Trzynaście czarnych kotów to nadmiar szczęścia czy nieszczęścia?, zaświtało mi w głowie, kiedy Duński wcisnął się na strych nad szopką i wyłowił z zakrytego płytkami legowiska trzy czarniawe maleństwa. Nie, trzynastu czarnych nie posiadam; trzynaście ogółem teraz i owszem. Czarniawe kolorystycznie w tym roku jednak obrodziły: dodając do powyżej wymienionych trojaczków (same chłopczyki, orzekł Duński) zadomowioną już Troję (bądź Trojana, jeśli się Duński w swoim orzecznictwie pomyli) stanowią przytłaczającą większość nad zaprezentowaną Wam poprzednio Apolonią. Trzydniowe kociaki mają już imiona; urodzone w przeddzień Euro, dostały je na cześć drużyn inaugurujących mistrzostwa i pewnie do końca życia nie będą świadome, jaka to wiekopomna okazja była inspiracją dla imion, na które nawet nie będą reagować. Zresztą, nie jestem powiedziane, że z nami zostaną; wolałabym dla nich znaleźć dobre domy, choć w smolistej Troi jestem już zakochana bezkrytycznie. Niewątpliwie ma maleństwo szczęście, że się urodziło czarne, bo kotów czarnych i rudych, byle nie czarno-rudych, mogłabym mieć i sto trzynaście, gdyby tylko stać mnie było na wykarmienie tylu gąb. Niemniej i tak lepiej mieć sto kotów niż jednego słonia, choćby i samą Cittę. Dziesięć kilogramów płatków owsianych, piętnaście kilo marchwi czy dwanaście kilogramów jabłek na małą przekąskę raczej mnie odstrasza niż przekonuje. Gdybym jeszcze miała pewność, że słonica prawidłowo wytypuje wyniki meczów, mogłabym zagrać w piłkarską loterię, zgarnąć całą pulę i karmić słonia do rozpuku. Tymczasem pewności takiej nie mam, bowiem sieć pełna jest zachwytów nad wybraniem "polskiego" melona, nie namierzyłam natomiast żadnego innego zjedzonego przez Cittę wyniku, trudno mi więc ocenić słoniową wiarygodność. Pozostając w temacie dokarmiania zwierząt, zdecydowanie lepiej byłoby mi hodować pająka: je może jak na niego wiele, ale jak na moją wydolność finansową względnie mało. Żadną jednak frajdą byłoby mieć pająka pokojowego, zamieszkującego pajęczynę w ocienionym rogu pokoju, musiałabym więc kupić ptasznika albo inną tarantulę. Te bowiem fascynują mnie piekielnie. Równie piekielnie jak się ich boję. Zawsze wydawało mi się, że gdyby mi taki pajączek z terrarium zbiegł, ja musiałabym zbiec z pipidówki, bo wyprowadzenie się z domu, gdy w okolicy grasuje wielki pająk nie wchodziłoby w rachubę. Tymczasem okazuje się, że wystarczyłoby mieć dom o śliskich ścianach i meble na wysoki połysk, i już ciężki ptasznik ryzykowałby życiem wspinając się gdziekolwiek. Włoski na odnóżach nie są w stanie utrzymać wielkoluda, a ten jest ponoć wybitnie delikatnym stworzeniem i spadając ze ściany potłukłby się na śmierć. Skoro już w pajęczym temacie jesteśmy, byłam przekonana, że największą traumą, która mogłaby mnie dotknąć w tropikalnych krajach porośniętych dżunglą, byłoby właśnie spotkanie jakiegoś miłego wałęsaka brazylijskiego, ale przecież patrząc na nasze rodzime okazy, nie są to stworzenia wchodzące człowiekowi w drogę i na siłę szukające z nami kontaktu fizycznego. No i dziś pan Cejrowski uświadomił mi, że najbardziej traumatycznym wydarzeniem jest spróbowanie zupy z małpy, a jeśli człowiek postanowi spędzić jakiś czas w dżungli, prędzej czy później mu ten wątpliwy rarytas zaproponują. Zupa owa, której detali Wam oszczędzę, od dzisiejszego przedpołudnia stała się dla mnie synonimem granicy nie do przekroczenia. A tą, na tę chwilę, będzie posiadanie czternastego kota, maści jakiejkolwiek.
