Biorąc pod uwagę umiejętność okazywania współczucia jestem... no, może nie zimna jak ryba, ale na pewno miotam się niczym słoń w składzie porcelany. Chciałabym być ostrożna, nie potłuc cudzych emocji, ale i tak zrzucam z półek niezręczne słowa i zahaczam cielskiem o koślawe gesty. W słuchaniu jestem dobra, chłonąć słowa zroszone szlochem mogę nieograniczenie. Jednak zaatakowana cudzym nieszczęściem czuję, że cokolwiek bym nie powiedziała i jakkolwiek bym się nie zachowała, moje pocieszanie ociera się o banał i zamiast pomagać, razi nienaturalnością. Być może osoba pocieszana, zaaferowana własnymi łzami i nawałem nieszczęśliwych myśli, nie zauważa mojej nieporadności, ja całą sobą czuję chcę ucieczki w miejsca... nie, niekoniecznie szczęśliwe, samotne raczej, bo przecież nie od ludzkiego niefartu chcę uciec, a od oczekiwań, że znajdę sposób, by uzdrowić zgnębioną duszę. Jak bowiem znaleźć odpowiednie zdania, skoro w danej chwili rozmiar ludzkiego dramatu jest nieopisany? I jak zdobyć się na czuły gest, kiedy rozmiar mojej niedotykalności jest nieogarniony?
Generalnie nie znoszę kontaktu fizycznego. Krępuje mnie, kiedy ktoś rzuca mi się na szyję - dwa czy trzy wyjątki, jak mówią, potwierdzają regułę, - gdy miętoli moją dłoń podczas rozmowy, gdy kładzie mi rękę na kolanie, głaska po policzku, gładzi włosy. Równie niezręcznie czuję się, gdy ktoś oczekuje ode mnie podobnego zachowania. Można sobie więc wyobrazić, jak źle jest mi w sytuacji, w której ktoś wypłakuje się na moim ramieniu - pardon, - smarkając mi w rękaw, rozsmarowując swój makijaż na moim czole, rosząc łzami moją szyję. Wiem, zabrzmiało zniechęcająco, nic jednak na nie poradzę na fakt, że w takich okolicznościach, zamiast skoncentrować się na zrozumieniu powierzanego mi problemu, bez ustanku opanowuję potrzebę oddalenia się. Zwykle jednak grzecznie siedzę z kołomyją myśli w głowie i czekam, aż łkający się opanuje i wypuści mnie z zakleszczenia, fizycznie i emocjonalnie.
Sama w swoich reakcjach na własne nieszczęścia jestem dość zrównoważona: nie dzielę się większością moich strachów, nie lubię użalania się nade mną, wolę walnięcie pięścią w stół i sprowadzenie mnie do parteru. Na zewnątrz, poza domem, w obecności rodziny nawet, właściwie nigdy nie urządzam histerii, większość mojego emocjonalnego ekshibicjonizmu skrupia się na Duńskim. Czasem sobie myślę, że ten mój chłód bierze się z faktu, iż nie trafiło mi się w życiu prawdziwe nieszczęście, jednak już z chwilą, kiedy piszę to zdanie, wzdrygam się na widok słowa prawdziwy, gdyż każdy dramat jest prawdziwy. Przyprawiająca o spazmy tragedia, mimo iż dla nas może być jedynie niefartem, dla cierpiącego jest najprawdziwsza, przynosi jak najbardziej realny ból, nabija głowę huraganem prawdziwie szalejących myśli, rozdziera duszę brakiem nadziei.
Mimo świadomości powyższego, nie do końca potrafię utożsamić się z częścią ludzkich nieszczęść. Są dla mnie zwyczajnym pechem, który można rozłożyć na czynniki pierwsze, aczkolwiek nie ma potrzeby ronić nad nim morza łez. Jeśli z kimś się znam dobrze, jestem więc niezła w stawianiu do pionu; umiejętność ta niekoniecznie działa w kontaktach ze znanymi odrobinę, tam bowiem włącza mi się opcja dyplomacji i za bardzo staram się znaleźć słowa, które nie dotkną. W tej sytuacji zaprzeczyć muszę przekonaniom kilku osób, że byłby ze mnie świetny psycholog, wczuć się bowiem potrafię w ludzką duszę. Niestety, nie dość, że trywializuję problemy, może się okazać, iż nie jestem w stanie wyrazić konkretnych myśli w obawie, że zostanę źle zrozumiana i pacjent rozpadnie się na kawałki drobniejsze niż rozsypka, w której przyszedł. Mówią wprawdzie, że trzeba dotknąć dna, by mieć się od czego odbić, ale nie sądzę, by rolą specjalisty było metodyczne wbijanie nieszczęśnika głębiej i głębiej w muł.
--
Przeczytałam powyższe i wyszło, że jednak jestem jak ryba, a to nie całkiem tak. Powiedzmy, że mam w sobie spore pokłady empatii, tylko ubrać jej w słowa i gesty nie potrafię, i nie lubię nią przesadnie szafować.
