KLIK, bo sobie - pewnie rychło w czas - odkrywam
Śmierć Wisławy Szymborskiej zaskoczyła mnie bardziej niż odejście Whitney Houston. Bo ta pierwsza była laureatką Nagrody Nobla, napisał mi na portalu (nie)znajomy o moim nazwisku, jakby miało to jakiekolwiek znaczenie. Ważny raczej był fakt, że pani Wisława wydawała się być z ludzi, którzy zostają na świecie wiecznie. A Whitney... No wiadomo, dobrą drogą nie szła. Tak czy owak nie dziwi mnie nagły wysyp miłośników poezji naszej noblistki, irytuje za to wszechobecne bicie się w piersi z powodu wcześniejszego nieczytania wierszy pani Szymborskiej. Nagle to wstyd, hańba, uszczerbek w intelekcie i wykształceniu. Nie przepadam za poezją; nie rozumiem jej, a może rozumiem inaczej niż sugerują podręczniki - nieistotne, nie czytuję. Zaskoczeniem niemałym więc było dla mnie zabranie z bibliotecznej półki tomiku wierszy Arnolda Słuckiego. Książka wciąż leży nieotwarta, nie wiem więc, czy rozpali we mnie wierszowaną miłość, sprawdziłam jednak w sieci, kim jest autor, do którego mnie magnetycznie ciągnęło. I masz babo placek: nie dość, że czerwonoarmista i PZPRowiec, to jeszcze urodzony w rodzinie żydowskiej. Jakież to pięknie niepoprawne politycznie. Równie obrazoburcza może wydać się moja opinia o "W ciemności" Agnieszki Holland: film był dobry, mocny, aktorstwo świetne (szczególnie podobał mi się fakt zaangażowania aktorów niemieckich), jednak to po wyjściu z "Sali samobójców" miałam mętlik w głowie, skołatane nerwy i duszę w rozsypce. Być może dlatego, że wojna stała się w naszych czasach wydarzeniem tak powszechnym, a jednocześnie tak wirtualnie odległym, że przerzucam ją w myślach niczym telewizyjny kanał. W filmie pani Holland to nie ona mną najmocniej wstrząsnęła, w pamięci najwyraźniej mam sceny normalności w nienormalności: piosenkę Krysi, zdradę Janka, seks Mundka i Klary. Szczątki wcześniejszego świata. W obliczu rosnącej we mnie aktualnie potrzeby bycia bardziej liryczną, oniryczną niemal, zaskakuje mnie moja dalece posunięta aempatia, każąca widzieć pewne wydarzenia jako przeszłe i rozpaczą nieodwracalne. Jednocześnie zaskakuje mnie zapas idealizmu, jaki wciąż w sobie noszę, a który niepotrzebnie wystawił łeb w czasie dyskusji stanowiącej przyczynek do poprzedniej notki. Wydawało mi się, że jakiś czas temu umarł śmiercią naturalną, a okazuje się, że wciąż się gdzieś we mnie kisi. Może towarzyszy mu sympatia do poezji. I większa wrażliwość.
--
Zaskoczeniem dużym jest dla mnie za to dywagacja nad tym, czy zabrać młodzież na film pani Holland, czy jednak zrezygnować, bo obraz zawiera za dużo seksu. I nic to, że jest to przede wszystkim historia okrutna, bo z widokiem śmierci niepotrzebnej młodzież może żyć, a zapatrzona w trzy sceny seksualnych aktów zepsuje się do szpiku kości? Zgadzam się w zupełności z anonimowym komentatorem na jednym z forów: kiedy w filmie są sceny brutalne, dzieci zostają w pokoju, kiedy są "momenty", wyganiamy je spać, i to jest chore, bo seks jest fizycznie normalny, okrucieństwo - nie.
