto na NK, gdzie miałam dwie czy trzy osoby tam mieszkające.
Są takie chwile, kiedy chcemy wrócić, zobaczyć... nie zawsze nam to na dobre wychodzi, ale...dlaczego nie? świat się zmienia, energia krąży, i niech tak pozostanie... naprzód, tanyu, naprzód... to się liczy....
OdpowiedzUsuńFakt, Clisho. Ale... ale jednak lubię myśleć, że to miejsce wciąż jest magiczne, a nie takie jak inne miejsca.
UsuńJa pamiętam, że wiecznie ganiałam z chłopakami. Pistolety w dłoń i do boju;)
OdpowiedzUsuńAle bardzo fajne jest to,że takie wspomnienia nie zamierają:)
Też ganiałam, ale bez pistoletów i w zupełnie już innym miejscu :)
Usuńdzieciństwo, Tanyu, to nie tylko sen rozumu (J.J.Rousseau), ale i niekończąca się baśniowa opowieść...
OdpowiedzUsuńuściski
Niby kończąca się, a jednak niekończąca. Tak przewrotnie. Bo już tam nie wrócimy, a wciąż i wciąż coś nowego można z przeszłości wygrzebać.
UsuńCudne są wspomnienia , ale czasem zastanawiam się czy powiedzenie "interesuje mnie przyszłość , bo tam zamierzam spędzić resztę życia" nie jest słuszne...
OdpowiedzUsuńJest słuszne, ale nie wolno zatrzaskiwać drzwi na amen.
UsuńJa też mam takie miejsca gdzie mogłabym wrócić i chłonąć tamte chwile, które pachną lasem, łąką, jabłkami i bzem, a smakuja truskwakami i agrestem.
OdpowiedzUsuńKosztelami, moimi ulubionymi. Ale to już smak z innego miejsca.
UsuńTeż czasem ogarnia mnie taki wspomnieniowy nastrój...
OdpowiedzUsuńA kogo nie ogarnia? :)
Usuń