--
Przy okazji: łapcie radioaktywne koty Sandy Skoglund

--
Przy okazji: łapcie radioaktywne koty Sandy Skoglund

Czarno to widzę dalej...
OdpowiedzUsuńKłaniam nisko:)
Ale że wszystko hurtem czy tylko część dotyczącą kotów?
UsuńSerdeczności :)
Trzynastu kotów nigdy nie posiadałam, kiedyś tylko w porywach jednego, ale jestem bardziej z tych "kotowatych", więc zazdroszczę, zwłaszcza tych trojaczków :)
OdpowiedzUsuńPodrzucić Ci wszystkie trzy? Tak cichcem, żebyś mogła powiedzieć, że skoro już ktoś bez serca je na wycieraczce zostawił, przecież nie podacie ich dalej :)
UsuńAch, gdyby nie Jej Długość, wyżebrałabym u Ciebie jednego czarnego kota:) Uwielbiam koty, a czarne koty uwielbiam razy dwa. No, ale jest Jej Długość, również z kocią naturą, rudą sierścią i prawem pierwszeństwa:) I również ją uwielbiam:)
OdpowiedzUsuńW sumie to może Twoja Jej Długość i któreś z moich kociąt by się dogadały, bo znów moje kociaki mają dość psią naturę i nie bardzo chcą chadzać kocimi ścieżkami. "Zniknięta" jakieś trzy lata temu Rudella była naszym jedynym kotem z prawdziwego zdarzenia :)
UsuńNiestety... Jej Długość, oczywiście, bardzo lubi koty... Ale podejrzewam, że wolałaby na gorąco...
UsuńJuż kilka razy kociaki Sąsiadów, jednych czy drugich, wyciągaliśmy jej niemal z pyska... Na szczęście zawsze obyło się bez ofiar, nawet bez jakichś większych zadrapań:)
Wierzę, bo mój dawno już hasający po psim niebie wielki i kudłaty wilczur też je wolał w innym niż żyjący stanie. Najchętniej, niestety, w rozszarpanym, więc miały mniej szczęścia niż Twoje sąsiedzkie.
UsuńWitaj
OdpowiedzUsuńO małpie ogladałam, no nie wiem, czy głód nie zmusza do rzeczy niemożliwych? trzeba by to przeżyć, by stwierdzić.
Ptaszniki w ilości 5 szt ma mój syn, całkiem miłe "stworki" :)
Pozdrawiam :)
Pewnie zmusza, ale na tę chwilę i w tych warunkach jest dla mnie nieprzekraczalną granicą.
UsuńA ptaszniki nie wiem, czy są miłe, na pewno za to są śliczne - uwielbiam się gapić na pająki, choć się ich boję strasznie :)
Tanyu, przed chwilą skończyłam jeść obiad, a Ty tu o małpiej zupie i pająkach. Ale niech tam! Czy jeszcze pipidówkowskie dzieci nie wołają za Tobą "kocia mama"?
OdpowiedzUsuńTe kocie pięcioraczki, o których Ci pisałam, córka nazwała nickami swoich znajomych z czatu. Nie wiem, czy któryś z nich jeszcze gdzieś się przemyka po działce, czy pobrali je dobrzy ludzie. Kiedyś pewna kobieta przyszła na naszą działkę, bo szukała swojego wypasionego rudzielca, który jej zginął w innej części miasta. Nie widzieliśmy go, ale wcisnęliśmy jej malutkiego rudaska i jednego szaraczka, bo stwierdziliśmy, że to na pewno synowie jej ukochanego kota. Jednak wielbiciele kotów to niezwykle wspaniali ludzie.
