Dyndam. Błądzę sobie zawieszona między niebem a ziemią i zamaszyście macham nogami, choć nogami nie powinno się machać, bo wtedy człowiek kołysze do snu diabła, jak mawiała moja świętej pamięci babcia. Ponieważ jednak z czartami jestem za pan brat, do pakietu dorzucam kołysankę. Fałszuję kapkę, ale w żółtych ślepiach biesa nie dostrzegam irytacji, zatracam się więc w moim mruczandzie. Aaaa, koty dwa, rude, wredne, pełne zła. Diablę przymyka oczy, a ja spoglądam na zatłoczony padół łez i odgaduję, co się w ludzkich głowach roi. Nie zazdroszczę człowiekowi niepewności, niepokoju, niezdecydowania. Bo ja myśli mam właściwie beztroskie, bliższe obojętności niż zamartwianiu się, choć późnymi wieczorami, kiedy pełnia rozjaśnia umysł i spać nie mogę - z rzadka, bo zmęczona wrześniem, śpię jak niedźwiedź w czasie śnieżnej zimy, - czasem napada mnie trwoga, że przyszłość nie będzie namalowana różową farbą. Może to i lepiej, wmawiam sobie, wszak róż mnie mdli. Zdecydowanie wolę przygaszone brązy. Tymczasem wpadłam jednak w katatoniczny stan nieanalizowania i koło nosa lata mi gama kolorów malująca etapy w moim życiu. Dyndam więc, macham nogami, mruczę kołysankę.
Zapewne dla towarzystwa wczoraj po południu czarny jak smoła podrzutek płci żeńskiej zadyndał na śliwie. Pewnie się zakleszczył między rozwidlającymi się pniami, zawyrokował listonosz, zanim jeszcze zobaczyłam sprawczynię zamieszania. Dałabym sobie rękę uciąć, że to Nikita, najmłodsze diablę w kocim stadzie, znów wsadził nos, gdzie nie powinien, miauczeniem wniebogłosy oznajmiając okolicy, że krzywda dzieje mu się wielka. Ledwie dostrzegłam czarną plamkę na poczerniałym pniu. Kotka dała się pogłaskać po łebku, łypnęła na mnie wielkimi jak pięciozłotówki oczętami i powróciła do darcia mordki. I do dyndania. Pomna wydarzeń, kiedy młodociany Kitajec ugryzł mnie w palec, kiedy chciałam chwycić go znienacka, poszłam po rękawice, tymczasem czarna znajda ucichła i zwabiona naszym wątpiącym kici kici zeszła ze śliwy, przybiegła na ganek, wtrąbiła kilka kulek suchej karmy, wieczorem zaś świdrującym miaukiem wymusiła wpuszczenie ją na noc do domu - inaczej spać by nie dała, drąc japę pod oknem, - pokręciła się w kółko i zaległa Duńskiemu na brzuchu. I tym sposobem już jest nasza. Ewidentnie ktoś, komu dyndał jej los, ją nam podrzucił.
Dynda mi przed nosem dzisiejszy sen. Jak wahadło, zbliża się i oddala, wciąż jednak pozostając w zasięgu wspomnień. Są sny, które męczą bardziej niż niejeden koszmar o diabelskich nasionach ułożonych u moich stóp. Czart, któremu mruczę kołysankę jest bowiem niczym malarstwo Salvadora Dali, zaś perspektywa wyjazdu do Anglii, choć mało prawdopodobna, nie jest aż tak dalece abstrakcyjna. We śnie osaczała mnie niczym , nie chciałam jechać, Nie wyśniłam wprawdzie powodu niechęci, była ona jednak tak wielka, że już spakowana i z dłonią na klamce, z rozkoszą posłuchałam głosu proponującego, by usiąść przed podróżą. Przysiadłam na chwilę, na momencik, byle tylko złapać ostatnie polskie wrażenia i nagle czas skurczył się w mgnieniu oka, a mój samolot odleciał beze mnie. Ja zaś zamarłam w niemym przerażeniu, bo przecież ten wylot ważny był, ważniejszy niż zostanie w kraju. Tutaj czekało mnie bowiem jedynie zawieszenie między niebem a ziemią. Jedynie bezwolne dyndanie.
Słowo dyndać użyte po raz dziesiąty zmienia się w kompletną abstrakcję.
