Niemal spóźniła się na pociąg. Kluczyła wśród podchodzących jej pod nogi ludzi, czując rwący ból w łydkach, który towarzyszył jej zawsze, gdy zbytnio przyspieszała. Reklamówka z książkami i grafitowy garnitur ciążyły, bluzka lepiła się do rozgrzanego słońcem ciała, a cienkie pasma włosów uporczywie wsuwały się pod przyciemnione okulary, łaskocząc nieprzyjemnie w nos i policzki. Niecierpliwym ruchem, nie zwalniając kroku i unosząc ku twarzy to jedną reklamówkę to drugą, próbowała odgarnąć kosmyki, a wtedy ból w łydkach rozlewał się na kostki. Już miała machnąć ręką na pociąg, pójść na kawę z mlekiem i croissanta z konfiturą, ale zauważyła okrągły zegar wskazujący zachęcające dwadzieścia pięć po drugiej i jeszcze przyspieszyła, ignorując bolesne rwanie. Wpadła na dworzec wystarczająco wcześnie, by kupić bilet. Pociąg stał jeszcze dłuższą chwilę, zanim rozległ się beczący sygnał odjazdu. Rzuciła niedbale pakunki, z ulgą zdjęła odparzające stopy sandały, rozparła się z nogami na przeciwległej kanapie i rozrzuconymi na boki ramionami. Powoli odparowywała. Wyjęła książkę, która miała ją porwać, a nudziła raczej i tylko z szacunku dla pisarza brnęła dalej w może i ciekawą historię, opowiedzianą jednak w nieopowiadający jej sposób.
Nie od razu zwróciła na niego uwagę. Siedział po drugiej stronie przejścia wiodącego przez przedziału, nerwowo skubiąc ściskaną w dłoni czarną, sfatygowaną saszetkę. Miał przerzedzone, zaczesane do góry włosy, zmierzwioną brodę i niepewność w oczach. Że też się nie roztopi w tym długim rękawie, pomyślała i wróciła do nużącej lektury. Zmęczone czytaniem i gorącem oczy same jej się zamykały, nie pozwalała sobie jednak na drzemkę w obawie przed przejechaniem stacji. Za oknem migały obsypane soczystą zielenią drzewa, pierzaste obłoki skrzyły się w słońcu, bydło leniwie się pasło, zboże kołysało się delikatnie smagane wietrzykiem.
Donośny głos konduktora wyrwał ją z odrętwienia. Chyba jednak na chwilę usnęła. Mechanicznie podała mu bilet i powróciła do studiowania monotonnego krajobrazu za oknem. Ale musi pan mieć bilet, usłyszała, jak kontroler niecierpliwie podnosi głos, co mi pan tu w ogóle pokazuje? Brodaty pasażer w popłochu potrząsał zapisaną maczkiem kartką, konduktor jednak nie zamierzał czytać, uparcie żądał biletu i groził koniecznością wypisania mandatu kredytowego. Widziała, jak kontrolowany wciska się głębiej w kąt i rozdygotanymi rękoma wertuje plik dokumentów wyrzuconych z saszetki. Szkoda faceta, taki zagubiony, pomyślała i głośno zapytała o cenę biletu do stacji docelowej. Nie wyszło dużo, zaoferowała więc, że zapłaci, bo po co pasażer ma wysupływać dziesięciokrotność ceny przejazdu. I tak już wyglądał jak kupka nieszczęścia. Bilet wypisano, już podawała konduktorowi pieniądze, kiedy jej towarzysz podróży wyciągnął dwudziestozłotowy banknot. No i co pan nie mówi, że ma pan pieniądze?
Przestała zwracać uwagę na to, co się dzieje za oknem, kątem oka obserwowała pasażera po drugiej stronie, pisząc w głowie historię jego życia, zastanawiając się, co go skłoniło do podróży, dlaczego stał się taki wycofany, i wreszcie, co za papier tak kurczowo ściskał w drżącej dłoni. Z rozmysłem przejechała stację, na której miała wysiąść. W mieście szła za nim pewnym krokiem, nawet nie starając się, by jej nie dostrzegł, był tak zanurzony w swoim świecie, że nie widział ludzi wokół. Przechodnie trącali go ramionami, raz krzyknęła ostrzegawczo, kiedy jakby zamroczony przechodził przez ulicę, nie zareagował jednak i tylko refleks szpetnie klnącego kierowcy uratował mu życie. Szedł prosto do celu, do niepozornego domku tuż za kolejowym wiaduktem. Odnosiła wrażenie, że gdy tylko budynek znalazł się w zasięgu wzroku, jego kroki stały się żwawsze, a spojrzenie mniej rozbiegane. Energicznie zapukał, drzwi otworzono niemal natychmiast, równie szybko się za nim zamknęły.
