7 września 2011

Wykończenie pasażera oraz bilans strat i strat..

W cywilizacji pop nie warto się kompromitować przed pustą trybuną, jako rzecze Ignacy Karpowicz w wywiadzie dla "Bluszcza" i pewnie dlatego niemałe już grono obserwatorów ogarniętych jest pustym śmiechem nie do powstrzymania. Okazuje się bowiem, że policzenie do dwunastu może sprawiać trudność równą nauczeniu się znaków tradycyjnego pisma chińskiego. Albo niewspółmiernie większą, bo o ile przeciętny Chińczyk jest w stanie w ciągu ponadczterdziestoletniego życia przyswoić sobie ojczyste pismo na tyle, by swobodnie napisać wszelkie najpotrzebniejsze zdania, o tyle pewien ktoś, kto za dokumentację odpowiada, od dwóch tygodni nie potrafi doliczyć się tuzina osób. W tej sytuacji nie ma się co dziwić, że setka pierwszaków jest liczbą niepoliczalną, a za zsumowanie niemal pięciuset uczniów w szkole i przeliczenie ich w rozbiciu na chłopców i dziewczynki w ogóle szkoda się brać, bo i tak wyjdą za każdym razem inne farmazony. Jakby nieco mniej rozbawione zaistniałym rozgardiaszem są ci, którzy na informacjach pochodzących od wyżej wymienionej muszą polegać, przez co przychodzi im świecić oczyma, że nie wiedzą oczywistego. Kapkę mało rozśmieszona czuję się również ja, bo najważniejsze z list, które zostawiłam rzeczonej w lipcu rozpłynęły się w powietrzu, a te, które pod koniec sierpnia ponownie oddałam jej do rąk własnych, są ignorowane, wszelkie zaś poprawki, dopiski i odpisy czynione są na wykazach zupełnie nieaktualnych i nieuaktualnianych w sposób rzetelny. Dlatego obawiam się, że użyte wyżej słowo rozgardiasz jest w odniesieniu do jednego z pionów naszej szkoły raczej przesadnie delikatnym eufemizmem. Przez tenże pion moja cierpliwość gimnastykuje się jak Nadia Comăneci, aż ją w krzyżu strzyka, co skutkuje chęcią uzależnienia się od melisy, skosztowania artykułów kolekcjonerskich barwiących świat, skorzystania z urlopu dla poratowania zdrowia psychicznego tudzież odejścia na wcześniejszą emeryturę. Najpewniej jednak machnę na to wszystko ręką, odurzę się świeczką o zapachu zielonej herbaty i będę medytacyjnie wymrukiwać napełniające energią ooo-aaa-ummm-ooo, licząc na to, że nie zaszkodzi, jeśli nie pomoże.

