KLIK, bo mi się podoba, i bo też z deka irracjonalne
Czasem odkrywamy, że znaleźliśmy się w sytuacji z pogranicza realizmu. Jak kilka dni temu, kiedy Onet anulował dzień dzisiejszy i przerzucił mnie bezlitośnie w dawno już zapomniane wczoraj. Zniknęła notka, zniknęły komentarze, zostało jedynie to, co zostało napisane w przeddzień. Ot, w jednej chwili, bez maszyny do przenoszenia w czasie, bez urządzenia do handlowania czasem. O handlu czasem aktualnie czytam i uczucia mam mieszane. Nie wiem, czy wynalazek Wuja Franka (z książki Handlarz czasem Tomasza Jachimka) przynosi cokolwiek dobrego, prócz pomieszania z poplątaniem. Niby fajnie dokupić sobie kilka godzin soboty czy wydłużyć trwanie innych przyjemnych chwil, jeszcze lepiej skrócić znienawidzony poniedziałek do kilku godzin i jeszcze na tym zarobić, sprzedając niechciany poniedziałkowy czas jakiemuś zaganianemu biznesmenowi, ale chaos powstały wskutek zamieszania - bo co dla jednego jest piątkiem w południe, dla drugiego jest poniedziałkiem rano, dla trzeciego jeszcze środą w nocy - sprawia, że gra jednak nie jest warta świeczki. Poukładanie okazuje się wtedy nie być ograniczeniem, a wybawieniem jest z opresji notorycznej niewiedzy, jaki właściwie mamy dziś dzień. Opresja taka średnio miła być potrafi, a wiem, co mówię, nie pracując bowiem w ferie, miewam surrealistyczne dość wrażenie zlania dnia z dniem, podczas gdy cała reszta nienauczanego i nienauczającego świata funkcjonuje według dawno ustalonego podziału czasu. W sobotę, przykładowo, musiałam dzwonić i odwoływać lekcję dawno zaplanowaną, bo zupełnie z głowy mi wyleciało, że to już sobota i tłumaczyć się musiałam głupio, że w czasie ferii nauczyciel innym rytmem żyje, dlatego oprzytomniał dwie godziny przed lekcją, kiedy już za późno było na kreatywne stworzenie potrzebnych materiałów. Wczoraj za to, gdy na lekcję szłam, czułam się całkowicie sobotnio, niczym rasowa klientka Wuja Franciszka. Owszem, jeśli o powody odwołania zajęć chodzi, mogłam wymyślić historyjkę mniej kompromitującą moją pamięć doskonałą, acz niezajmującą się pierdołami. O, na przykład o tym, że na stypie byłam, że siedzieliśmy w smutku, kontemplując miałkość, marność i krótkość życia, w tle, na wielkim telebimie zaś pokazywano afrykańskie tańce plemienne. I ktoś, z głupia frant, poprosił mnie, bym zatańczyła, a ja, niewiele myśląc, wyginałam ciało śmiało w paroksyzmach radości połączonej z odurzeniem jakimś na co dzień niedoświadczanym. Powyższe snem było, oczywiście, sny czasem jednak poza swoje ramy wychodzą i gnębią nas swoim irracjonalizmem, wprowadzając w zdumienie, niezrozumienie, odrętwienie nawet. W irytację, przygnębienie, depresję czasem, ale i powodując, że śmiech pusty nas ogarnia. Jak wtedy, kiedy okazuje się, że w nazwie polskiej grupy krótkolafarskiej nie wolno użyć słowa "sekcja", kojarzy się ono bowiem z katastrofą smoleńską. Nieco z tropu zbita, pytam Duńskiego o powody takiej interpretacji i słyszę, że o sekcję zwłok chodzi. Podobnie niewskazane okazuje się użycie słowa "oddział", które przywodzi na myśl szpital psychiatryczny. Może panowie grający w skojarzenia nie powinni nadużywać, popularnego skądinąd w wyżej wymienionych kręgach słowa "zamek", bo ono rozporek może na myśl przywieść, a ten najprzyjemniej się nie kojarzy, bowiem rozpinamy go zwykle w wiadomym celu. To pokazuje, że surrealistyczne odczuwanie nie wymaga dziwnych sytuacji. Wcale nie musi być jak w tym filmie, który widziałam kilka dni temu, a w którym