Stanęła niezdecydowana. Co właściwie miała zrobić? Zapukać do obcych drzwi i spytać, co gnębi napotkanego w pociągu mężczyznę? Nie należała do tych wścibskich, którzy nie mieli żadnego problemu z zadawaniem najbardziej intymnych pytań, szanowała przestrzeń innych, wymagała poszanowania dla swojego kawałka prywatności. Tym razem jednak zżerała ją ciekawość. Odtworzyła w pamięci mapę tego wycinka miasta, miała pewność, że tego domku tutaj wcześniej nie było. Nie mogła go przeoczyć, mimo nierzucającego się w oczy wyglądu, prawie wchodził na ulicę, którą przez siedem lat przemierzała trzęsącym się autobusem do szkoły i ze szkoły. Nie wyglądał na nowo wybudowany, raczej przeniesiony z innego miejsca. Tak, olśniło ją, jakby pojawił się tutaj specjalnie dla niego. Bez namysłu ruszyła ku matowiejącym w zachodzącym słońcu drzwiom.
Nie od razu zwróciła na niego uwagę. Siedział po drugiej stronie przejścia wiodącego przez przedziału, nerwowo skubiąc ściskaną w dłoni czarną, sfatygowaną saszetkę. Miał przerzedzone, zaczesane do góry włosy, zmierzwioną brodę i niepewność w oczach. Że też się nie roztopi w tym długim rękawie, pomyślała i wróciła do nużącej lektury. Zmęczone czytaniem i gorącem oczy same jej się zamykały, nie pozwalała sobie jednak na drzemkę w obawie przed przejechaniem stacji. Za oknem migały obsypane soczystą zielenią drzewa, pierzaste obłoki skrzyły się w słońcu, bydło leniwie się pasło, zboże kołysało się delikatnie smagane wietrzykiem.
Donośny głos konduktora wyrwał ją z odrętwienia. Chyba jednak na chwilę usnęła. Mechanicznie podała mu bilet i powróciła do studiowania monotonnego krajobrazu za oknem. Ale musi pan mieć bilet, usłyszała, jak kontroler niecierpliwie podnosi głos, co mi pan tu w ogóle pokazuje? Brodaty pasażer w popłochu potrząsał zapisaną maczkiem kartką, konduktor jednak nie zamierzał czytać, uparcie żądał biletu i groził koniecznością wypisania mandatu kredytowego. Widziała, jak kontrolowany wciska się głębiej w kąt i rozdygotanymi rękoma wertuje plik dokumentów wyrzuconych z saszetki. Szkoda faceta, taki zagubiony, pomyślała i głośno zapytała o cenę biletu do stacji docelowej. Nie wyszło dużo, zaoferowała więc, że zapłaci, bo po co pasażer ma wysupływać dziesięciokrotność ceny przejazdu. I tak już wyglądał jak kupka nieszczęścia. Bilet wypisano, już podawała konduktorowi pieniądze, kiedy jej towarzysz podróży wyciągnął dwudziestozłotowy banknot. No i co pan nie mówi, że ma pan pieniądze?
Przestała zwracać uwagę na to, co się dzieje za oknem, kątem oka obserwowała pasażera po drugiej stronie, pisząc w głowie historię jego życia, zastanawiając się, co go skłoniło do podróży, dlaczego stał się taki wycofany, i wreszcie, co za papier tak kurczowo ściskał w drżącej dłoni. Z rozmysłem przejechała stację, na której miała wysiąść. W mieście szła za nim pewnym krokiem, nawet nie starając się, by jej nie dostrzegł, był tak zanurzony w swoim świecie, że nie widział ludzi wokół. Przechodnie trącali go ramionami, raz krzyknęła ostrzegawczo, kiedy jakby zamroczony przechodził przez ulicę, nie zareagował jednak i tylko refleks szpetnie klnącego kierowcy uratował mu życie. Szedł prosto do celu, do niepozornego domku tuż za kolejowym wiaduktem. Odnosiła wrażenie, że gdy tylko budynek znalazł się w zasięgu wzroku, jego kroki stały się żwawsze, a spojrzenie mniej rozbiegane. Energicznie zapukał, drzwi otworzono niemal natychmiast, równie szybko się za nim zamknęły.