Istnieje ponadto szansa, że znów w pociągu spotkam intrygującego pasażera i, zamiast jedynie oddawać się fantazjom, rzeczywiście pójdę za nim do domu o matowiejących w bladym bladym blasku zachodzącego słońca drzwiach. Popatrzę jak znika on w czeluściach tajemniczego budynku, którego nigdy wcześniej nie widziałam, choć przechodziłam i przejeżdżałam tamtędy setki razy i powinnam znać okolicę na pamięć. Dziwność tej niewiedzy wytłumaczę sobie jednak łatwo ekstremalnym brakiem spostrzegawczości i bez zbędnych ceregieli zapukam do drzwi. Dłuższą chwilę postoję w ciszy, niepewna: odejść czy czekać, aż w końcu szuranie z drugiej strony zdradzi, że pasażer nie wyszedł tylnym wyjściem, zorientowawszy się, że go śledzę. Otworzy mi drzwi i gestem zaprosi do środka, w milczeniu ugości kawą i wczorajszym ciastkiem. Poczuję się nieswojo, nawet ogarnie mnie panika, będę jednak siedziała sztywno na niewygodnym, nieobitym krześle, trawiona ciekawością, wyczekująca historii zapisanej maczkiem kartki, żadna wytłumaczenia dla jego milczenia, dla nieobecnego wzroku, dla domu w miejscu, w którym zwykle rosły pomarszczone żółte róże, teraz uświadomię sobie to wyraźnie. Zerwę się z krzesła, nagle zakręci mi się w głowie i opadnę bezwładnie na krzesło, nie mogąc się ruszyć, z zaschniętym gardłem i rezygnacją w oczach. W oczekiwaniu na straszne, przypomnę sobie, że miałam wysiąść w pipidówce, zjeść z Duńskim kolację, obejrzeć film, przewertować czasopismo, usnąć, śnić. Przydługo jednak nic się nie zadzieje, nie zaleję się krwią z rozciętej czaszki, nie poczuję jego brudnego dotyku, nie wyszarpie mi garści włosów, nie uderzy na odlew w twarz, otworzę więc oczy i zobaczę nad sobą zatroskaną staruszkę ze szklanką lodowatej wody w wysuszonej dłoni. Zemdlała pani tak nagle, usłyszę skrzypiący głos i poczuję, jak woda wilży mi usta. Rozejrzę się podejrzliwie po pokoju, wychylę się, by zajrzeć w głąb korytarza. Nigdzie nie będzie pasażera. Zmarszczę brwi, nie wierząc, że tak po prostu zniknął, nie mógł zapaść się pod ziemię, zapytam więc, gdzie podział się mój niedoszły oprawca. Kobieta zrobi zdziwioną minę, jakby zupełnie nie wiedziała, o czym mówię, a ja stracę rezon i zacznę się zastanawiać, czy to wszystko mi się nie przyśniło. Może z gorąca zasłabłam na ulicy, a miła staruszka udzieliła mi schronienia przed palącymi promieniami słońca? Po kilku minutach kurtuazyjnej rozmowy, wymówię się pociągiem powrotnym. Wyjdę z domku na błyszczącą latarniami i światłami samochodów ulicę, powoli pójdę w stronę dworca kolejowego wiedząc, że nie czeka tam na mnie żaden pociąg i mając w perspektywie spędzoną na hali noc. I wtedy poczuję na sobie zły wzrok. Odwrócę się powoli i spojrzę w oczy stojącemu w oświetlonym oknie pasażerowi. Uciekłaś mi tym razem, więc do spotkania, usłyszę dudnienie w myślach. Biegiem rzucę się ku dworcowi.

Istnieje szansa, że przeżyję to wszystko, a w wtedy ekstremalne doznania szkolne wyblakną w obliczu przeżytego w wyimaginowanym domku koszmaru.

15 komentarzy:

  1. Hmm, czyzby ta osoba ktora to wszystko kalkuluje o arkuszu kalkulacyjnym nie slyszala?;d

    A zakonczenie... no widzisz, ciagle otwarte;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. W obliczu szkolnych przeżyć wszelkie horrory bledną...

    OdpowiedzUsuń
  3. uwielbiam Twoje pisanie:)
    Czasami tęsknię za szkołą, ale nie tą taką dzisiejszą nowoczesną, tylko tą taką moja z Pitagorasem na matematyce :)
    Odkąd przesiadałam się na auto nie często zdarza mi się korzystać z publicznych środków lokomocji. Jednak jest coś w podróżujących, co zmusza by zastanowić się, zaciekawić się ich życiem. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Zielona, a myślisz, że słyszała? A w życiu!
    Tak, znów otwarte, takie lubię, pozbyć się ich nie mogę. Zresztą, Kinga teraz czytam, a wiesz, jak się kończą horrory: tak, żeby się dało jakiś sequel zrobić ;)

    Andrew, mnie też miło, że jesteś. Niedawno tak weszłam na jakąś starą notkę i myślałam o tym, gdzieście się podziali...
    Liceum jest fajne. Fajnie się tam pracuje, fajnie się tam jest. I masz rację, kiedy patrzę wstecz na swoje licealne problemy, były one takie tycie. Pewnie, że wtedy najważniejsze na świecie, ale obiektywnie, jak piszesz, miałkie.

