KLIKa szczęśliwa posiadaczka
Jestem szczęśliwą nieposiadaczką sympatii do nielusej specjalistki od uczniowskich dusz i tymczasowej gówniary z administracji niewypełniającej swoich obowiązków. Od końca uzasadniając, świat staje na głowie, kiedy wychodzi na jaw, że z powodu nieuzasadnionego focha ktoś odmawia wykonania swoich zadań. Ktosia owego można by do pionu przywrócić, gdyby zwierzchnik pokazał mu, gdzie jego miejsce, w świecie postawionym na głowie jednak pannica ma zapewniony wygodny stołek i nagrodę z okazji i bez okazji. Do podobnej furii doprowadza mnie kontrolująca nauczycieli, rozdająca stosy nic niedających ulotek i biegająca po korytarzach jak fruzia z pęcherzem szkolna pedagog, do której przekonać się nie mogę, choćby dziewczę na uszach stawało. Jako zwolenniczka nieformalnych rozmów, rzygam papieprzyskami, papierami i papiereczkami, które wyżej wymieniona gromadzi, a które prowadzą jedynie do wycinania Puszczy Amazońskiej. Inna rzecz, że to akurat dziewczę idealnie wpasowało się w potrzeby współczesnej szkoły, mnie zaś w razie czegokolwiek problematycznego wsadziliby do pierdla za brak świstków uzasadniających cokolwiek. Szczęśliwie z obiema paniami kontakty mogę ograniczyć do minimum, czego nie da się zrobić w relacjach ze mną samą. Ze sobą muszę przebywać bez ustanku, choćbym nie miała na to najmniejszej ochoty. Właśnie nie mam. Przez własną nonszalancję i rozrzutność jestem bowiem obecnie szczęśliwą nieposiadaczką węgla na zimę. Jakieś resztki ostały się z ubiegłego roku, więc póki śniegu nie ma, tyłek mi nie marznie, zapasy się jednak kurczą z dnia na dzień i w końcu przyjdzie dzień, w którym stanę przed pustą piwnicą i zacznę zdrapywać tynk ze ścian, a nuż się zapali. Ta wersja jest jednak opcją skrajnie pesymistyczną, liczę na to, że z konta wydrapię cudem wpłynięte środki i na to, że zima wciąż będzie nas tak rozpieszczać, jak to robi w tej chwili. Teoretycznie mogę również zaoszczędzić na jedzeniu, gdyż od piątku jestem szczęśliwą nieposiadaczką Duńskiego w domu. Tak, tak, nie ma w powyższym żadnego przekłamania, od pewnego czasu bowiem kiełkuje mi w głowie marzenie o Duńskim wypływającym na morza i oceany, i niewracającym przez pół roku albo rok nawet. Kto wie, czy wizja owa się nie ziści, wszak Duński nad morzem bawi, może się na pokład zaciągnie.
Żeby nie było tak ponuro, wspomnę, że jestem szczęśliwą posiadaczką wichrofobii. Nie, nie chodzi mi bynajmniej o aerofobię, bo przeciągi sama wywołuję, wiatr o rozsądnej sile wręcz lubię, pięknie bowiem suszy pranie i napachnia je świeżością, a wszystkie cztery podróże napowietrzne zniosłam bez szwanku. No, może zawiania się nieco obawiam, bo żadnej przyjemności nie dostrzegam w niemożności kręcenia głową wte i wewte, jednak owo unieruchomienie jest niczym wobec nieprzespanych nocy i skołatanego serca, kiedy wicher wesoło ryczy za oknem, co ma też swoje dobre strony, w skórze zombie bowiem jakby mniej ruszają mnie wszystkie absurdy kłębiące się dookoła. Tak czy siak, kiedy za oknem zawierucha, wskutek nieposiadania przy boku Duńskiego (choć umówmy się, Jego męskie ramię średnio by pomogło, gdyby dach odfrunął) zawsze mogę się przytulić do kota Nikity. Tym bardziej, że okazałam się być szczęśliwą posiadaczką kota ze skłonnością do wojeryzmu, bo fakt, że ów mały upierdliwy futrzak łazi za mną krok w krok i wszędzie dawno przestał zakrawać na zwyczajną, acz wzmożoną, towarzyskość. Zwierzę nie podgląda mnie jedynie kiedy śpię, bo samo śpi, i kiedy drzwi zamknę. Przeklęłabym dawno całą tą paranoidalną sytuację, gdybym nie była szczęśliwą posiadaczką postanowienia o zaprzestaniu używania słów mało parlamentarnych (motyla noga wie, skąd w ogóle taka nazwa). Doszłam do mało budujących wniosków, że i tak do piekła trafię za wszelkie me słabo skrywane antypatie, czemuż więc bym miała iść tam żywcem. Dzięki losowi od wielu lat jestem szczęśliwą posiadaczką bloga, gdzie mogę pozostawić wszelkie swoje frustracje, jeśli tylko nie wyświetla się błąd, komunikat, że blog nie istnieje lub inna radosna informacja. Sugeruję więc, żeby Onet ruszył swoje wirtualne dupsko i naprawił usterki, zamiast uszczęśliwiać nas zestawem fikuśnych przycisków, których i tak używa ułamek blogosfery.