policja, pokazując wdowie kawałek kończyny zapakowanej w plastikowy worek, pyta ją, czy to może być stopa jej być może świętej pamięci małżonka. Kobieta waha się, więc policjant prosi, by pokazała przyniesiony but. Stopa zostaje wyjęta z opakowania, wsunięta w but, a potencjalny sprawca morderca, który świadkuje całej sytuacji, pyta, czy nie powinni założyć na stopę skarpetki. I wcale nie musi być jak z tym kotem o imieniu Tabby Sal, którego powołano na ławnika w sądzie w Bostonie, i nawet zaświadczenie od weterynarza nie przekonało wymiaru sprawiedliwości, że trochę śmiesznie, kiedy kot zostanie sędzią przysięgłym. Okazuje się bowiem, że zaawansowana w swojej paranoi amerykańska poprawność polityczna nie pozwala dyskryminować nikogo, nawet tych, którzy angielskim władają słabo bądź wcale, choćby i kotami byli. Nie, aż tak ekstremalne wrażenia nie są konieczne. Ja czasem czuję się jak wyjęta ze snu w momentach bardzo oczywistych. Ot, choćby, kiedy siedzę u fryzjerki, a ona leniwie wmasowuje mi szampon we włosy. I kiedy Duński plecie mi w włosów warkoczyki, których później nijak rozplątać nie mogę. I jeszcze kiedy jadę samochodem po drodze wiodącej w górę, a potem raptownie w dół. Wtedy czuję ciarki w mózgu i jest tak, jakbym stała z zamkniętymi oczyma na dachu świata. Jest euforystycznie, choć powody do euforii w gruncie rzeczy miałkie, a i surrealizm sytuacji mocno naciągany. Jednak jest w tych drobinach życia coś z pogranicza snu, w którym tańczyłam ów afrykański taniec plemienny na stypie. Akcja inna, ale emocje zbliżone, z tym samym smeraniem gdzieś pod czaszką.
Czasem odkrywamy, że znaleźliśmy się w sytuacji z pogranicza realizmu. Jak kilka dni temu, kiedy Onet anulował dzień dzisiejszy i przerzucił mnie bezlitośnie w dawno już zapomniane wczoraj. Zniknęła notka, zniknęły komentarze, zostało jedynie to, co zostało napisane w przeddzień. Ot, w jednej chwili, bez maszyny do przenoszenia w czasie, bez urządzenia do handlowania czasem. O handlu czasem aktualnie czytam i uczucia mam mieszane. Nie wiem, czy wynalazek Wuja Franka (z książki Handlarz czasem Tomasza Jachimka) przynosi cokolwiek dobrego, prócz pomieszania z poplątaniem. Niby fajnie dokupić sobie kilka godzin soboty czy wydłużyć trwanie innych przyjemnych chwil, jeszcze lepiej skrócić znienawidzony poniedziałek do kilku godzin i jeszcze na tym zarobić, sprzedając niechciany poniedziałkowy czas jakiemuś zaganianemu biznesmenowi, ale chaos powstały wskutek zamieszania - bo co dla jednego jest piątkiem w południe, dla drugiego jest poniedziałkiem rano, dla trzeciego jeszcze środą w nocy - sprawia, że gra jednak nie jest warta świeczki. Poukładanie okazuje się wtedy nie być ograniczeniem, a wybawieniem jest z opresji notorycznej niewiedzy, jaki właściwie mamy dziś dzień. Opresja taka średnio miła być potrafi, a wiem, co mówię, nie pracując bowiem w ferie, miewam surrealistyczne dość wrażenie zlania dnia z dniem, podczas gdy cała reszta nienauczanego i nienauczającego świata funkcjonuje według dawno ustalonego podziału czasu. W sobotę, przykładowo, musiałam dzwonić i odwoływać lekcję dawno zaplanowaną, bo zupełnie z głowy mi wyleciało, że to już sobota i tłumaczyć się musiałam głupio, że w czasie ferii nauczyciel innym rytmem żyje, dlatego oprzytomniał dwie godziny przed lekcją, kiedy już za późno było na kreatywne stworzenie potrzebnych materiałów. Wczoraj za to, gdy na lekcję szłam, czułam się całkowicie sobotnio, niczym rasowa klientka Wuja Franciszka. Owszem, jeśli