Lubię jeździć do miasta, w którym chodziłam do liceum do klasy - uwaga! - biologiczno-chemicznej, i w którym studiowałam, choć to miasto raczej prowincją niż metropolią pachnie. Lubię pójść do jednej z dwóch ulubionych kawiarni, zamówić białą, zanurzyć się w książce, popatrzeć na ludzi. Lubię przypomnieć sobie czasy nieodlegle studenckie, kiedy zdarzało nam się ulec pokusie ciastka i kawy, i nie iść na wykład studenta usypiający. Miałam szczęście nie mieć wielu takich, mimo iż szkółka, szumnie zwana studiami, renomy wielkiej nie miała. Ba, nie miała jej wcale, była raczej przechowalnią dla nierobów i wylęgarnią magistrów wątpliwej jakości. Do szewskiej pasji doprowadzała mnie roszczeniowa postawa "płacę, więc wymagam, od innych, od siebie w żadnym razie". Jestem zdania, że nie każdy musi studiować - magistrów i tak mamy zatrzęsienie, więc jeśli ktoś nie znajduje przyjemności w zdobywaniu wiedzy, nie warto się mordować dla owczego pędu. Tym bardziej, że finansowa gratyfikacja za posiadanie tytułu nie zawsze rekompensuje kilkuletnią nudę i stres kombinatorski. Tak czy owak, zbywając milczeniem generalny poziom uczelni, doceniam, że spotkałam tam co najmniej czwórkę ludzi, którzy wypełnieni byli/są pasją, namacalną, zaraźliwą.
Jest wśród nich starszy pan w wyciągniętej bluzie, w wytartych sztruksach, z wiecznie zmierzwionymi włosami. Na pierwszy rzut oka taki nieporadny, taki nieogarnięty, z myślami potarganymi jak przerzedzona i posiwiała fryzura. Kiedy zaczyna mówić, nieliczni obecni wstrzymują oddech, słowa przenoszą ich w świat sprzed kilkunastu, kilkudziesięciu lat, sprzężony ze światem teraźniejszym. Pan lubi dyskutować, słucha studenckich argumentów, żyje nie tylko tym, co kiedyś, żyje aktywnie i tym, co teraz. Pan jest poetą, prozaikiem, eseistą, tłumaczem literatury francuskiej, anglosaskiej, niemieckiej (wg Wikipedii), członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Jest odrobinę na początku nerwowy, ale rzeczowy i kompetentny wykładowca literatury, a jednocześnie niesłychanie pomocny promotor mojej pracy, który naprowadza na właściwe ścieżki, jednocześnie pozostawiając studentowi swobodę pisania. Tego promotora wszyscy nam zazdroszczą, bo kobieta nadzorująca działania drugiej grupy zmienia zadanie częściej niż lowelas obiekty pożądania, a profesor opiekujący się trzecią grupą pozostawia tyle wolnej ręki, że na dobrą sprawę człowiek nie ma pojęcia, czy pisze na temat, czy zupełnie poza. Jest też profesor ukraińskiego pochodzenia, o historii mówiący tak, z akcentem tak mnie na łopatki kładącym, że słuchać go mogę godzinami i zawsze dziwię się, że już wykład dobiegł końca. U niego chciałam pisać pracę, miałam już temat wymyślony, w głowie ułożony; niestety, zbyt wiele zachodu wymagałoby dostanie się na seminarium do grup o innej specjalności. Mogłam próbować, ale forma pracy zaproponowana przez mojego ostatecznego promotora odpowiadała mi niezmiernie. Wracając do mojej wyliczanki, jest wreszcie wykładowca na co dzień nauczający w Kanadzie, starający się przybliżyć nam fascynujący świat antropologii. To żaden teoretyk, to człowiek, który zjeździł świat, badając zwyczaje ludów, o których istnieniu przeciętny zjadacz chleba nie ma bladego pojęcia. Jeśli na którymkolwiek wykładzie siedziałam z otwartymi ustami, na zajęciach z antropologii właśnie.
Dzisiaj, siedząc nad kawą w moim studenckim mieście, zatęskniłam za czasem, kiedy w co któryś weekend pędziłam na uczelnię, spotykałam ludzi o podobnych pasjach, o zbliżonej wrażliwości, z którymi zgadzałam się i spierałam. Choć często gęsto byłam niewyspana, choć denerwował mnie uczelniany nieład i niejednokrotnie irytowała studencka ignorancja, choć niejeden raz zżymałam się na zawyżanie ocen, przepuszczanie wszystkich ciurkiem, chciałabym tam wrócić. Tam, czyli na studia. Choćby i w szkółce zwanej szumnie uczelnią. Bo to miejsce sprawiło, że znów mogłam uczyć się tego, co sprawia mi niekłamaną przyjemność. Po kilkunastoletniej przerwie byłam pełna obaw, że mam zbyt wielkie zaległości, że obcowanie z językiem na poziomie licealnym cofnęło mnie do etapu miernej studentki, że ludzie, którzy nie mieli dziur w studiowaniu, okażą się mieć wiedzę na poziomie zdecydowanie moją przewyższającym. Strachy na lachy, dałam sobie świetnie radę i dałabym raz jeszcze.
