28 lutego 2012

Uflągany danse macabre..

Wiatr zwiał już kawki z nieba i przetrenował drzewa w hipnotycznym danse macabre. Te jeszcze kilka dni temu przeglądały się w nakrapianych lodem kałużach, na tafli których wyczyniałam koślawe tańce-łamańce w przesiąkniętych butach. Teraz, choć śniegiem dziś postraszyło, przyszła pora na niewydarzony slalom w błocie sięgającym kolan. I przyszedł czas na zakup spodni z wyszytymi w miejscu metki dniami tygodnia. Co dzień inny spodzień, by pozostać nieufląganą. Nieco mniej ostrożnie przemykam między przeszłością a teraźniejszością, babrając się w dawno zapomnianych listach. I tych do mnie, i tych znów znalezionych na dnie babcinej szafy. Część już lekko pożółkła, wymiętolił je czas, kilka wciąż błyszczy bielą, choć pamiętają okres mojego nieistnienia. Siedząc po uszy w rzewnych wspomnieniach, nie waham się palić przeterminowanych pocztówek i przedawnionych kalendarzy, choć Duński dziwi się, że tak łatwo rozstaję się w sentymentalną przeszłością. Ja szukam jednak zdroworozsądkowej równowagi, by zeza nie dostać, patrząc w przód i wstecz. By nie zapaść się na amen w świecie poprzedzającym teraz. By nie całkiem być jak Anna Pop, o której teraz czytam, a którą lubię ze strony na stronę coraz mocniej, i z którą znajduję punkty styczne, choć ona obecnie dryfuje w świecie dla mnie zamkniętym, w świecie nadwrażliwych odszczepieńców, w których pewnego pojawiła się szara, mikroskopijna plamka, rozrastająca się niepostrzeżenie wzdłuż i wszerz duszy, by wskutek zbiegu okoliczności wybuchnąć szaleństwem. I wycofaniem. Ona zaszyła się w sobie, ja uciekam w las, gdzie oscyluję między jawą spaceru a snem trzasku potrząsanych wiatrem drzew. Te zabierają mnie w inny wymiar, dźwięczący tym rodzajem ciszy, która wpycha serce do gardła, jednocześnie oczyszczając z myśli, słów i poczucia rzeczywistości. Tracę je równie mocno gdzieś koło czwartej nad razem, kiedy wiatry wyją za oknem, przeczesując gęste gałęzie potęgujących świsty tuj. Miotam się wtedy między panicznymi myślami o fruwających domach a fascynacją drzewnym hipnotycznym danse macabre. I patrzę, jak wiatr zwiewa kawki z nieba.

26 komentarzy:

  1. Ale jednak tych pocztówek troszkę żal...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie żal. To tylko te z rutynowymi wesołymi świętami. Nic szczególnego, przynajmniej dla mnie.

      Usuń
    2. A, myślałam, że są też np. z wyjazdów.

      Usuń
    3. Akurat nie wśród tych, ale swego czasu takie też spaliłam. Takie do mnie.

      Usuń
    4. To jednak jestem chyba bardziej sentymentalna niż myślałam :)))

      Usuń
    5. ...albo ja mniej niż by się wydawało :)

      Usuń
  2. Tanya, możesz się do mnie odezwać przez e-mail? Adres znajdziesz na moim blogu. Chcę zamknąć grono czytających, a chcę też, żebyś się w nim znalazła. Dzięki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aj, spóźniłam się. Napisz do mnie na tanya_@buziaczek.pl, ale gdybym mogła prosić, to nie wysyłaj mi zaproszenia na w/w adres, a via mail podam Ci mój gmailowy, z którego loguję się na zamknięte blogi.
      I dziękuję :)

      Usuń
  3. Wspaniały post...
    Ja jestem właśnie niczym Anna Pop i, szczerze mówiąc, mam tego 'zeza'. Znoszę do domu w jakimś wręcz gorączkowym podnieceniu wszelkie pamiątki rodzinne moje i MMŻ, którego Siostry już dawno machnęły ręką na to, że zabieram coś, co należy i do Nich. Zbieram pamiątki od Znajomych - modlitewnik Babki mojej Koleżanki z eks-pracy /'weźmiesz? Bo jak nie, to spalę'/, list znaleziony za ramką obrazu św. Józefa, który jakiś handlarz zgubił na giełdzie, nekrolog nieznanej mi, zmarłej przed wojną Niemki, ukryty za miedziorytem Jezusa, który to miedzioryt nie wiem, skąd się wziął w moim rodzinnym domu. Nikt nie wie. Identyfikator Celi Gold z Getta w naszym mieście... wyprawową serwetkę Prababci przez Nią wyhaftowaną... I setki innych...
    I żałuję, tak strasznie żałuję, że tylko listy potrafią mówić...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteś, Liv. Bardziej niż ja, bo Anna to wrażliwe istnienie...
      Wiesz, takie zbieractwo jak Twoje właściwie mnie fascynuje, bo Ty kolekcjonujesz wspomnienia. Czasem nie swoje i to też jest intrygujące. Ja pocztówki spaliłam, ale zostały listy. I zdjęcia, często ludzi, o którym nie mam pojęcia. Kim byli, gdzie byli. Pewnie się już nigdy nie dowiem...
      Ach, i wiesz, co jeszcze odkryłam? Że moja mama, która w dowodzie ma Bożena i tak też się podpisuje, na świadectwach z podstawówki, wypisywanych przez moją babcię, ma napisane BożeNNa. Ciekawe, kiedy sobie imię sfałszowała? ;)
      P.S. Anna to bohaterka książki pt. "Zima to inny kraj" rumuńskiego pisarza Gabriela Gality. Wybrałam ją z biblioteki na chybił trafił.