Śmierć Wisławy Szymborskiej zaskoczyła mnie bardziej niż odejście Whitney Houston. Bo ta pierwsza była laureatką Nagrody Nobla, napisał mi na portalu (nie)znajomy o moim nazwisku, jakby miało to jakiekolwiek znaczenie. Ważny raczej był fakt, że pani Wisława wydawała się być z ludzi, którzy zostają na świecie wiecznie. A Whitney... No wiadomo, dobrą drogą nie szła. Tak czy owak nie dziwi mnie nagły wysyp miłośników poezji naszej noblistki, irytuje za to wszechobecne bicie się w piersi z powodu wcześniejszego nieczytania wierszy pani Szymborskiej. Nagle to wstyd, hańba, uszczerbek w intelekcie i wykształceniu. Nie przepadam za poezją; nie rozumiem jej, a może rozumiem inaczej niż sugerują podręczniki - nieistotne, nie czytuję. Zaskoczeniem niemałym więc było dla mnie zabranie z bibliotecznej półki tomiku wierszy Arnolda Słuckiego. Książka wciąż leży nieotwarta, nie wiem więc, czy rozpali we mnie wierszowaną miłość, sprawdziłam jednak w sieci, kim jest autor, do którego mnie magnetycznie ciągnęło. I masz babo placek: nie dość, że czerwonoarmista i PZPRowiec, to jeszcze urodzony w rodzinie żydowskiej. Jakież to pięknie niepoprawne politycznie. Równie obrazoburcza może wydać się moja opinia o "W ciemności" Agnieszki Holland: film był dobry, mocny, aktorstwo świetne (szczególnie podobał mi się fakt zaangażowania aktorów niemieckich), jednak to po wyjściu z "Sali samobójców" miałam mętlik w głowie, skołatane nerwy i duszę w rozsypce. Być może dlatego, że wojna stała się w naszych czasach wydarzeniem tak powszechnym, a jednocześnie tak wirtualnie odległym, że przerzucam ją w myślach niczym telewizyjny kanał. W filmie pani Holland to nie ona mną najmocniej wstrząsnęła, w pamięci najwyraźniej mam sceny normalności w nienormalności: piosenkę Krysi, zdradę Janka, seks Mundka i Klary. Szczątki wcześniejszego świata. W obliczu rosnącej we mnie aktualnie potrzeby bycia bardziej liryczną, oniryczną niemal, zaskakuje mnie moja dalece posunięta aempatia, każąca widzieć pewne wydarzenia jako przeszłe i rozpaczą nieodwracalne. Jednocześnie zaskakuje mnie zapas idealizmu, jaki wciąż w sobie noszę, a który niepotrzebnie wystawił łeb w czasie dyskusji stanowiącej przyczynek do poprzedniej notki. Wydawało mi się, że jakiś czas temu umarł śmiercią naturalną, a okazuje się, że wciąż się gdzieś we mnie kisi. Może towarzyszy mu sympatia do poezji. I większa wrażliwość.
--
Zaskoczeniem dużym jest dla mnie za to dywagacja nad tym, czy zabrać młodzież na film pani Holland, czy jednak zrezygnować, bo obraz zawiera za dużo seksu. I nic to, że jest to przede wszystkim historia okrutna, bo z widokiem śmierci niepotrzebnej młodzież może żyć, a zapatrzona w trzy sceny seksualnych aktów zepsuje się do szpiku kości? Zgadzam się w zupełności z anonimowym komentatorem na jednym z forów: kiedy w filmie są sceny brutalne, dzieci zostają w pokoju, kiedy są "momenty", wyganiamy je spać, i to jest chore, bo seks jest fizycznie normalny, okrucieństwo - nie.
Moja droga, socjalistyczny komuch i żyd na dodatek - toż to zbrodnia, że na kartki nie naplułaś. Dobrze, że na fejsie tego nie napisałaś, bo wstyd i hańba. Tak jak Szymborskiej sympatyzowanie z Leninem i jego ideałami w swoim czasie. Pocieszam - o ile stworzysz wiekopomne dzieło, za które zgarniesz kilka tysięcy koron szwedzkich (bo oni korony mają chyba?), zostanie Ci na wieki wybaczone
OdpowiedzUsuńNapisałam, musiałaś przeoczyć :)
UsuńPocieszać zaś mnie nie trzeba, bo sama i tutaj się przyznałam już, że za małego dziecięcia, niemego jeszcze, się najbardziej rozpromieniałam nie na widok pszczółki Mai czy innego Reksia, a Lenina właśnie, więc myślę, że po tomik sięgnęłam akuratni.