A teraz oddalę się w kierunku posiadanej czekolady. Adieu.
Jestem szczęśliwą nieposiadaczką sympatii do nielusej specjalistki od uczniowskich dusz i tymczasowej gówniary z administracji niewypełniającej swoich obowiązków. Od końca uzasadniając, świat staje na głowie, kiedy wychodzi na jaw, że z powodu nieuzasadnionego focha ktoś odmawia wykonania swoich zadań. Ktosia owego można by do pionu przywrócić, gdyby zwierzchnik pokazał mu, gdzie jego miejsce, w świecie postawionym na głowie jednak pannica ma zapewniony wygodny stołek i nagrodę z okazji i bez okazji. Do podobnej furii doprowadza mnie kontrolująca nauczycieli, rozdająca stosy nic niedających ulotek i biegająca po korytarzach jak fruzia z pęcherzem szkolna pedagog, do której przekonać się nie mogę, choćby dziewczę na uszach stawało. Jako zwolenniczka nieformalnych rozmów, rzygam papieprzyskami, papierami i papiereczkami, które wyżej wymieniona gromadzi, a które prowadzą jedynie do wycinania Puszczy Amazońskiej. Inna rzecz, że to akurat dziewczę idealnie wpasowało się w potrzeby współczesnej szkoły, mnie zaś w razie czegokolwiek problematycznego wsadziliby do pierdla za brak świstków uzasadniających cokolwiek. Szczęśliwie z obiema paniami kontakty mogę ograniczyć do minimum, czego nie da się zrobić w relacjach ze mną samą. Ze sobą muszę przebywać bez ustanku, choćbym nie miała na to najmniejszej ochoty. Właśnie nie mam. Przez własną nonszalancję i rozrzutność jestem bowiem obecnie szczęśliwą nieposiadaczką węgla na zimę. Jakieś resztki ostały się z ubiegłego roku, więc póki śniegu nie ma, tyłek mi nie marznie, zapasy się jednak kurczą z dnia na dzień i w końcu przyjdzie dzień, w którym stanę przed pustą piwnicą i zacznę zdrapywać tynk ze ścian, a nuż się zapali. Ta wersja jest jednak opcją skrajnie pesymistyczną, liczę na to, że z konta wydrapię cudem wpłynięte środki i na to, że zima wciąż będzie nas tak rozpieszczać, jak to robi w tej chwili. Teoretycznie mogę również zaoszczędzić na jedzeniu, gdyż od piątku jestem szczęśliwą nieposiadaczką Duńskiego w domu. Tak, tak, nie ma w powyższym żadnego przekłamania, od pewnego czasu bowiem kiełkuje mi w głowie marzenie o Duńskim wypływającym na morza i oceany, i niewracającym przez pół roku albo rok nawet. Kto wie, czy wizja owa się nie ziści, wszak Duński nad morzem bawi, może się na pokład zaciągnie.
