KLIK, bo bliskie mojej prawdzie
Od pewnego czasu mam wrażenie, że mieszkam poza Polską. Wrażenie nasila się, gdy słyszę w telewizji zachwycone pianie zagnieżdżonych w stolicy polityków, zdaniem których nasz kraj jest zieloną wyspą szczęśliwości. Wyspą wprawdzie z deka ostatnio przybladłą, ale wciąż zieleń wyróżnia nas spośród przygniecionych kryzysem państw, a poszukiwanie oszczędności jest jedynie zabiegiem prewencyjnym, nie ratującym tonącego. Dla odróżnienia, lokalni politycy nieustannie przypominają nam o kryzysie zmuszającym do szukania tychże oszczędności wszędzie i zawsze. Jeszcze chwila i prócz zakręconych częściowo kaloryferów, zmniejszonego do minimum motywacyjnego i ręczników papierowych pod wydział, będziemy zmuszeni zamknąć szkołę na trzy spusty, mamy bowiem nieszczęście mieć spore grono uczniów dojeżdżających, a po odcięciu pipidówki od jednego z okolicznych gimnazjów kilka lat temu, teraz przyszła kolej na zlikwidowanie połączenia z drugim. Zostały nam jeszcze dwa miejscowe i trzy "dojazdowe", ale patrząc na opieszałość władz lokalnych, to tylko kwestia czasu. Słuchać mi się nie chce wymówek o braku pieniędzy; choć są, nie przeczę, prawdziwe, smutno patrzeć, jak znajdują się na inne, mniej priorytetowe kwestie. Podobną reakcję wywołuje u mnie argumentacja, że za szkołę nie odpowiada gmina, ale starostwo, dlatego też pierwszy organ problem ma w całkowitym poważaniu (drugi zresztą też, bo szkoła, choć chwalą się nią na prawo i lewo, zysków nie przynosi), zupełnie nie bacząc na to, że z pipidówki A do pipidówki B nie dojeżdża jedynie szkolna młodzież. Tej zaś wcale się nie dziwię, że chce się wyrwać z miejsca, które zamiera ledwie wybije godzina piętnasta. Nie tylko nie mają gdzie spędzić czasu wolnego - któż bowiem zainwestowałby w dom kultury, który wielu najchętniej wdeptałoby w ziemię, bo tylko stanowi źródło problemów, - ale i nie widzą tu żadnych perspektyw na przyszłość: w gros przypadków czeka ich praca za psie pieniądze i bez umowy albo z umową i za psie pieniądze wypłacane z kilkumiesięcznym poślizgiem. Tymczasem władze lokalne rozkoszują się kuluarowymi gierkami, napuszonymi mowami i mydleniem oczu nietrafionymi bądź szumnymi inwestycjami, które przynoszą im wygodę i splendor, a społeczeństwu nikły pożytek. Każdej soboty pokonuję zapomniany przez bogów i ludzi odcinek, żywcem wyjęty z zapyziałego XIX wieku i myślę sobie o wszystkich milionach, które oferuje nam Unia, i z których można by zrobić niemały użytek, gdyby tylko gmina czy powiat chciały napisać projekt i włożyć kapkę wysiłku w jego zrealizowanie, nie oczekując zysków personalnych. I jeszcze sobie myślę, że mam nawet pomysł na to, co mogłoby podnieść status finansowy pipidówki i zapewnić pracę ludziom. Powinniśmy mianowicie zainwestować unijne pieniądze w stworzenie skansenu klasy zero. Niewiele byłoby z tym zachodu.
U nas przenoszą ludzi w miejsce zameldowania, żeby nie płacić za dojazdy. Wszystkich ostatnio posrało - i w rządzie, i w mediach, i na ulicach tyż
OdpowiedzUsuńPrawda, Dosiu: ulice i media wcale nie lepsze niż władza na dole i górze.
UsuńMnie zawsze przychodzi do głowy cudowna "średnia krajowa". Przecież w Pl ludzie tak duuużo zarabiają, czemu narzekają? Nie rossumiem...
OdpowiedzUsuńYhym , ta średnia i mnie zadziwia. Kto ją wyrabia, skoro wokół aż bieda piszczy?
UsuńOstatnio śledzę ogłoszenia o pracę. Stawka 6zł/h to standard, kiedy pojawi się 7-8zł/h, pracodawca zaczyna być kimś w rodzaju miłosiernego boga, a 10zł/h to BARDZO DOBRE WARUNKI!!! Im więcej wykrzykników tym lepiej. Wypłata 1200 netto to szczyt marzeń i modły dziękczynne. No ale skoro do średniej liczą się zarobki polityków i byznesmenów, nic dziwnego, że oficjalnie wyciągamy kokosy.