o powody odwołania zajęć chodzi, mogłam wymyślić historyjkę mniej kompromitującą moją pamięć doskonałą, acz niezajmującą się pierdołami. O, na przykład o tym, że na stypie byłam, że siedzieliśmy w smutku, kontemplując miałkość, marność i krótkość życia, w tle, na wielkim telebimie zaś pokazywano afrykańskie tańce plemienne. I ktoś, z głupia frant, poprosił mnie, bym zatańczyła, a ja, niewiele myśląc, wyginałam ciało śmiało w paroksyzmach radości połączonej z odurzeniem jakimś na co dzień niedoświadczanym. Powyższe snem było, oczywiście, sny czasem jednak poza swoje ramy wychodzą i gnębią nas swoim irracjonalizmem, wprowadzając w zdumienie, niezrozumienie, odrętwienie nawet. W irytację, przygnębienie, depresję czasem, ale i powodując, że śmiech pusty nas ogarnia. Jak wtedy, kiedy okazuje się, że w nazwie polskiej grupy krótkolafarskiej nie wolno użyć słowa "sekcja", kojarzy się ono bowiem z katastrofą smoleńską. Nieco z tropu zbita, pytam Duńskiego o powody takiej interpretacji i słyszę, że o sekcję zwłok chodzi. Podobnie niewskazane okazuje się użycie słowa "oddział", które przywodzi na myśl szpital psychiatryczny. Może panowie grający w skojarzenia nie powinni nadużywać, popularnego skądinąd w wyżej wymienionych kręgach słowa "zamek", bo ono rozporek może na myśl przywieść, a ten najprzyjemniej się nie kojarzy, bowiem rozpinamy go zwykle w wiadomym celu. To pokazuje, że surrealistyczne odczuwanie nie wymaga dziwnych sytuacji. Wcale nie musi być jak w tym filmie, który widziałam kilka dni temu, a w którym policja, pokazując wdowie kawałek kończyny zapakowanej w plastikowy worek, pyta ją, czy to może być stopa jej być może świętej pamięci małżonka. Kobieta waha się, więc policjant prosi, by pokazała przyniesiony but. Stopa zostaje wyjęta z opakowania, wsunięta w but, a potencjalny sprawca morderca, który świadkuje całej sytuacji, pyta, czy nie powinni założyć na stopę skarpetki. I wcale nie musi być jak z tym kotem o imieniu Tabby Sal, którego powołano na ławnika w sądzie w Bostonie, i nawet zaświadczenie od weterynarza nie przekonało wymiaru sprawiedliwości, że trochę śmiesznie, kiedy kot zostanie sędzią przysięgłym. Okazuje się bowiem, że zaawansowana w swojej paranoi amerykańska poprawność polityczna nie pozwala dyskryminować nikogo, nawet tych, którzy angielskim władają słabo bądź wcale, choćby i kotami byli. Nie, aż tak ekstremalne wrażenia nie są konieczne. Ja czasem czuję się jak wyjęta ze snu w momentach bardzo oczywistych. Ot, choćby, kiedy siedzę u fryzjerki, a ona leniwie wmasowuje mi szampon we włosy. I kiedy Duński plecie mi w włosów warkoczyki, których później nijak rozplątać nie mogę. I jeszcze kiedy jadę samochodem po drodze wiodącej w górę, a potem raptownie w dół. Wtedy czuję ciarki w mózgu i jest tak, jakbym stała z zamkniętymi oczyma na dachu świata. Jest euforystycznie, choć powody do euforii w gruncie rzeczy miałkie, a i surrealizm sytuacji mocno naciągany. Jednak jest w tych drobinach życia coś z pogranicza snu, w którym tańczyłam ów afrykański taniec plemienny na stypie. Akcja inna, ale emocje zbliżone, z tym samym smeraniem gdzieś pod czaszką.
z tym onetem to nie bardzo łapię co się stało bo tam już nie zaglądam do Ciebie tylko tu ...
OdpowiedzUsuńA wchodzę sobie jakieś pół godziny po opublikowaniu poprzedniej notki, a tam się okazuje, że nie tylko notki nie ma, ale i komentarzy z tamtego dnia. Jakby wrócił dzień poprzedni. Nie wiem, czy tylko ja tak miałam, czy to zaraza na cały Onet.