Żeby nie było tak ponuro, wspomnę, że jestem szczęśliwą posiadaczką wichrofobii. Nie, nie chodzi mi bynajmniej o aerofobię, bo przeciągi sama wywołuję, wiatr o rozsądnej sile wręcz lubię, pięknie bowiem suszy pranie i napachnia je świeżością, a wszystkie cztery podróże napowietrzne zniosłam bez szwanku. No, może zawiania się nieco obawiam, bo żadnej przyjemności nie dostrzegam w niemożności kręcenia głową wte i wewte, jednak owo unieruchomienie jest niczym wobec nieprzespanych nocy i skołatanego serca, kiedy wicher wesoło ryczy za oknem, co ma też swoje dobre strony, w skórze zombie bowiem jakby mniej ruszają mnie wszystkie absurdy kłębiące się dookoła. Tak czy siak, kiedy za oknem zawierucha, wskutek nieposiadania przy boku Duńskiego (choć umówmy się, Jego męskie ramię średnio by pomogło, gdyby dach odfrunął) zawsze mogę się przytulić do kota Nikity. Tym bardziej, że okazałam się być szczęśliwą posiadaczką kota ze skłonnością do wojeryzmu, bo fakt, że ów mały upierdliwy futrzak łazi za mną krok w krok i wszędzie dawno przestał zakrawać na zwyczajną, acz wzmożoną, towarzyskość. Zwierzę nie podgląda mnie jedynie kiedy śpię, bo samo śpi, i kiedy drzwi zamknę. Przeklęłabym dawno całą tą paranoidalną sytuację, gdybym nie była szczęśliwą posiadaczką postanowienia o zaprzestaniu używania słów mało parlamentarnych (motyla noga wie, skąd w ogóle taka nazwa). Doszłam do mało budujących wniosków, że i tak do piekła trafię za wszelkie me słabo skrywane antypatie, czemuż więc bym miała iść tam żywcem. Dzięki losowi od wielu lat jestem szczęśliwą posiadaczką bloga, gdzie mogę pozostawić wszelkie swoje frustracje, jeśli tylko nie wyświetla się błąd, komunikat, że blog nie istnieje lub inna radosna informacja. Sugeruję więc, żeby Onet ruszył swoje wirtualne dupsko i naprawił usterki, zamiast uszczęśliwiać nas zestawem fikuśnych przycisków, których i tak używa ułamek blogosfery.
A teraz oddalę się w kierunku posiadanej czekolady. Adieu.
Co prawda, gdyby dach odfrunął, Nikita też by Ci za bardzo nie pomógł, ale przesłanie rozumiem. Ja też nie najlepiej się czuję podczas wichury, ale jako masochistka uważam, że warto - mimo wszystko. Potęga przyrody, wyrażona poprzez burzę czy wichurę od razu ustawia wszystko w moim życiu na właściwe tory:)
OdpowiedzUsuńCzasem się zastanawiam, czy nie pracowałyśmy w jednej szkole /mam na myśli moją ukochaną podstawówkę, po wymianie 'wierchuszki', bo w gimnazjum było zawsze... poprawnie/
eeee, nieposiadanie okazuje się pożądane?!!
OdpowiedzUsuńLiv, ja się fizycznie czuję dobrze, nie jestem w żadnym stopniu meteopatką, zwyczajnie się boję jak jasna motyla noga! Burze za to też lubię :)
OdpowiedzUsuńKurczę, widać w szkołach wszędzie podobnie. Szkoda. Lepiej bym się czuła, gdyby tylko u mnie było mniej normalnie...
Dosiu, staram się szukać pozytywów wszędzie, inaczej grozi mi depresja wieloraka.
I pewnie już po czekoladzie, co? Nie podzieliłaś się :)))
OdpowiedzUsuńZa dużo ludzi łazi po świecie, żeby można było wszystkich lubić. Są tacy, którzy chyba egzystują głównie w celu działania na nerwy innym. Cóż zrobić, trzeba tolerować.
A mnie strasznie rozweselil ten post! Mimo nielicznych(nadal uwazam wedlug swoich perypeti) nostalgii,no wyobrazilam sobie zabawne sceny..Wybacz Tanyu,ale masz w sobie wiele humoru,ha,ha,a wieje wszedzie okronie i swista a u nas leje caly tydzien. Jednak wczoraj widzialam z okna tecze... Jak jest ze stolkami w Polsce, wszyscy wiemy.. nie zawsze idzie to w parze z kwalifikacjami i siedza potem dlugoe lata na tylku i nic nie robia...