      Usuń
    2. Heh, ileż ja znalazłam takich kwiatków:) Moja Babcia wręcz zmieniła imię z Anastazji na Helenę:) Zdjęć mam też masę, ale właściwie większość Osób będących na nich znam. No, na zasadzie, kojarzę, kto to może być.
      'Zima...' to ukochana książka mojej dobrej Znajomej. Więc, choć sama jej nie czytałam, wiem mniej więcej, o co chodzi:) To właśnie Znajoma nazwała mnie kiedyś 'Anną Pop':)

      Usuń
    3. Tak oficjalnie w dowodzie? Jestem ciekawa, czy moja mama gdzieś o zmianę imienia wystąpiła, czy zwyczajnie jakoś zachachmęciła. Wiesz, w czasach bez baz danych...
      "Zima..." to fantastyczna książka. Wybrałam ją ze względu na tytuł głównie, bo on o mnie mówi przecież. A Anna mnie fascynuje. Pracę magisterską z literatury amerykańskiej pisałam z "Lotu na kukułczym gniazdem" i "Przerwanej lekcji muzyki". I właściwie była to tylko częściowo literacka praca, bo inny aspekt interesował mnie mocniej.
      P.S. Ach, i widzę, że zrobiłam literówkę w nazwisku autora :)

      Usuń
    4. Oficjalnie, dowodu oczywiście nie mam, ale na akcie urodzenia mojej Mamy jest Heleną /nie mam aktu ślubu Babci z Dziadkiem/ a w parafii, w akcie chrztu figurowała Anastazja. Ale jak to się odbyło w sensie prawnym, to nie wiem. Na pewno w chwili narodzin Babci akt chrztu był papierkiem urzędowym... Zaraz po I wojnie była za mała... Ale moja Mama urodziła się z kolei przed II wojną... Wiesz, ja wprawdzie młodziutka nie jestem, ale moja Mama urodziła mnie w okolicach czterdziestki... Nie wiem, jak to było. Wiem za to, że moja Mama miała w dowodzie złą datę urodzenia: odjęła sobie 3 lata, żeby być starszą od Taty o rok, a nie o cztery lata... Nie wiem, jak Ona to zrobiła, dopiero kiedy zlikwidowano 'książeczki' nagle data się okazała prawdziwa:)
      Okazało się też, że Pradziadek miał nieślubne dziecko - niedyskretna wzmianka w liście, niestety, za mało danych, żeby coś rozgryźć, a inny Pradziadek, choć był dzieckiem jak najbardziej ślubnym miał inne nazwisko niż jego rodzice, inne też niż panieńskie Praprababci... Niesamowite historie, powodujące, że mój zez robi się gigantyczny:)))

      Usuń
    5. Aj, aj, jeszcze bardziej się zezowi nie dziwię z takimi historiami :))
      Moja babcia (możesz Ją zresztą wciąż zobaczyć w miniaturkach z floga po prawej) była od dziadka starsza o osiem lat. Wprawdzie w dowodzie miała datę poprawną, ale na grobie kazała się odmłodzić :)
      Ciekawe, że ja kseruję jej życiorys w tym aspekcie: Duński jest młodszy o dokładnie osiem lat. Ale ja jestem przez babcię wychowana, może to takie podświadome ksero. Tylko w tej kwestii jednak, bo w innych daleko mi do powielania babcinego życia: kwestia czasów czy charakteru? Chyba głównie jednak charakteru. Babcia była zasadnicza, tradycyjna. Ja... hmm, a może w jakiś sposób napiszę o tym w następnej notce?