UsuńDokładnie. A już najlepiej, gdyby do tego pracownik nie chciał umowy, a pracował na zlecenie lub jeszcze lepiej na czarno...
UsuńJa rozumiem, że prywatny biznesmen zarabia krocie (byle nie kosztem pracownika), ale że szefowie spółek państwowych dostają tyle, że się w głowie kręci, pojąć nie mogę.
Moimi przejazdami nikt się nigdy nie martwił, czasem mi na koniec roku jakiś głodowy "żołd" dano (na kawę starczyło)...
OdpowiedzUsuńNie chodzi mi o zwrot pieniędzy, ale o to, by w ogóle było czym dojechać. Nie można się spodziewać, że szesnastolatek będzie jeździł swoim samochodem.
UsuńWiem. Miałam na myśli, że w naszym zacnym kraju nikogo nie obchodzi, czym się dojeżdża i jak, czy to chodzi o szkoły czy zakłady pracy... A wieki temu, gdy nie dostałam się na studia, czekając na następne, by nie być na garnuszku rodziców, mama koleżanki załatwiła mi pracę, ale aż w Mikołowie w biurze. Dziewięć m-cy tak się nudziłam, bo biurko to nie dla mnie. Już o piątej rano stałam na rynku, podjeżdżał roboczy autobus, robił taką objazdówkę, po kolei zabierał nas do pracy. Potem odwoził. Można? Można! I to darmo było:) Też by gmina mogła coś takiego zorganizować, jakiś busik czy cóś. Drugi człowiek (jakikolwiek) nic się nie liczy, jeszcze przepędzony zostanie, że ma czelność się czegoś domagać.
UsuńWłaśnie, wtedy było za darmo. Owszem, argumentują niektórzy, że te darmówki sprawiały, iż dług rósł na potęgę, ale teraz też rośnie, a nic z tego nie ma: pieniądze idą do kieszeni wszelkiej maści kadry kierowniczej, ludzie zaś muszą obejść się smakiem.
UsuńAbstrahując od dojazdów, a na zimie się koncentrując, zupełnie jest dla mnie niepojęte, jak państwo może doprowadzić do sytuacji, w której ludzi nie stać na opał, bo mają wybór: żywność albo węgiel. I nie piszę tutaj o wspomaganiu ekstra pieniędzmi, a o tym, że pensja czy emerytura winna starczać na wszystko, co podstawowe.
Czyli co? Wymagać, brać, tylko broń Boże nic nie dać? Te "darmówki" - jak je nazwałaś - są nadal. Wypłaca się pracownikom diety? Zwraca choć część za bilety lub benzynę? Skrzydeł nie mamy! Zamiast zwracać, można podwieźć, w przeliczeniu wyszło to zakładowi taniej (wiem, bo w ekonomicznym siedziałam). Wspomniałam o tym, bo gmina mogła by nie tylko oczekiwać, ale i dawać, jeśli chce zatrzymać i wyuczyć mieszkańców. Przynajmniej coś zorganizować. Oby im tylko deskorolki nie zostały. Spokojnego dnia...
UsuńU nas diety pracownicze są jedynie za wyjazdy szkoleniowe (a i tak nie wiadomo, czy nie zniosą, bo przecież oszczędzać! trzeba), nigdy za dojazd do pracy, to już zawsze pozostaje w gestii pracownika, więc bus jedynie szkolny odpada. Dlatego optuję za postaraniem się o zorganizowanie kursów PKSowskich czy prywatnych dla wszystkich.
UsuńPrzede wszystkim, to oburzające, by nie przejmować się, jak dzieciaki mają dojeżdżać do szkół. Właśnie o takich przejazdach jak piszesz, myślałam. Nie chodzi o to, żeby były darmo, ale żeby jakieś były. W moim mieście jeździ taka "objazdówka" (busik) i dowozi dzieci dotknięte jakimś kalectwem do ich szkół. W mniejszych miejscowościach też coś takiego można by zorganizować, w Waszym przypadku, oczywiście, dla wszystkich - dzieci z okolicy, ale i też pracowników szkół, bo dlaczego nie? Przecież by się im zapłaciło za przejazd. Cześć mogłaby gmina pokryć, nie zubożałaby od tego wielce. Często kasa gminy na pierdoły idzie.