OdpowiedzUsuńMniemam,ze jestes nauczycielem. No coz,moja corka rwie sie w tym kierunku,pewnie przejela po mnie marzenie..
Czytajac ''ciebie'' przypomniala mi sie moja nauczycielka od jezyka polskiego,wyrazala swoje zdanie,czasem przeklnela,zlapala za ucho,jednak zarazala po prostu nas swoja pasja do jezyka i kultury,to dzieki niej tak kocham Polske. Pozdiwiam nauczycieli z pasja!
Oj, tanyu, nie dasz piekarzowi, dasz lekarzowi. Cały rok muszę ciułać z głodowych dwóch pensji, a potem jak widzę ten gruby plik, który jakby nie było puszczamy z dymem:)))) Co rok się boję, czy dam radę. My mamy takie centralne własne na węgiel, dawno już założone, by było taniej. Palimy w jednym reaktorze, zakręcamy i ogrzewa chałupę. Niby jest, ale i tak jak najoszczędniej to robimy. Te wszystkie opłaty i jeszcze te kamienie, dobijają mnie coraz bardziej. Trzymaj się. A jakby co, jest gdzie spać, przybądź, tylko mi nie zamarznij!!!!!!!!!!!
OdpowiedzUsuńKendżi, dobra, jutro kupię kolejną, bo jest mi źle. Ale mimo złego się z Tobą podzielę, niech będę dobra :)
OdpowiedzUsuńJestem już na tyle mądra, że macham łapką na tych, co mnie denerwują i na tych, co ja ich wkurzam, ale czasem zderzę się z taką jedną czy drugą i iskrzy.
Josno, bo w sumie ta notka zabawna miała być, z dystansem. Dobrze, że jej nie pisałam dziś, bo dziś byłaby jęcząco-marudząco-wpędzająca-w-depresję.
Dokładnie, nauczam. I generalnie to lubię, ale tyle jest w polskiej oświacie absurdów, że coraz mniejszą mi to sprawia przyjemność. Ot, dziś się, na przykład, okazało, że starostwo zamierza znów na szkołach oszczędzać. Nic dziwnego, połowa zarządu ledwie maturę zdała, to czymże dla nich jest szkoła? Miejscem niegdysiejszej kaźni...
Nauczycielstwo to dobra praca dla tych, którzy ją lubią. Kto jej nie lubi, lepiej niech sobie oszczędzi, bo szkoda dzieci i siebie. Ale to nie o Twojej córce, to tak generalnie, bo Twojej córce życzę, by spełniły się Jej marzenia.
Clisho, człowiek ciuła cały rok, a potem albo z dymem to leci, albo przychodzi pan elektryk i bierze tysiąc za pół dnia. Porażka.
Nie zamarznę, bo węgiel wczoraj przywieźli. Grzeję się więc i nie myślę o dziurze na koncie. A przynajmniej się staram, bo dziś mnie takie myśli osaczyły.
No, to się cieszę, że jest ciepełko:)) Reszta też się jakoś ułoży. Co do ludzi, potrzeba nam więcej dystansu, nie na wszystko mamy wpływ.
OdpowiedzUsuńDziś siedzę na kanapie, po lewej stronie mam pudełko Ptasiego Mleczka, po prawej Delicje, niedaleko prażynki, więc sama sobie zjedz czekoladę. O! ;))) Taka jestem ;D
OdpowiedzUsuńClisho, do ludzi mam dystans - te dwie niekoniecznie mnie strasznie wkurzyły, wpasowały się za to nieźle w notkę. Wkurzają mnie jedynie ci, co u steru i tutaj o dystans mi bardzo trudno.
OdpowiedzUsuńKendżi, to teraz Ty się mogłabyś podzielić - u mnie dziś słodyczowa posucha. Do tego stopnia, że postanowiłam jutro upiec ciasto, pierwsze w życiu, kciuki trzymaj (o ile mnie ochota nie odejdzie) :)
na onecie widzę, że sporo tych niechcianych nowości wskoczyło na szczęście na blogspocie cisza ....
OdpowiedzUsuńTak, tutaj choć dają wybór, bo widzę, że wprowadzili nowy interfejs, ale dla chętnych.
OdpowiedzUsuń