OdpowiedzUsuńOj, psychodeliczna ta Twoja notka;) Na blogspocie tez zjadlo mi dzis komentarz... cos dziwnego sie dzieje;-)
OdpowiedzUsuńWiesz Twoje myśli pozwalają mi zagłębić się w siebie, to tak jakbym przenosiła się do innego świata, nie wiem jak Ty to robisz, masz w sobie jakąś dziwną moc przyciągania, czasami łapię się na tym że brakuje mi słów by móc odpowiednio skomentować Twój post a zarazem tak dobrze rozumiem co chciałaś nam przekazać. Nie mogę tego rozgryźć kobieto :)
OdpowiedzUsuńZielona, na blogspocie na razie mnie jeszcze żaden surrealizm nie napadał. No, może nie licząc drobnej potyczki z html-em, z którego jestem, nomen omen, zielona ;)
OdpowiedzUsuńMarlenko, a co ja mam teraz powiedzieć? Lepiej podziękuję i zniknę.
Swoją drogą, pochełpię się, że w takim razie tą notką osiągnęłam cel: jest surrealistycznie :)
no ale, że tak całkiem zniknęła ??? nie znalazła się ??? nie do wiary bym napisała ale onetowi to się wszystko zdarza dlatego stamtąd zwiałam ...
OdpowiedzUsuńNo, nie tak całkiem, bo po kilku godzinach się znalazła. W sumie to nawet nie panikowałam, bo w sumie notka była tutaj, czyli dałoby się odtworzyć. No i po co panikować, skoro wiadomo, że Onet zawsze się "odpsuje", tylko szkoda nerwów czasem..
OdpowiedzUsuńdlatego ja się przeniosłam i nie narzekam. Wręcz przeciwnie.
OdpowiedzUsuńPomijając pomieszanie z poplątaniem i patrząc z drugiej strony medalu, ten Wujkowy wynalazek pozwoliłby czasem na wyprostowanie bądź też wymazanie niektórych niekoniecznie sympatycznych spraw. I dywan vel chusteczka nie byłyby potrzebne. Miłego wieczoru :)
OdpowiedzUsuńPolly, w tamtym dniu myślałam, żeby odejść z Onetu na amen, ale.. na razie jeszcze chyba nie umiem się pozbyć sentymentu. W końcu zostawiłam tam siedem lat.
OdpowiedzUsuńA tak, P.K., patrząc w ten sposób rzeczywiście zamiatanie pod dywan nie byłoby potrzebne :)
Ale, kurczę, niczego by nas życie nie uczyło, bo co tam, najwyżej byśmy cofnęli czas..
Widzę że wykształcasz przepiękny kołtun myślowy , niedługo nikt go nie rozczesze . Czy to konieczne (rozczesywanie)? może lepiej niech zostanie ?
OdpowiedzUsuńA pogoda przednia jest!!!
Kołtun myślowy! Podoba mi się.
OdpowiedzUsuńTak mi się właśnie jakoś porobiło, że zamiast pisać notki na temat, piszę o wszystkim i niczym, i szukam słowa-klucza, który to wszystko (i nic) połączy jakoś. I powiem Ci, że lubię siebie taką skołtunioną.
Najważniejsze być w zgodzie z sobą samą w każdym momencie życia , przy retrospekcji , życie będziesz chciała powtórzyć i nic nie zmieniać .
OdpowiedzUsuńJa tak mam !
Ja aż tak nie mam, ale kiedy ostatnio myślałam, że fajnie byłoby być kimś innym, to myślenie trwało jedynie chwilę. Bo w sumie dobrze mi być mną.
OdpowiedzUsuńTanyuśka... gdyby nie surrealizm to byśmy zwariowali :)
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńHa, dopiero teraz kliknelam w "KLIK" podoba mi sie bardzo;) i rzeczywiscie pasuje do klimatu notki;]
OdpowiedzUsuńPozdrawiam,
Zielona
Aguśka, jak najbardziej. Ja ten swój strasznie lubię, bo kto nie lubi, jak mu smera w okolicach skroni. To takie.. ekscytujące! :)
OdpowiedzUsuńZielona, w ogóle to ponoć jedna z najbardziej niedocenionych grup. Pamiętam, że swego czasu byłam nimi zachwycona, a potem jakoś mi wypadli z obiegu.