Generalnie nie znoszę kontaktu fizycznego. Krępuje mnie, kiedy ktoś rzuca mi się na szyję - dwa czy trzy wyjątki, jak mówią, potwierdzają regułę, - gdy miętoli moją dłoń podczas rozmowy, gdy kładzie mi rękę na kolanie, głaska po policzku, gładzi włosy. Równie niezręcznie czuję się, gdy ktoś oczekuje ode mnie podobnego zachowania. Można sobie więc wyobrazić, jak źle jest mi w sytuacji, w której ktoś wypłakuje się na moim ramieniu - pardon, - smarkając mi w rękaw, rozsmarowując swój makijaż na moim czole, rosząc łzami moją szyję. Wiem, zabrzmiało zniechęcająco, nic jednak na nie poradzę na fakt, że w takich okolicznościach, zamiast skoncentrować się na zrozumieniu powierzanego mi problemu, bez ustanku opanowuję potrzebę oddalenia się. Zwykle jednak grzecznie siedzę z kołomyją myśli w głowie i czekam, aż łkający się opanuje i wypuści mnie z zakleszczenia, fizycznie i emocjonalnie.
Sama w swoich reakcjach na własne nieszczęścia jestem dość zrównoważona: nie dzielę się większością moich strachów, nie lubię użalania się nade mną, wolę walnięcie pięścią w stół i sprowadzenie mnie do parteru. Na zewnątrz, poza domem, w obecności rodziny nawet, właściwie nigdy nie urządzam histerii, większość mojego emocjonalnego ekshibicjonizmu skrupia się na Duńskim. Czasem sobie myślę, że ten mój chłód bierze się z faktu, iż nie trafiło mi się w życiu prawdziwe nieszczęście, jednak już z chwilą, kiedy piszę to zdanie, wzdrygam się na widok słowa prawdziwy, gdyż każdy dramat jest prawdziwy. Przyprawiająca o spazmy tragedia, mimo iż dla nas może być jedynie niefartem, dla cierpiącego jest najprawdziwsza, przynosi jak najbardziej realny ból, nabija głowę huraganem prawdziwie szalejących myśli, rozdziera duszę brakiem nadziei.
Mimo świadomości powyższego, nie do końca potrafię utożsamić się z częścią ludzkich nieszczęść. Są dla mnie zwyczajnym pechem, który można rozłożyć na czynniki pierwsze, aczkolwiek nie ma potrzeby ronić nad nim morza łez. Jeśli z kimś się znam dobrze, jestem więc niezła w stawianiu do pionu; umiejętność ta niekoniecznie działa w kontaktach ze znanymi odrobinę, tam bowiem włącza mi się opcja dyplomacji i za bardzo staram się znaleźć słowa, które nie dotkną. W tej sytuacji zaprzeczyć muszę przekonaniom kilku osób, że byłby ze mnie świetny psycholog, wczuć się bowiem potrafię w ludzką duszę. Niestety, nie dość, że trywializuję problemy, może się okazać, iż nie jestem w stanie wyrazić konkretnych myśli w obawie, że zostanę źle zrozumiana i pacjent rozpadnie się na kawałki drobniejsze niż rozsypka, w której przyszedł. Mówią wprawdzie, że trzeba dotknąć dna, by mieć się od czego odbić, ale nie sądzę, by rolą specjalisty było metodyczne wbijanie nieszczęśnika głębiej i głębiej w muł.
--
Przeczytałam powyższe i wyszło, że jednak jestem jak ryba, a to nie całkiem tak. Powiedzmy, że mam w sobie spore pokłady empatii, tylko ubrać jej w słowa i gesty nie potrafię, i nie lubię nią przesadnie szafować.
Oj, bo to nie jest łatwe... Ja też mam w sobie spore pokłady empatii i też nie wiem, jak je wyrazić. W przeciwieństwie do Ciebie jestem 'człowiekiem gestu', oszczędnego co prawda, ale jednak gestu, więc jest mi /chyba/ łatwiej. Kiedy nie wiem, co powiedzieć - ujmuję czyjąś dłoń, dotykam ręki - więcej nic, ale to są jednak gesty...
OdpowiedzUsuńWłaśnie teraz zastanowiłam się... A jeśli ktoś mi się wypłakujący w ramię nie lubi gestu...
Trudno, wie do kogo przyszedł, musi się liczyć z dotykiem:P
czasami jest tak, ze małe, banalne pechy zbierają się, gromadzą tłumnie i potem naprawdę stają się nieszczęściem...
OdpowiedzUsuńz tym dotykiem to ja też nie lubię, jako dziecko miałam taka sasiadkę-starsza panią, co każdego dotykała w czasie rozmowy, brrr...
prawda jest taka, że w przeważającej części ludzie wyolbrzymiają to co im się przytrafiło i dlatego Tobie patrzącej z boku problem wydaje się zawsze mniejszy ...
OdpowiedzUsuńLiv, wydaje mi się, że może i faktycznie kapkę Ci łatwiej, bo w jakiś sposób jednak empatię okazujesz, a ja... a ja, kiedy mi ktoś w rękaw płacze, chowam do kieszeni całą moją asertywność i niechęć do gestów i pozwalam się "ośliniać", bo co mam zrobić? Nie odepchnę.
