13 listopada 2011

..nie wiadomo jak

Jest mi nie wiadomo jak.

Ubrana w rudości jesień napełniła mnie zachwytem, jeszcze bardziej rozanieliło mnie jej słoneczne ciepło. Żałuję, że nie da się go skumulować gdzieś pod skórą, a potem dozować sobie w chłodne wieczory wraz z kawą, kocem i książką. Jeszcze mocniej żałuję, że urodziłam się w miejscu, gdzie ciepło króluje przez kilka żałosnych miesięcy, by przez resztę roku przejmować zimnem do szpiku kości, taplać w błocie, zraszać rzęsistym deszczem czy owiewać halnymi. Najmocniej zaś żałuję, że nie jestem obrzydliwie bogata. Wtedy kręciłabym ciepłą stroną globusa i paluchem trafiała w miejsca tropikalne. Albo przynajmniej błogo ciepłe. I wcale nie iściłoby się krakanie blipowego znajomego, wieszczącego mi lądowanie w Liberii czy innym Hondurasie. Zresztą, umówmy się, mając kasy jak lodu w zaniedbanej lodówce, i tam znalazłabym dla siebie miejsca poza zamętem, gdzie kule nie świstałyby nad moją spragnioną słońca głową. Bez ustanku marząc o krajach, gdzie i pod mostem rzyć by mi nie marzła, codziennie rano w samym swetrze biegnę robić zdjęcia oszronionym liściom, wieczorem zaś uwieczniam setny zachód słońca nad płotem sąsiada. Pochłonięta już nie pasją, a - wedle Duńskiego - obsesją fotografowania, widzę piękno nawet w skostniałym T-shircie, zostawionym na nocnym mrozie wskutek niepomyślenia. Ba, z niemałym zdziwieniem łapię w przelocie myśl, że nie mogę się doczekać śniegu, po którym będę biegać w pobabcinych bamboszach, łapiąc każde jego skrzenie.

Jak wspomniałam poprzednio, rozszczepienie potrzeb towarzyszy mi na też w pracy. Po piętnastu latach za biurkiem, najchętniej wyszłabym z klasy trzaskając drzwiami i zostawiając kilku ekstremalnych pępków świata ze słowami niepowstrzymywanymi, mało parlamentarnymi i zupełnie niedyplomatycznymi. Zakochane w sobie małolaty drażnią mnie paskudnie, tym bardziej, że nijak sobie owej miłości własnej wytłumaczyć nie potrafię, dostrzegając w tych akurat egzemplarzach jedynie kupę nieuctwa, rozwydrzenia, rozdęcia i zwyczajnego buractwa znamiennego dla rozpieszczonych bufonów. Tymczasem stroję słowa w nie zawsze zrozumiałą dla zainteresowanych ironię, gdzieś z tyłu głowy szukając sposobu na przekłucie napompowanego szczeniackiego ego. Czynami, na znalezienie drogi dla słów mam małą nadzieję. Jednocześnie, nie czuję potrzeby zmiany pracy. Ba, szukam sposobu na zabicie wypalenia, pakując energię w rozpoczęcie projektu, któremu kolega - bazując na własnych doświadczeniach - nie wróży powodzenia, a na który napaliłam się niczym nieskażony zniechęceniem początkujący belfer - entuzjasta. I liczę, że uda mi się zarazić kilka osób.

Swoją drogą, może ktoś ma doświadczenie w eTwinningu?
--

próbka ześwirowania, reszta z prawej na flogu

10 komentarzy:

  1. tanyu, myślę, że takie 'rozdarcie', czy może lepiej: 'rozdwojenie' towarzyszy nam wszystkim i to nie tylko z racji przemijania pór roku:)
    Po prostu jest to wpisane w naszą naturę:) Może nie w moją, bo ja, jako dziwadło nie lubię lata, a listopad kocham:P Serio:)
    Zdjęcia śliczne, masz talent:) W takiej sytuacji trudno się dziwić 'obsesji':)

    OdpowiedzUsuń
  2. ja to nawet nie wiem co to jest to e....coś tam ... ;] a może powinnaś wziąć urlop zdrowotny ??? należy Wam się zdaje się ???? :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Tanyu Ty wulkanie energii i możliwości , zajmij się projektem do którego namawiam Cię od lat ! Okraś przyjemnością moje ostatnie dni!
    Życzę Ci nagłego olśnienia !!!

    OdpowiedzUsuń
  4. najbardziej podoba mi się zdjęcie z kubkiem, właściwie to jakby był na swoim miejscu...

    i ja tęsknie za słońcem, oby do wiosny..

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja i tak zbyt późno pojęłam, że naprawdę STRASZNIE nie chcę być nauczycielką, ale nie żałuję roku kursu pedagogicznego. Z tym, że nie mam cierpliwości i skry sympatii dla takich rozpuszczonych i tępych bachorów. Wiem, że nie wszystkie są takie, ale tych tępych i rozpuszczonych będzie coraz więcej.

    OdpowiedzUsuń
  6. Liv, ja zwykle nie jestem aż tak rozdarta. Pewnie, są we mnie sprzeczności, ale generalnie dość "zwarta" jestem w swoim postrzeganiu, pracy zawodowej zwłaszcza. I chyba to mnie najbardziej rozczarowuje: że coś, co lubię (lubiłam?) całą sobą, satysfakcji już nie przynosi.

    Polly, należy się. W sumie to mógłby być pomysł.

    Air, mnie się bloga nie chce pisać ani czytać, a Ty mi tu o doktoracie prawisz. Kurczę, i szantażujesz deczko. Btw, jakie ostatnie dni, hę?

    Pencil, w sumie można rzec, że był na swoim miejscu: znalazłam go w lesie. Po sesji nie zostawiłam na swoim miejscu jednak.

    Kendżi, dla takich i ja nie mam krzty sympatii. Woleliby nie wiedzieć, co o nich myślę, bo wtedy nastąpiłaby obraza majestatu. Ostatnio takąż myśl wyraziłam głośno i usłyszałam, że nie powinnam tak o uczniach mówić przy Vice. Pech, bo to akurat było określenie od Niej pożyczone.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wygląda mi to na przesilenie jesienne. Powinno przejść.... za kilka miesięcy :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Brawo, tanyu:)) Twoja obsesja to już majstersztyk!!! Już chyba mi się nie dziwisz?:)) Czasem jestem na nią zła, bo zabiera zbyt dużo czasu no i... ruszać się trzeba:)))) Życzę Ci powodzenia z całego serducha. Podobno wiara góry powala:))))) Ściskam:*

    OdpowiedzUsuń
  9. Dzięki, Clisho :))
    Nie dziwię Ci się ani trochę, nigdy się nie dziwiłam, bo zdjęcia zawsze mnie fascynowały, jeszcze przed moją amatorszczyzną. A to, że ruszać się trzeba to tylko na zdrowie mi wyjdzie. Póki co jednak jestem jak bez ręki, bo Duński wyjechał i aparat zabrał. Jak na złość wszystko teraz nadaje się do sfocenia.

    OdpowiedzUsuń