To co? Historia anglosaska czy antropologia? Tak, na razie, teoretycznie.
Jest wśród nich starszy pan w wyciągniętej bluzie, w wytartych sztruksach, z wiecznie zmierzwionymi włosami. Na pierwszy rzut oka taki nieporadny, taki nieogarnięty, z myślami potarganymi jak przerzedzona i posiwiała fryzura. Kiedy zaczyna mówić, nieliczni obecni wstrzymują oddech, słowa przenoszą ich w świat sprzed kilkunastu, kilkudziesięciu lat, sprzężony ze światem teraźniejszym. Pan lubi dyskutować, słucha studenckich argumentów, żyje nie tylko tym, co kiedyś, żyje aktywnie i tym, co teraz. Pan jest poetą, prozaikiem, eseistą, tłumaczem literatury francuskiej, anglosaskiej, niemieckiej (wg Wikipedii), członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Jest odrobinę na początku nerwowy, ale rzeczowy i kompetentny wykładowca literatury, a jednocześnie niesłychanie pomocny promotor mojej pracy, który naprowadza na właściwe ścieżki, jednocześnie pozostawiając studentowi swobodę pisania. Tego promotora wszyscy nam zazdroszczą, bo kobieta nadzorująca działania drugiej grupy zmienia zadanie częściej niż lowelas obiekty pożądania, a profesor opiekujący się trzecią grupą pozostawia tyle wolnej ręki, że na dobrą sprawę człowiek nie ma pojęcia, czy pisze na temat, czy zupełnie poza. Jest też profesor ukraińskiego pochodzenia, o historii mówiący tak, z akcentem tak mnie na łopatki kładącym, że słuchać go mogę godzinami i zawsze dziwię się, że już wykład dobiegł końca. U niego chciałam pisać pracę, miałam już temat wymyślony, w głowie ułożony; niestety, zbyt wiele zachodu wymagałoby dostanie się na seminarium do grup o innej specjalności. Mogłam próbować, ale forma pracy zaproponowana przez mojego ostatecznego promotora odpowiadała mi niezmiernie. Wracając do mojej wyliczanki, jest wreszcie wykładowca na co dzień nauczający w Kanadzie, starający się przybliżyć nam fascynujący świat antropologii. To żaden teoretyk, to człowiek, który zjeździł świat, badając zwyczaje ludów, o których istnieniu przeciętny zjadacz chleba nie ma bladego pojęcia. Jeśli na którymkolwiek wykładzie siedziałam z otwartymi ustami, na zajęciach z antropologii właśnie.
Dzisiaj, siedząc nad kawą w moim studenckim mieście, zatęskniłam za czasem, kiedy w co któryś weekend pędziłam na uczelnię, spotykałam ludzi o podobnych pasjach, o zbliżonej wrażliwości, z którymi zgadzałam się i spierałam. Choć często gęsto byłam niewyspana, choć denerwował mnie uczelniany nieład i niejednokrotnie irytowała studencka ignorancja, choć niejeden raz zżymałam się na zawyżanie ocen, przepuszczanie wszystkich ciurkiem, chciałabym tam wrócić. Tam, czyli na studia. Choćby i w szkółce zwanej szumnie uczelnią. Bo to miejsce sprawiło, że znów mogłam uczyć się tego, co sprawia mi niekłamaną przyjemność. Po kilkunastoletniej przerwie byłam pełna obaw, że mam zbyt wielkie zaległości, że obcowanie z językiem na poziomie licealnym cofnęło mnie do etapu miernej studentki, że ludzie, którzy nie mieli dziur w studiowaniu, okażą się mieć wiedzę na poziomie zdecydowanie moją przewyższającym. Strachy na lachy, dałam sobie świetnie radę i dałabym raz jeszcze.
To co? Historia anglosaska czy antropologia? Tak, na razie, teoretycznie.
Antropologia . W historii anglosaskiej nowości fascynujących znajdziesz mało . Chyba że kontynuacja - doktorat .