Przeczytałam, ale pewnie wzięłam to za swoje własne przemyślenia wycierając przy okazji smarki Młodemu i myśląc, jak się wprosić do babci na obiad ;)
UsuńZa swoje własne? Zupka Ci postrzeganie zamazała czy jesteś równie niepoprawna jak ja? Wybieram drugą opcję: nie będę sama gniła w pierdlu jak nas namierzą ;)
Usuńteż nie rozumiem do końca poezji i nigdy za nią nie przepadałam ale Wisławy żal bo była Wielka właśnie z powodu Nobla w Whitney może i spieprzyła sobie życie taką a nie inną wybierając drogę ale głos miała cudownie anielski i będzie go bardzo brakowało ...
OdpowiedzUsuńWielka dla nas jako Polaków, bo w sumie mnie osobiście, jako tej, która jej wierszy nie czytała, ciężko ocenić jej poetycki kunszt. Za to jako człowieka ją strasznie lubiłam: chciałabym taka pozostać na jesień życia. Inna rzecz, że czasem czytuję coś nagrodzonego szumnie i mnie rozczarowuje, ale nie ja jestem - powiedzmy - ekspertem. Wiadomo też jednak, że nagrody przyznaje się za różne kwestie - to taka luźna uwaga, niekoniecznie dotycząca pani Szymborskiej.
UsuńWhitney zaś głos miała cudowny, nie zamierzam przeczyć.
Ja się może od razu przyznam bez bicia, że w szkole tak mi obrzydzono 'Minutę ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej', że nie byłam jakoś w stanie dać się porwać poezji Szymborskiej, jak dałam np. Miłosza, Herberta, Pawlikowskiej i poetycznym tekstom Kaczmarskiego... No i jeszcze paru by się znalazło...
OdpowiedzUsuńWhitney - po prostu lubiłam Jej słuchać - nic więcej, nic mniej. Szkoda, że artyści z dużym potencjałem umierają w zaskakująco podobny sposób... Odpowiedź chyba tylko z pozoru jest prosta...
Zupełnie tego wiersza nie kojarzę, przyznaję bez bicia, ale ja w ogóle Szymborskiej ze szkoły nie pamiętam i nie wiem, czy to z powodu tego nielubienia poezji, czy zwyczajnie jej nie "przerabialiśmy".
UsuńTak, odpowiedź pewnie nie jest prosta, choć przyznam, że niektórych życiorysów zupełnie nie rozumiem, ale... nie jestem w skórze drugiego człowieka, a moja empatia, jak napisałam powyżej, jakoś ostatnio leży i kwiczy, ech.
O śmierci Houston też dowiedziałam się z Facebooka. Szkoda babki, bo miała talent, ale sama wybrała sobie taki los. I nie bardzo rozumiem histeryczne szlochy po niej - tak jak nie rozumiałam szlochów po Amy. Doceniam talent, naprawdę, ale nie potrafię wykrzesać z siebie większej dawki współczucia dla kogoś tylko dlatego, że się zaćpał.
OdpowiedzUsuńZa to Szymborska... Zdziwiłam się, że kiedy ziomki-znajomki od "kurwajapierdolę" nagle zaczęły wstawiać na F. linki do jej wierszy. Ale ok, może wyglądają jak rasowe dresy, a w domu czytają poezję przed kominkiem. Ale co mnie mierzi maksymalnie - wygrzebywanie komunistycznych wpadek. Tak jakby ona to ukrywała i trzeba było nagle wszystkich oświecić jaką była podłą, wyrachowaną i zuą biczą. Na Interii360 widziałam taki żałosny artykuł na ten temat, że aż napiszę kontrfelieton. Jak tylko pojawi się tam mój zgłoszony niedawno art. o filmach porno :)))
Podasz mi linka? Chętnie przeczytam, o filmach porno też :)
UsuńJa o śmieci Szymborskiej dowiedziałam się z Facebooka, o Houston wyjątkowo przeczytałam na Onecie. I chyba mam zdanie podobne do Twojego, z tym, że dodam, że nawet gdyby, na przykład, zginęła pod kołami samochodu w zwyczajnym wypadku, jakoś histerii szlochów pojąć nie mogę. Była dla mnie jedną z wielu przed śmiercią, czemu śmierć ma ją czynić nagle wyjątkową?