UsuńGmina odpowiada za gimnazja i podstawówki i te dzieciaki dowozi, szkoły ponadgimnazjalne są pod starostwem czy miastem, stąd bezczynność gminy. Jeszcze bym zrozumiała to, że nie chcą pieniędzy łożyć na nie swoją szkołę, ale kiedy już rok temu (bo to nie taka świeża sprawa) rzuciłam, że gmina mogłaby się za nami wstawić w starostwie usłyszałam coś, co mnie jeży do tej pory: mianowicie, że gmina jest ze starostwem w konflikcie. A co mnie to, do jasnej anielki, obchodzi? Czy któregokolwiek mieszkańca pipidówki? I wiesz, kto to powiedział? Nie jakiś oderwany od pługa chłop (nikomu nie ubliżając), który edukację ma w poważaniu, a nauczyciel, mój własny kolega. Stąd jestem tak na gminę cięta, bo tam większość ma takie zdanie.
UsuńJedno dziecko niepełnosprawne, które mamy w szkole, dowożone jest busem należącym do istniejących w pipidówce warsztatów dla niepełnosprawnych, patronowane przez jakieś stowarzyszenie katolickie, nie wiem, kto to finansuje. Nauczyciele zaś są albo miejscowi, albo mieszkają 40 kilometrów od pipidówki w mieście powiatowym (kilka osób dojeżdża z okolicznych wiosek samochodami i chyba wolałoby tego nie zmieniać), dzieci stamtąd nie mamy, ciężko więc tylko dla grupy nauczycieli transport organizować. Zresztą, akurat do i z powiatowego busy jeżdżą regularnie. Inna rzecz, że dziwię się tym nauczycielom, że nie szukają pracy na miejscu, niektórzy znaleźliby bez problemu, ale to już inna bajka.
mnie nie dotyczą takie problemy ale faktycznie jak słyszę o kolejnych zamykanych szkołach i strajkujących uczniach którzy nie chcą spędzić pół dnia na dojazdach do innych miejscowości to spodziewam się, że to nie za ciekawie wygląda ...
OdpowiedzUsuńDodam może jeszcze, Polluśka, że teraz się szkoły zamyka na hurra, bo niż jest, ale za kilka lat wejdziemy w wyż i co wtedy? Kto jednak by myślał o tym, co za jakiś czas - przecież wtedy inna ekipa będzie rządziła, niech się ona martwi.
UsuńCale liceum dojezdzalam do szkoly. Jak wiekszosc osob z moich stron. Pociag byl wtedy najlepszym wyborem. TEraz widze, ze wszytsko sie zmienilo. WIele polaczen zostalo zlikwidowanych. Czy to poskutkowalo? Uczniowie chetniej ida do innego miasta - tam, gdzie kursuja czeste pksy. Tyle szczescia, ze moja wioska jest polozona miedzy dwoma duzymi miastami. W innym przypadku sobie tego nie wyobrazam. Swoja droga, jak polaczenie moze byc nierentowne, skoro pociag az peka w szwach i trzeba sie naszukac miejsca zeby usiasc?
OdpowiedzUsuńW takiej my właśnie jesteśmy sytuacji: autobusy w kierunku jednej z gmin nam polikwidowali, tymczasem z owej gminy w kierunku innego powiatu są busy co pół godziny. Nasz powiat zaś (ani gmina) nic nie robią w kierunku zorganizowania jakiegokolwiek transportu, by szkoła znajdująca się na ich terenie miała łatwiej, za to za kilka miesięcy będą nas rozliczać za nabór. Rozumiem, że dzieci mają przyfrunąć. Dodam jeszcze może, ze ów drugi powiat oferuje właścicielowi busów wszelkie udogodnienia, a nasze władze naszym lokalnym przedsiębiorcom tylko kłody pod nogi kładą.
UsuńGorzko...
OdpowiedzUsuńI tak jest od co najmniej dwóch miesięcy...
UsuńTakie kurioza już były w Polsce, na świecie... skończyły się marnie i jedynie ku przestrodze zanotowali je pisarze. Czemu nie umiemy czerpać z nich wiedzy? Ano umiemy, ale tylko my, którzy wiemy, gdzie szukać. Polityków to nie dotyczy (bez względu na szczebel sprawowania urzędu), bo im się wydaje, że są od pierdzenia w stołki. Wydaje im się, że są u władzy, kiedy tak naprawdę to nie oni ją stanowią. Coś się matołom poprzewracało. My tu mamy demokrację a nie despotyzm.