OdpowiedzUsuńja też jestem za antropologią. A jak się tak zastanowić to ja bym chyba póki co na studia nie chciała wrócić. Mimo, że skończyłam Uniwerek i raczej tam było inaczej niż u Ciebie ... :)
OdpowiedzUsuńPS. liceum też biol-chem i matura z biologii ;D
Studia są moim niespełnionym jak dotąd marzeniem, zaraz po szkole musiałam iść do pracy większość pieniędzy oddawałam rodzicom i tak dopadła mnie szara rzeczywistość, może kiedyś zaspokoję swój głód naukowy, mam taką nadzieję. Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńAir, doktorat raczej na pewno nie z historii w sumie, chyba że specjalizowałabym się w amerykańskiej, brytyjska mnie nudzi. Zresztą, doktorat to zupełnie inny świat, pogłębianie, a ja chciałabym czegoś nowego, więc.. antropologia.
OdpowiedzUsuńPolly, studia licencjackie miałam na poziomie takim jak u Ciebie, mogliśmy swobodnie konkurować z uniwersytetem; niestety, ta uczelnia nie oferowała uzupełniających, a nie uśmiechała mi się jazda do stolicy obecnej czy przeszłej.
A ja matura, wyobraź sobie, z matematyki, ustna z geografii, żeby nie zdawać matematyki. Wtedy nie mogłam zdawać z języka, nie będąc na profilu językowym.
I tak w życiu bywa, Marlenko. Ale sama wiesz, jak teraz jest: każdy cymbał, za przeproszeniem, może mieć świstek, więc w sumie to żadne wyróżnienie. A głód wiedzy można zaspokoić na każdym etapie życia - w końcu jak się wygląda tak młodo jak my, nawet się spośród tych małoletnich studentów nie wyróżni! ;)))
... a jednak jest postanowienie noworoczne ;)
OdpowiedzUsuńgood luck
ps.
OdpowiedzUsuńnawet jeśli z planów nic nie wyjdzie, dobrze pamiętać o tym, że... Michał Anioł nie skończył Akademii Sztuk Pięknych... :)
tzn. nawet jej nie zaczął - żeby uniknąć niejasności.
OdpowiedzUsuń:) To nie postanowienie, to nie plan nawet, to teoretyczne i bezproduktywne dywagowanie nad filiżanką kawy.
OdpowiedzUsuństudiowalam w kilku miejscach, w stolnicy tez mi sie przydarzylo i... juz bym tam nie wrocila. zastanawiam sie, czy doprawdy tesknisz za tamtymi czasami, czy jedynie wspominasz. bo zycie gna do przodu i teraz juz nie byloby tak samo, nie z bagazem doswiadczen, ktory cisznie w kark i niszczy kregoslup, nie mam racji? a pomyslec o przeszlosci z rozrzewnieniem - calkiem inna para kaloszy...
OdpowiedzUsuńmnie sie marzy doktorat, ale najpierw nie bylo mnie stac, a teraz mam za malo czasu i mozliwosci skorzystania z niego w zyciu zawodowym. moze za kilka lat...
Przyznam, że do stolicy bym nie tylko nie wróciła, ale i w ogóle tam nie zaczęła. Jakoś nie lubię Warszawy.
OdpowiedzUsuńDoprawdy tęsknię, Dosiu, bo moje ostatnie studiowanie miało miejsce niecałe dwa lata temu, więc to nie cknienie za czasami sprzed nastu lat. Jeśli o tęsknotę za byciem młodszą chodzi, to ja lubię mieć tyle lat, ile mam - teraz jestem fajniejsza babka! No, może cofnęłabym czas o maksymalnie pięć lat, ale na pewno nie w lata szczenięce. Być może nawet nie przed trzydziestkę.
Mnie doktorat nie kręci, choć Air mnie namawia i namawia.
W takim razie szczerze zazdroszczę. Chociaż nie powinnam, bo moje studiowanie było w zasadzie tylko jego namiastką, indywidualny tok studiów dał mi tyle, że mogłam pracować nie płacąc za studia i nie poświęcając na to weekendów, więc to się nie liczy.
OdpowiedzUsuńJa też nie przepadam za sobą sprzeda nastu lat, głupie cielę ze mnie było, choć otaczające mnie cielątka wcale nie lepsze...
Tak, indywidualny nie daje wiele możliwości posmakowania pozanaukowej atmosfery, niestety.
OdpowiedzUsuńYhym, dokładnie, cielątko takie. Cielątko, które czasem ze mnie wciąż wyłazi, jak dziś, zapomniałam języka w gębie, ale już na jutro jestem umówiona na spotkanie i na pewno jęzor odzyskam.
nie wiedziałam, że jesteś i tutaj i na onecie :)
OdpowiedzUsuńNa razie na dwa fronty ta sama treść, a potem zobaczymy, co się z tego tutaj urodzi :)
OdpowiedzUsuń