    Liv, zwłaszcza w obliczu piekła sekretariatu. To niemal jak na studiach owiany złą sławą dziekanat ;)

    Greensalt, dziękuję :)
    A ja najchętniej bym spróbowała szkoły wirtualnej. Takiej, gdzie się człowiek gnieździ w fotelu i przez przewody jest nauczany. Czyli, jak na nasze warunki, ultranowoczesnej. A póki co, głównie kreda i tablica, bo u nas, na ten przykład, prócz problemów z liczeniem, są jeszcze problemy z uruchomieniem komputerów: serwer na początku wakacji padł i tak sobie leży.

    OdpowiedzUsuń
  5. Trochę chaotyczne , bez puenty ,dającej zaskakujący zwrot .

    OdpowiedzUsuń
  6. Dlatego tak się wystrzegam dokończeń. Zresztą, skoro chaotycznie, to akurat w samo sedno szkolnego klimatu ;)
    Yyyy, a w ogóle odnosisz się do całości opowiadania czy jedynie tego, co w tej notce?

    OdpowiedzUsuń
  7. eh ta szkoła ... burdel tam mają czasem niesamowity ale co ja się dziwię jak bałagan ogromny jest nawet w moim Sądzie Rejonowym i co chwila coś ginie a z naszego UM jak wpływają do mnie pisma to 2 tygodnie opóźnione i przesłane faksem bo się komuś nagle przypomniało ....

    OdpowiedzUsuń
  8. Podobnie, jak się dziś potwierdziło, w naszym starostwie: ścigali nas o ilość uczniów i się pieklili, co ich tak ubyło w porównaniu z początkiem lipca, a się okazało, że złe listy sobie podrukowali. I jeszcze dodam bank, w którym pani przy mnie szukała wniosku kredytowego innej petentki. Szukała długo i bez skutku, dodam.
    Normalnie się człowiek lepiej powinien poczuć, że nie tylko u niego takie rozgardiasz, ale... wcale mi to humoru nie polepsza, bo wolałabym jednak porządek. Choćby względny.

    OdpowiedzUsuń
  9. buuuuuahhahahhahhahahaaa szkoła to specyficzne miejsce funkcjonujące w oparciu o teorię względności a jednocześnie hołdujące teorii chaosu. Buziak!

    OdpowiedzUsuń
  10. a ja w jeśli chodzi o szkołę to poza tą czarną tablicą i białą kredą to zawsze interesowałam się dziennikiem nauczyciela :)
    takie wirtualne studia to nie powiem ciekawe było by doświadczenie, tylko nie wiem czy mi starczyło by odwagi by spróbować...
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  11. Jedynie tego co w tej notce !

    OdpowiedzUsuń
  12. Przeczytałem całość , i teraz to ma usprawiedliwienie i głęboki sens . Opowiedziane całkiem sprawnie i bez niepotrzebnych dłużyzn . Dlatego nie skojarzyłem całości , byłem za leniwy by przeczytać poprzedni długi tekst . Przepraszam za moje wrodzone lenistwo , lubię krótkie treściwe teksty , Ty , odwrotnie lubisz się rozpisywać !

    OdpowiedzUsuń
  13. Aguśka, a niech się chaos panoszy, jak już wrzesień minie, ja się wdrożę i wszystko mi się stanie jedno ;)

    Greensalt, a mnie dziennik (już jako nauczyciela) w ogóle nie interesuje i chętnie bym oddała jego prowadzenie komuś, kto papiórki lubi. Ja tego nie zno-szę!

    Air, Twoje lenistwo jak najbardziej jest usprawiedliwione: od tygodnia robię wszystko, by nie zabrać się za pisanie rozkładów materiału, gdzieś się więc trzeba rozpisać, na bloga padło.
    Widzisz, musiałam w powyższej notce coś zakombinować, bo, jak już wspomniałam, nie lubię dalszych ciągów: zawsze wydają mi się naciągane. W moim wydaniu, oczywiście, inni niech sobie sequele piszą na zdrowie.

    OdpowiedzUsuń
  14. to może zawiążemy spółkę - ja uzupełniać będę dziennik a Ty ... mhm coś Ci znajdziemy :) zainteresowana?

    OdpowiedzUsuń
  15. Pewnie! Ja mogę wziąć na siebie cały ciężar użerania się z dzieciorami - to akurat uwielbiam :)

    OdpowiedzUsuń