Buziaczki, hmmm, nie wiem jakie, bo chyba nie kocie;)
No przecież małpia zupa w sumie jak najbardziej w temacie, Aniu ;)
UsuńNie mam bladego pojęcia, jak dzieci na mnie wołają po cichu, ale głośno się jeszcze nie zdarzyło. Tylko jedno już w sumie nie dziecię na moje pytanie z początku notki odpowiedziało, że absolutnie nie nieszczęście i nie nadmiar - może bym jej wcisnęła któregoś smoluszka, hmm...
Ta pani na pewno oba kocięta już tak wypasła, że ów rudy nie różni się wiele od tego zaginionego. A może i ten stary się znalazł?
Buziaczki, hmm, no przecież nie od słonicy Citty, która znów zjadła "polskiego" melona, zaraz potem pożerając "rosyjskiej" i remis.
Znam tylko "Kaczą zupę" braci Marx, ale chyba też bym jej nie zjadła, bo to na pewno czernina. Nie znam losu tych rudo- szarych bliźniąt, ale wierzę, że dobrze im się powodzi.
UsuńŚledzę losowanie w "Szkle kontaktowym", ale zamiast słonicy są dwa koguciki rasy kura jedwabista: Gerwazy i Protazy, które za każdym razem losują na odwrót. Wczoraj wywróżyły, że wygra Rosja i nie wiadomo, czy się cieszyć, czy smucić.
Jeśli nie widziałaś tych kogucików, poszukaj w Google kurę jedwabistą i zachwycisz się tymi miękkimi, puchatymi stworzeniami.
Buziaczki jedwabiste.
Taką naszą rodzimą zupą, która mogłaby być dla mnie synonimem nieprzekraczalnego jest garus. Ohyda!
UsuńFaktycznie, śliczne te kurki i koguciki. Widzę jednak, że rzeczywiście wróżą równie nieskutecznie jak Citta.
Wkleję Ci tu linka z innego zwierzęcego głosowania, mam nadzieję, że otworzysz, bo przekierowuje na Facebooka (najwyżej wyślę mailem, jak się nie uda: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=405972739444823&set=a.273043652737733.66499.113221208719979&type=1.
Buziaczki kibicujące.
ciekaw jestem (BTW) jak smakuje zupa z pana Cejrowskiego,jestem w stanie zaryzykować:) sądzę jednak, że podobnie jak zupa z małpy:)
OdpowiedzUsuńZupa z poglądów pana Cejrowskiego, imho, smakuje pewnie jeszcze gorzej niż zupa z małpy :)
Usuńa ja kiedyś chciałam mieć słonia. To było wtedy, gdy tato oświadczył mi, że nie kupi mi mrówkojada...
OdpowiedzUsuńMoże Ty jesteś moja siostra pisząca bloga pod pseudonimem? Ona tak miała :)
UsuńChoć nie, moja siostra ma syna.
Lubię koty :) Miau miau miau... :*
OdpowiedzUsuń:)
Usuńa mnie se własnie wyluło kocie bialo rude - on i szara kicia :)
OdpowiedzUsuńO, a ja u takich małych strajtków płci rozróżnić nie umiem. Muszę mieć kawę na ławie ;p
UsuńMoi Zięciostwo przynoszą mi ostatnio noworodka kociego - czarnego. Na szczęście jeszcze nie opuszcza koszyka
OdpowiedzUsuńMoje małe też jeszcze nad wyraz spokojne: jedzą, śpią, nie piszczą. Ideały ;)
Usuńkocia mama, koci tata... poczytałam, ale nie wypowiadam się, bom psiara
OdpowiedzUsuńTja, normalnie jak wielka, szczęśliwa rodzina :))
UsuńTeż byliśmy psiarzami. A potem wzięliśmy Rudellę z ogłoszenia na płocie.
samarytanie :)
UsuńTo przyszło później. Rudellę wzięliśmy, bo była ruda :)
UsuńJa mam niewielką kolekcję, bo tylko trzy- ale wszystkie czarne. Resztę przychówku mojej kotki wydałam, w dobre ręce na szczęście. Nie ma to jak mieć męża weta, przychodzą moje wychowanki raz na czas jakiś więc mam kontrolę jak które rośnie i wygląda :)
OdpowiedzUsuńFaktycznie, mąż weterynarz to skarb, jak się ma takie małe hodowle. My, na szczęście, też na brak opieki nie narzekamy: weterynarzem jest ojciec mojej dobrej koleżanki i mąż byłej uczennicy, z którą mam świetny i częsty kontakt.