A tak, wygrzebywanie komunistycznej (sic!) przeszłości też mnie mierzi, tym bardziej, że wielu komentujących zwyczajnie nie ma pojęcia o tamtych czasach, bo pieluchy w zębach nosili albo i to jeszcze nie. Zresztą, bez przesady z tym jej zaangażowaniem, to był epizod, zauroczenie, każdemu się może zdarzyć. Łatwo żyć teraz i mówić, jakich to wyborów by się nie dokonało.
http://interia360.pl/artykul/prawa-reka-zawsze-wierna,51721
UsuńProszę :)))
A co do śmierci, to już nie pierwszy raz przekonuję się, że śmierć jest jak świnka z Orwella - równa i równiejsza.
A mówią o niej, że to jedyna sprawiedliwa rzecz w naszym życiu...
UsuńI dzięki :)
Zaintrygowało mnie stwierdzenie: "a może rozumiem inaczej niż sugerują podręczniki". Właśnie tacy ludzie POWINNI czytać dużo poezji. Ta świeżość jest bezcenna! - filolog Ci to mówi;)
OdpowiedzUsuńNie na nowej maturze jednak, filologu ;)
UsuńNiemniej chełpliwie dodam, że uważam jak Ty.
Urok (heh, wątpliwy rzecz jasna) naszych czasów polega na tym, że tym większe zaskoczenie i emocje im większa sensacja związana z wydarzeniem i ilość brudów do wyciągnięcia przy okazji...
OdpowiedzUsuńJednej i drugiej mi szkoda. Choć Whitney szkoda mi było już od dawna.
To akurat święta prawda: jaka to często radość skopać umarłego...
UsuńJa, może nie przepadam za poezją (uważam, że to niewłaściwe słowo), ale ją lubię i czasem czytam. Mam kilku ulubionych, m.in Szymborską (wierz w to lub nie, jak tam chceta), Julię Hartwig, Zbigniewa Herberata itd. Do poezji muszę mieć nastrój. Do słuchania muzyki też, do oglądania takich lub innych filmów też. Reasumując zawsze będę czytała (wolę jednak prozę), zawsze będę słuchała muzyki, filmy. Ale nie te modne, nie te, które brać intelektualna narzuca, ale co mi w duszy zagra. No, i zawsze będę fociła. Ooooo!:))))))
OdpowiedzUsuńNie mam powodu nie wierzyć. W notce bardziej chodzi mi o typ opisany wyżej przez Ken G, czyli, łagodnie mówiąc, mających problemy z odróżnieniem Szymborskiej od Wisłockiej, a tej pierwszej śmiercią złamanych bardziej niż jej rzeczywiści wielbiciele.
UsuńI dobrze, kultura jest tak pojemna, że starczy w niej miejsca dla wszystkich i jest z czego wybrać dla wszystkich. Brać intelektualna czasem zaś narzuca takie, sorry, gówno, że mnie jest ciężko doszukać się tam czegokolwiek. Ale... może nie dorosłam? I pewnie w życiu nie dorosnę.
Teraz tego zatrzęsienie. Wystarczy super reklama i ... coś na topie. A potem, obciach się przyznać, że człek niepojęty jakiś czy cóś, że nie przyklaskuje a nawet zdegustowany z kina wychodzi czy książki doczytać do końca nie może. Chyba mam jakiś spaczony intelekt. Ale, to mój intelekt, jaki by nie był. O!
OdpowiedzUsuńTakie miałam wrażenie na "Róży". Film dobry, zaprzeczać nie zamierzam, a jednak wysłuchałam wielu opinii, że zakleszcza w przerażeniu od pierwszej sceny, ja zaś nic, nieczuła jak napisałam w notce. Gdzieś w połowie mnie ruszać zaczęło, i wcale nie to, co tych, którzy przede mną widzieli.
UsuńBardzo ważne o tym okrucieństwie, to samo obserwuję i tak samo o tym myślę,
OdpowiedzUsuńi ludzie nawet nie wiedzą, kiedy okrucieństwo już się zaczyna/zaczęło
i to jest widoczne ciągle, i ciągle niewidzialne,
naprawdę
czy my dość o tym piszemy na ten swój sposób?
Czasem wydaje mi się wręcz, że im ludzie chcą tego okrucieństwa więcej i więcej, bo ono ich... kręci?
Usuń