OdpowiedzUsuńKiedyś mój własny kolega z pracy, a przy okazji lokalny radny, tak się zaperzył w tym swoim byciu politykiem, że rzuciłam mu, iż chyba pomylił role: to on jest dla społeczeństwa, nie społeczeństwo dla niego. Miesiąc się do mnie nie odzywał, miałam miesiąc spokoju. Coś mi się widzi, że po naszej dyskusji i powyższym szykuje mi się następny (co najmniej) miesiąc bez niego.
UsuńA politycy tak, są od pierdzenia w stołki i snobowania się na wszechwiedzących.
Cóż, kiedy zabraknie tych ludzi, to zabraknie też podatków, a co za tym idzie to też pensji dla tych pierdzistołków i może wtedy się ogarną, matoły jedne.
UsuńWiadomo, ale kto by o tym myślał, kiedy kadencja się skończy za nie tak znów długo i to już będzie problem kolejnej ekipy. Z drugiej strony, często co sami ludzie wchodzą do władz wciąż i wciąż.
UsuńZamykane szkoły, tragiczne moim zdaniem w przyszłych skutkach okrajanie programu w liceum... Kilkadziesiąt godzin skreślonych z rozkładu - wiesz, co sobie pomyślałam? /Ostro, uprzedzam/ Otóż, że Hans Frank by się ucieszył. Polacy mają umieć czytać ogłoszenia, co do pisania i liczenia nie był już taki pewny...
OdpowiedzUsuńPodzielam Twój niepokój i gromadzę masę książek dla Nastki, szukając tych, których jakimś cudem nie mam.
Przyznam, że wyborowi przedmiotów w liceum nie jestem przeciwna, byle tylko dziecię się rzetelnie wcześniej zastanowiło i rzetelnie później uczyło. Fakt, uważa się, że porządnie wykształcony człowiek winien mieć wiedzę z różnych dziedzin, jednocześnie widzę po słabych czy leniwych uczniach (a tych, niestety, jest wielu), że choć im się w głowy pcha wiele, niewiele z tego pamiętają. Ot, choćby matematykę biorąc na tapetę: ułamki liże się w czwartej, piątej i szóstej klasie (teoretycznie piszę), w żadnej się na nich nie koncentruje, bo trzeba biec lizać dalej. Lepsze dziecię załapie, słabsze ma zaległości. I tak ze wszystkim, i zaległości się gromadzą. Uwierzysz, że są u nas dzieci, które nie potrafią dodawać pisemnie? Przecież to nie zaległość z liceum.
UsuńInna rzecz, że biorąc pod uwagę, jakiej pamięciówy się w szkole uczy, nie jestem pewna, czy ogłoszenia potrafią czytać. I obawiam się, że Hans Frank nie miał racji: wtedy potrafili, przynajmniej ci wykształceni.
Jejku,sytuacja zaczyna sie powtarzac,dawniej tez ''dralowalo''sie po dobrych kilka kilometrow do szkoly,pozniej juz nam autobus zalatwili,ale dzis ludzie jakoby nabawili sie totalnej znieczulicy. Dlaczego nikt nie reaguje? Przeciez opieka nad dzieciakami powina byc priorytetowa sprawa,dzieciakow ktore chca sie wyuczyc w kraju.. Co stanie sie z Polska,gdy z jednej sprawy z skrajnosci popada sie w nastepna skrajnosc?
OdpowiedzUsuń..tu gdzie mieszkam jedno mi sie podoba napewno(,choc wiele rzeczy jest mi niepojetych i dziwacznych,ale co kraj ,to obyczaj) a mianowicie to,iz dziecko jako przyszly obywatel,ktory musi sie wyksztalcic i pozniej zasilac gospodarke swoja praca i panstwo podatkami,ma ogromna opieke i pomoc w nauce... sytuacja jest poprostu kolosalnie odwrotna niz w Polsce. Ale nie o tym,smutno i wsciekle przygladac sie tej absurdalnosci jaka sie dzieje w Ojczyznie...
Dzieciaki, te podstawówkowe i gimnazjalne, są dowożone, starszych gmina nie ma obowiązku wozić, co nie znaczy, że nie mogłaby się zatroszczyć o to, by autobusy kursowały, takie normalne, płatne.
UsuńMądre kraje wiedzą, że edukacja jest ważna. Nie dokończę myśli...
Zapytam tak: oglądasz może Ranczo?;) - jeśli nie, to polecam... Naprawdę dystansuje od "wku**a" codzienności;)
OdpowiedzUsuńOglądam, czy też właściwie oglądałam. Na szczęście, na co dzień mnie powyższe aż tak nie gnębi, ale ostatnio dyskutowaliśmy o tym żywo, stąd wkurw.
Usuń