      Usuń
    6. Napisz, koniecznie:) Ja myślę, że dziś są jednak zupełnie inne czasy, pod tym względem lepsze: nikogo nie interesuje, że jesteś starsza od Męża. Kiedyś było inaczej, choć u mojej Mamy to była próżność:)
      Myśmy z MMŻ 'złamali' póki co, dwie 'tradycje', jedną dość ponurą...
      Otóż Mama mojego Taty była od swego Męża 4 lata starsza /dowiedziałam się z... pomnika właśnie:P, do dokumentów dorwałam się później;)/ i Żona Taty /Mama/ była też 4 lata starsza od Niego:) A ja jestem 3 lata młodsza od MMŻ:)
      Z kolei Dziadek MMŻ pochował dwie Żony, Tata MMŻ i Jego Brat też, a ja żyję:) Nasza stryjeczna Bratowa też:)))
      Więc może tę 'tradycję' przerwiemy też i my i Oni:)

      Usuń
    7. Inne czasy... Wczoraj właśnie o tym prowadziłam burzliwą rozmowę z koleżanką, że niby czasy inne, a piętnujemy podobnie. Może nie tych kilka lat "starszeństwa", ale wiele rzeczy jest uważanych za złe, tylko dlatego, że dzieją się innym, bo kiedy dzieją się nam są jak najbardziej ok.
      Nooo, obyś żyła długo i zdrowo! bo do kitu z taką "tradycją".

      Usuń
  4. tak tak u nas też wiało tak, że myślałam, że nam satelitę urwie razem z balustradą balkonową ;] ale dziś za to wiosna pełną gębą ;DDD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Yhym, u mnie też dziś wiosna, tylko... po co był ten wczorajszy śnieg, wieczorny deszcz jak z cebra? Przez to u mnie na wsi znów błoto jak złoto ;]

      Usuń
  5. A niech wieje, zwiewa i rozwiewa. I niech robi miejsce dla wiosny. Dla mnie takie "niewiadomoco", jeszcze nie przedwiośnie a już nie zima, to najgorsza pora roku, gorsza nawet od schyłku jesieni.
    Jakoś tak smutno-sentymentalnie Ci wyszło? A może to moje wrażenie.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A niech wieje, ale umiarkowanie, a nie tak, że mi dachy w wyobraźni fruwają :)
      Tego niewiadomoczego też nie lubię, choć i tak wolę to niż zimę w pełni.
      Sentymentalnie na pewno, ale nie wiem, czy smutno. I spacery po lesie, i lektura myśli Anny Pop sprawiają mi wiele przyjemności.

      Usuń
  6. nie znałam tego ufląganego słowa, więc bardzo Ci dziękuję, reszta tajemnicza, ale uflągane słowo zasłania:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo właściwie to słowo jest "uflogane", ale moja babcia mówiła jak wyżej, a ja powtarzam, wszak notka trochę o Niej.

      Usuń
  7. Prze długie lata byłam sentymentalna aż do obrzydzenia. Układałam na półkach, wieszałam, wkładałam do pudełek, które podpisywałam, słowem - śmieciłam chałupę. Od pewnego czasu stałam się poniekąd minimalistką, na widoku mam tylko to, co jest dla mnie naprawdę cenne (czyt.drogie sercu). Z czasem nazbiera się tego tyle, że się człowiek w tym topi, dlatego już tego nie robię. Nawet kartek nie wysyłam, tylko telefonuję, esemesuję i uprzedziłam już wszystkich, by mi kartek nie wysyłali. Za te ileś tam wysłanych kartek plus znaczek plus mój czas - książkę dobrą można kupić. A potem co większość robi z tymi kartkami, gdy święta miną. Do kosza idą w większości przypadków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nigdy nie byłam szczególnie sentymentalna, a nawet jeśli, teraz przeszło mi niemal jak ręką odjął. Owszem, trzymam znalezione zdjęcia, nawet ludzi, których zupełnie nie znam. Reszta ląduje w koszu.
      Kartki za to wysyłam namiętnie dość, ale głównie poza Polskę - zalogowana jestem na postcrossing.com, którego ideą jest wysyłanie i dostawanie kartek. Mam już kilka cudeniek. Świątecznych też nie wysyłam, choć może nie z braku sentymentów, a z lenistwa zwykłego.

      Usuń
  8. Ja niestety póki co, znajduję i odkrywam jedynie te ciemne "sentymenty rodzinne". Aż się czasem boję szukać/czytać/pytać/szperać głębiej. Aż czasem wolałabym nie wiedzieć. Mógłby ten wiatr zabrać w cholerę wszelkie dowody, pozacierać ślady. Szczęśliwsze byłoby moje "bardzopóźnedzieciństwo".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znalazłam też te ciemne. Któż ich nie ma, chciałoby się zapytać. Choć moje na dzieciństwo wpływu nie miały. Nie na moje przynajmniej.

      Usuń