OdpowiedzUsuńNie sądzę, by ktoś, kto w ramię płacze nie lubił gestów: chyba po to płacze, by je dostać, nie?
P.Ż., wszystko zależy od kontekstu: zdecydowanie pewne rzeczy nie są pechem, są czymś, co nie powinno mieć miejsca.
Polly, niestety. Są przecież problemy, których nigdy bym nie śmiała trywializować, choćbym nie wiem jak niezręcznie czuła się podczas wypłakiwania mi ich w rękaw.
nie wiem czy niestety ... raczej to dobrze bo przecież ktoś powinien patrzeć trzeźwo i uświadomić, że nie stał się koniec świata ...
OdpowiedzUsuńNiestety, wyolbrzymiamy. Sama tak czasem mam, choć przyznam nieskromnie, że prócz Was tutaj, rzadko kogoś tymi moimi pseudotragediami epatuję.
OdpowiedzUsuńnas akurat możesz do woli ;DDD
OdpowiedzUsuńTak myślę właśnie ;p
OdpowiedzUsuńtak sobie myślę i myślę i wydaje mi się, że nie lubię także takiego dotykania zwłaszcza osób które krótko znam. To o czym piszesz tanyu myślę że jest normalnie, wynika bowiem z tego jaka jesteś - jaki masz temperament ;)
OdpowiedzUsuńa co to wypłakiwania się.. no cóż.. sama miałam taki okres że więcej się użalam nad sobą innym niż słuchałam ich..
W zasadzie to ja nie lubię 'smarkania mi w rękaw' bo do tego się sprowadza całe to 'płakanie na ramieniu', wtedy głupieję. Ale kiedy ktoś siedzi na przeciw mnie, mówi konkretnie, rzeczowo, od czasu tylko do czasu głos mu się załamie, albo łza w oku błyśnie /dobra, w 90% to 'ktosia', nie 'ktoś'/ a ja nie wiem, co mądrego powiedzieć dotykam szybkim, delikatnym ruchem jego/jej ręki, żeby wiedział/a że jestem z nim/nią, że rozumiem. Albo biorę za rękę i mówię wprost: 'nie wiem, co powiedzieć, po prostu z Tobą pobędę'.
OdpowiedzUsuńJeśli to Twój tekst , dobrze , jasno , treściwie omawia temat . Nie czytasz po napisaniu ! Prawdziwie ujęty . "Belferskość" uleciała , zniknęła jak dzisiejsze lato . Witaj w dniu "Powitań".
OdpowiedzUsuńAir, normalnie odpiszę najpierw Tobie, zanim odpowiem dziewczynom: jak to JEŚLI to mój tekst? Też coś, phi!
OdpowiedzUsuńI wyobraź sobie, że te przeczytałam. Miałam swoje powody. I cieszę się, że widzisz w nim prawdę, bo starałam się go ugryźć dyplomatycznie wiedząc, że przeczyta go ktoś, kogo może dotknąć. A i tak zostałam nie tak zrozumiana, ale nic to - przeżyję.
Greensalt, ja jestem gaduła wielka, taka co to lubi również pierdoły popychać, ale kiedy przychodzi do pocieszania kogokolwiek... cóż, jakie słowa wtedy pomagają, zwłaszcza, kiedy tragedia jest rzeczywista? No, niemal żadne, więc kiedy chcę je na siłę znaleźć, niemal panikuję. Wolę po prostu być i słuchać.
OdpowiedzUsuńSamo wypłakiwanie się nie jest złe: może nie sprecyzowałam, ale ja się jeżę na to "smarkanie w rękaw", a nie na samo użalanie się nad sobą. No, chyba, że ono przyjmuje formy skrajne, czyli wieloletnie, a takie osoby też znam i wtedy myślę sobie, że choćbym je napoiła eliksirem szczęście to go, pardon, wyrzygają.
Liv, no mam dokładnie to samo: przy histerykach głupieję, rozmowa o problemach mnie nie przeraża. Zresztą, są histerie uzasadnione - bez dwóch zdań.
I też w czasie tej rozmowy umiem na chwilę dotknąć dłoni i powiedzieć, że postaram się wysłuchać i zrozumieć, choć nie wiem, czy będę umiała realnie pomóc.
no tak, bo najgorsze jest te balansowanie w skrajnościach, a może gorsza nieumiejętnosć dostrzeżenia tego faktu...
OdpowiedzUsuńZ drugiej strony człowiek jest zwierzęciem stadnym więc ciągnie na swój sposób do drugiego człowieka :) Buziak
Tanyu, potrzebuję Twojego maila, żeby wysłać zaproszenie na nowego bloga;)Może być przez Facebook:)
OdpowiedzUsuńGreensalt, niestety - skrajności i czarno-białe postrzeganie świata nie służą nikomu.
OdpowiedzUsuńA stadna sama jestem. W normie ;p
Nikki, dzięki :)