UsuńWyguglałam sobie tę Sandy - zdjęcia robi ciekawe, ale po namyśle stwierdziłam, że jednak nie chciałabym mieć żadnego na ścianie. Zbyt mnie niepokoją :)))
OdpowiedzUsuńCzarne koty uwielbiam, ale miałam tylko raz czarną Emilkę, którą mi przejechało. A teraz mam świnkę morską skrzyżowaną z kotem ;)))
Tego Sandy'ego. Jakoś mi się nie kleił w odmianie, choć może powinien :)
UsuńA ja chciałabym mieć takie zdjęcie na ścianie - jest wystarczająco dziwne, by mi się podobało. Inna rzecz, że właśnie sobie uświadomiłam, że mam na ścianach same banalne klasyki.
To może koleżankę/kolegę dla Twojej krzyżówki chcesz, hę?
http://www.fotal.pl/zdjecia-sandy-skoglund-czyli-zwykle-mieszkania-w-ktorych-nic-nie-jest-normalne/
UsuńTo ja już zgłupiałam, jakiej to jest płci ;))) Na inglisz Wikipedii też piszą "she".
Nie chcę - moja by pewnie lała i patrzyła czy równo puchnie. Takie to rozpieszczone bydlątko ;)))
Teraz ja zgłupiałam, ale już sprawdziłam i racja jest po Twojej stronie. Ja informację brałam z jakiejś amatorskiej strony, na którą mnie przekierowało po ujrzeniu jednego z powyższych zdjęć, zaraz poprawię odmianę nazwiska w notce.
UsuńNie martwiłabym się: moje nabędą bojowej zaprawy w potyczkach z psem sąsiada. Akurat jest kociego rozmiaru ;)
Fascynacja prymitynymi plemionami czasem przybiera u ludzi cywilizowanych jakiś negatywny wydźwięk. I o ile jeszcze dotyczy badań z zakresu etnologii lub antropologii kulturowej, o tyle jestem ją w stanie zrozumieć.
OdpowiedzUsuńMoja nie ma negatywnego wydźwięku: zamiast zupy z małpy, która zwyczajnie wydała mi się ciekawszym, bo dla nas niezwyczajnym, daniem, mogłabym dać za przykład żywe ośmiorniczki żywcem jedzone albo nasze rodzime flaki, które dla niektórych są nie do przejścia. Za manierę pana Cejrowskiego nie odpowiadam.
UsuńA w fascynacji innością nie ma nic niezrozumiałego, wydaje mi się.
O tej małpim rosole już dowiedziałam się wcześniej w jakimś jego programie (może to była powtórka?). Rety! co też człowiek potrafi zeżreć?! Jak Ty oddasz te kociaki? Kotki uwielbiam, ale jednak jestem psiara.
OdpowiedzUsuńNa pewno powtórka: prócz meczów obecnie, już nie pamiętam, kiedy widziałam coś premierowego. Inna rzecz, że ja wielkim fanem telewizji nie jestem, więc mogłam przegapić.
UsuńKurczę, jak się znajdą fajni chętni, to oddam: niech u kogoś będą pępkiem świata, u mnie będą jednymi z wielu :)
patrz, oglądałyśmy razem Cejrowskiego. ja mam nadzieję że nigdy nie będzie mi dane spróbować zupy z małpy. co do Twoich kotów - wiesz że to miód na moje serce, jestem przecież starą kociarą. a co do pająków - nie boję się. i jak tylko zobaczę pająka to szybko mówię - idz żeby cię nie zobaczyła moja siostra. ona nie lubi pająków. a mnie fascynują. nawet takie wielkie i niebezpieczne.
OdpowiedzUsuńTeż mam nadzieję - Cejrowski opisywał ją w mało apetyczny sposób.