Stanęła niezdecydowana. Co właściwie miała zrobić? Zapukać do obcych drzwi i spytać, co gnębi napotkanego w pociągu mężczyznę? Nie należała do tych wścibskich, którzy nie mieli żadnego problemu z zadawaniem najbardziej intymnych pytań, szanowała przestrzeń innych, wymagała poszanowania dla swojego kawałka prywatności. Tym razem jednak zżerała ją ciekawość. Odtworzyła w pamięci mapę tego wycinka miasta, miała pewność, że tego domku tutaj wcześniej nie było. Nie mogła go przeoczyć, mimo nierzucającego się w oczy wyglądu, prawie wchodził na ulicę, którą przez siedem lat przemierzała trzęsącym się autobusem do szkoły i ze szkoły. Nie wyglądał na nowo wybudowany, raczej przeniesiony z innego miejsca. Tak, olśniło ją, jakby pojawił się tutaj specjalnie dla niego. Bez namysłu ruszyła ku matowiejącym w zachodzącym słońcu drzwiom.
Niesamowite! Zaintrygowałaś mnie:) Czekam na ciąg dalszy, mam nadzieję, że będzie:)
OdpowiedzUsuńHmm, przyznam, że nie lubię ciągów dalszych, ale może...
OdpowiedzUsuńW takim razie nie zdradzę, przynajmniej na razie, co mi po głowie chodziło.
Dziękuję :)
obstawiam, że Pan był głuchoniemy i to miał napisane na kartce :)))
OdpowiedzUsuńPudło, Polluśka - wydusił z siebie, dokąd jedzie. Sytuacja w pociągu jest autentyczna :)
OdpowiedzUsuńaaaaaaaaaa to nie trafiłam ;]
OdpowiedzUsuńAle każda interpretacja dobra - dlatego zresztą nie ma zakończenia :)
OdpowiedzUsuńSwoją drogą, głuchoniemi to chyba nie mają karteluszek zapisanych maczkiem, a jedno czy dwa zdania sporymi literami - tak, żeby się nie musieć wczytywać, a widzieć od razu, o co biega, nie?
Ja bym postawiła na jakiś szpital... ale czekam na ciąg dalszy:)
OdpowiedzUsuńCi którzy przychodzą do mnie do pracy mają duże kartki i mocno zapisane :)
OdpowiedzUsuńNikki, może być niejaki problem z tym ciągiem dalszym, ale kto wie...
OdpowiedzUsuńPolly, no widzisz, jakie różne doświadczenia :)
Nie lubie tego, zeobie za marude... ale mam wrazenie, ze ta koncowka jest taka dopisana na sile, jakby doklejona?
OdpowiedzUsuńI dobrze! Po co mi tak słodzić cały czas? Wszak to tylko amatorskie bajdurzenie :)
OdpowiedzUsuńPoza tym, wyczułaś mnie świetnie - po prawdzie nie bardzo wiedziałam, na które zakończenie się zdecydować, pewnie stąd to wrażenie doklejenia. To wahanie zaważyło na braku naturalności.
No i teraz czekam na ciąg dalszy. Bo chyba nie chcesz nas tak zostawić? :)))
OdpowiedzUsuńNo, kurczę, właśnie chcę. Bo w sumie to jest całość. Wprawdzie miałam myśl, by pociągnąć, ale...
OdpowiedzUsuńNa Onecie pod notką zaprosiłam do zabawy: może ktoś skończy za mnie.
Czasu na czytanie książek totalnie brak, jak dobrze że można pobudzić swoją wyobraźnię na zaprzyjaźnionych blogach :) Serdecznie pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńNo tak, książki zwykle mają jakieś zakończenia, a tu takie wyzwanie ;))
OdpowiedzUsuń