Zapewne dla towarzystwa wczoraj po południu czarny jak smoła podrzutek płci żeńskiej zadyndał na śliwie. Pewnie się zakleszczył między rozwidlającymi się pniami, zawyrokował listonosz, zanim jeszcze zobaczyłam sprawczynię zamieszania. Dałabym sobie rękę uciąć, że to Nikita, najmłodsze diablę w kocim stadzie, znów wsadził nos, gdzie nie powinien, miauczeniem wniebogłosy oznajmiając okolicy, że krzywda dzieje mu się wielka. Ledwie dostrzegłam czarną plamkę na poczerniałym pniu. Kotka dała się pogłaskać po łebku, łypnęła na mnie wielkimi jak pięciozłotówki oczętami i powróciła do darcia mordki. I do dyndania. Pomna wydarzeń, kiedy młodociany Kitajec ugryzł mnie w palec, kiedy chciałam chwycić go znienacka, poszłam po rękawice, tymczasem czarna znajda ucichła i zwabiona naszym wątpiącym kici kici zeszła ze śliwy, przybiegła na ganek, wtrąbiła kilka kulek suchej karmy, wieczorem zaś świdrującym miaukiem wymusiła wpuszczenie ją na noc do domu - inaczej spać by nie dała, drąc japę pod oknem, - pokręciła się w kółko i zaległa Duńskiemu na brzuchu. I tym sposobem już jest nasza. Ewidentnie ktoś, komu dyndał jej los, ją nam podrzucił.
Dynda mi przed nosem dzisiejszy sen. Jak wahadło, zbliża się i oddala, wciąż jednak pozostając w zasięgu wspomnień. Są sny, które męczą bardziej niż niejeden koszmar o diabelskich nasionach ułożonych u moich stóp. Czart, któremu mruczę kołysankę jest bowiem niczym malarstwo Salvadora Dali, zaś perspektywa wyjazdu do Anglii, choć mało prawdopodobna, nie jest aż tak dalece abstrakcyjna. We śnie osaczała mnie niczym , nie chciałam jechać, Nie wyśniłam wprawdzie powodu niechęci, była ona jednak tak wielka, że już spakowana i z dłonią na klamce, z rozkoszą posłuchałam głosu proponującego, by usiąść przed podróżą. Przysiadłam na chwilę, na momencik, byle tylko złapać ostatnie polskie wrażenia i nagle czas skurczył się w mgnieniu oka, a mój samolot odleciał beze mnie. Ja zaś zamarłam w niemym przerażeniu, bo przecież ten wylot ważny był, ważniejszy niż zostanie w kraju. Tutaj czekało mnie bowiem jedynie zawieszenie między niebem a ziemią. Jedynie bezwolne dyndanie.
Słowo dyndać użyte po raz dziesiąty zmienia się w kompletną abstrakcję.
Prowadzisz schronisko dla kotów ? Czarno to widzę !!!
OdpowiedzUsuńA ja wolę czerwienie:) Zamartwiam się nałogowo - a mimo tego potrafię nabrać dystansu wobec własnych czarnych myśli, wszak kocham połączenie czerni z czerwienią:)
OdpowiedzUsuńŚniłam dziwne sny - budząc się co godzinę, zaglądając do śpiącej jak suseł Kobietki i w chwilach bezsenności oglądając moje filiżanki...
Pełnia księżyca i koty - magiczne połączenie:)
Ja miałam pełnię księżyca i jamnika... To już nie to samo:)
Ciepło pozdrawiam:)
Oj, więc nowy nabytek! :)
OdpowiedzUsuńPS. A czar Twojego języka wciąż na mnie działa:P
OdpowiedzUsuńłączę się z Tobą we wrześniowym przesileniu bo i mnie senność popołudniowa dopada jak zima ;/ natomiast co do czarnego podrzutka to może i prawda, ludzie z okolicy wiedzą żeś kociara to Cię uszczęśliwiają kolejnymi członkami stada ....
OdpowiedzUsuńaha jeszcze coś: moja babcia mawiała, że dziewczynki nie powinny gwizdać bo aniołkom coś tam się dzieje, płaczą czy coś ... już nie pamiętam bo i tak gwizdałam
OdpowiedzUsuńAir, a co miałam z nią zrobić? Podrzucić kolejnemu sąsiadowi?
OdpowiedzUsuńLiv, czerwienie też lubię. I rudości, i żółcie, i to wszystko w połączeniu z czernią.
Zapewniam Cię, że pełnia i koty to żadne magiczne połączenie - to połączenie wywołujące nadmierną irytację, zwłaszcza gdy rano wystarczy, żebyś wstała o 6.30, a bonusową pobudkę masz o 3.30 ;)
I dziękuję :)
Nikki, tak się złożyło. Opublikuję ją na FB, to obejrzysz :)
Polluśka, na razie udaje mi się uniknąć popołudniowych drzemek, ale to tylko kwestia czasu. Na ulicy zaś wszyscy doskonale wiedzą, które koty najbardziej wypasione ;)
O, o gwizdaniu szkodzącym aniołkom nie słyszałam :)))
Uwielbiam zatapiać się w Twoje abstrakcje wiesz?
OdpowiedzUsuńBardzo mi z tego powodu miło, Marlenko :)
OdpowiedzUsuńPodyndało i zostało :))) Czarne wiedziało gdzie trafiło, że mu źle nie będzie - wybrało dobrą śliwkę :)))
OdpowiedzUsuńCo fakt, to fakt :))
OdpowiedzUsuń