UsuńJa się ich boję, ale też mnie fascynują: czy to w zoo, czy w zwykłym sklepie zoologicznym mogę się na nie gapić godzinami. Ale mieć takiego w domu... chyba jednak podziękuję, mogłabym zjeść na niedobór snu :)
i znowu muszę pogrzebać w internecie i w głowie i sprawdzić co jest naturalnym przeciwnikiem pająka.
UsuńKoty! :)
Usuńwiedziałam;) jeśli mam wybierać między kotami a pająkami to zawsze wybiorę koty. mój Boruta i Rokita są the best.
UsuńMiędzy kotami a pająkami nie ma wyboru! :)
UsuńTo Ty nie wiesz, że się "ów zupa" mówi? Powala mnie ta odmiana totalnie...
OdpowiedzUsuńObiecuję poprawę :))
UsuńJa jestem kociarą, ale te 3 na podwórku mi w zupełnośći wystarczają :)
OdpowiedzUsuńMieliśmy mniej, ale jednego podrzucili dwa lata temu; drugą w zeszłym roku. My nie mamy serca "podać dalej"...
Usuńzupa z małpy to prawie kanibalizm .... fuj. A co do kociaków to 4 drużyny inaugurowały EURO więc jakiego imienia nie nadałaś ??? Rosja ??? :)))
OdpowiedzUsuńNo nie, inaugurowały dwie: mecz Rosja - Czechy był dwie godziny później :)
UsuńA rosyjskie imiona mają już dwa kocurki, Nikita i Kitajec. I pewnie na tym się nie skończy, bo rosyjski uwielbiam, Rosjan też, i w ogóle dusze zza naszej wschodniej granicy.
aaaaaaa o ten pierwszy Ci chodziło ok. No ale to koty są 3 to jak je nazwałaś w końcu ???
UsuńJa aż tak nie czuję sentymentu do rosyjskiego może dlatego, że się go musiałam uczyć 9 lat mimo, że maturę zdałam na 6 ...
Czarna jest Troja, biaława Apolonia. O ile się okażą dziewczynkami :)
UsuńJa też byłam zmuszana do rosyjskiego i w szkole (zwłaszcza średniej) nie znosiłam go serdecznie. Po tylu latach jednak uraz mi minął, a rosyjski okazał się pięknym językiem i żałuję, że przez jakieś piętnaście lat po liceum zupełnie nic z nim nie robiłam, zamiast pielęgnować. I teraz rozumiem właściwie wszystko, a jak chcę coś powiedzieć, to się angielski pcha.
Hehe jak ja lubię Cię czytac:) Brat miał ptasznika obok, raz mu wyszedł z terarium i tez przerazony go szukal, spokojnie na ścianie Natalka sobie była, imię miała nieprzecietne:) ale niestety odeszla jakis czas temu. Brat na szczescie kolejnych przerazajacyh stworzen do domu nie planuje przyprowadzac:)
OdpowiedzUsuńA dziękuję :)
UsuńNatalka na ścianie. Brrr! Wiesz, jaki jest mój najgorszy koszmar? Że się budzę, otwieram oczy, a tu na firance w moim własnym domu siedzi wypasiony pająk. Jedyna szansa, że koleżeństwo Natalki by było za ciężkie na taką firankę.
Kotów nigdy dość ;-)
OdpowiedzUsuńTak się mówi, jak się ma jednego ;p
UsuńA ja drugiego kota się niebawem dorobię. Już zdradziłam tę nowinę kotce:))
OdpowiedzUsuńI jak zareagowała?
UsuńKupiłabym chętnie od Ciebie jednego ale tego zielonego ze zdjęcia ;)
OdpowiedzUsuńNiezielone daję za darmo, no! :)
UsuńNo już nie tragizuj...naprawdę;) Jak byłam mała to znosiłam do domu babci bezdomne koty z całej wsi. Też tragizowała, zupełnie nie wiem czemu;)
OdpowiedzUsuńNo nie tragizuję, naprawdę, bo się okazało, że trojaczki są czworaczkami, a ja się tu nawet nie wyżaliłam, że zupa z małpy się zdarzyła jednak ;)
Usuń