- Ty idioto! Czemu wyszedłeś w kiera?
- Przecież pokazywałeś mi serce, ripostuje tamten.
- A jak, cholera, robi serce? Pik, pik!
Czasem mówimy z Duńskim innymi językami. Jego zdaniem ja wypowiadam się w jakimś nie-do-ogarnięcia suahili naszpikowanym słowami niekoniecznie egalitarnymi, kolokwialnymi raczej, jednakowoż równie niezrozumiałymi. Ja sądzę, że posługuję się raczej marsjańskim, rzeczywiście czasem z deka zbyt swojskim dla mnie, a nieswojskim dla niego, ale konkretnym i niepozostawiającym pola dla domysłów. Tymczasem on wydaje się zmuszać mnie do kluczenia między interpretacjami, czego serdecznie nie znoszę, lubię bowiem sytuacje klarowne i niepozasłaniane. Równie ciężko jest mi czasem nadążyć za tokiem myślenia dziewiętnastolatków o duszach i pomysłach pięciolatków. Pomysłach, które przemieniają igłę w widły; które wcale nie są nowe, lecz w ich wykonaniu zostały rozdmuchane niczym przez kowalski miech, przez co muszę stawać przed nimi, tłumić paroksyzmy śmiechu i tłumaczyć, że w pewnym wieku pewnych rzeczy robić nie przystoi, choć ich postępek bardziej mnie rozbawia niż złości. Złoszczą mnie za to inne ich przewinienia, z wywoływaniem irytacji w innych na czele. Kiedy bowiem owa irytacja przynosi skutki dla dziewiętnastolatków niemiłe, wcielają się oni w role pokrzywdzonych dziecinek, które powinnam wysłuchać cierpliwie, pogłaskać po główkach i utwierdzić w przekonaniu, że wraz z osiągnięciem wieku (pseudo)dorosłego stali się królami świata. Nic z tego, ja wrednie uważam, że rządzić to oni sobie mogą czubkiem własnego nosa. I tylko dziewczęta widzą jak się morduję, a potem mówią tu i ówdzie, że im mnie żal, bo muszę się publicznie gimnastykować, by wydarzeń nie zbagatelizować, a jednocześnie pozostać w zgodzie z własnym uważaniem. Ach, i żeby do tego nie popaść w konflikt stulecia z panią, która ręce zatarłszy po przemienionym w widły pomyśle, pochlebiła sobie, że jej równolatki mądrzeją, podczas gdy moje głupieją. Wierzy w to święcie, choć w tej wierze jest całkowicie osamotniona. Nie przeczę, niektórym z moich po przekroczeniu progu dorosłości jakby się kilka śrubek w głowach poluzowało, czyli zwyczajnie im coś tam porządnie - pardon - pierdolnęło, ale generalnie to sympatyczne dzieciaki i nawet ci zapatrzeni w czubek swojego nosa, kiedy przejdzie im zacietrzewienie wywołane krytyką, pokazują nieobrażoną twarz i jest to twarz przyjemna.
Co nie udaje się ludziom, z łatwością przychodzi kotom. Moje żyją ze sobą w perfekcyjnej symbiozie, leżąc całe dnie pokotem tuż obok siebie i nawet sporadyczne parsknięcia nie burzą sielanki. Kotom zazdroszczę, potrafią bez mrugnięcia okiem zastosować się do przykazania, że "życie jest zbyt skomplikowane, więc lepiej się zdrzemnąć" (zaczerpnięte STĄD) i w poważaniu mają problemy, które my analizujemy w tą i z powrotem, wywracając je na drugą stronę w poszukiwaniu najkorzystniejszej opcji. Z nami koty też dogadują się bez problemu, nawet Franc, któremu należałoby zmienić imię na Jak-rzep-do-psiego-ogona, wczepia się bowiem pazurami w co popadnie, głównie w nas, chcąc nam pewnie przekazać, żebyśmy go przez przypadek nie upuścili, bo jeszcze nie wyląduje na cztery kocie łapy, a spadnie na łeb na szyję i sobie kark skręci. Tchórz. Powinnam pożyczyć mu mój bułgarski amulet, który noszę przypięty do torebki, przekornie uzupełniając jego moc sprawczą krzyżykiem kupionym niegdyś z zachwytu. Amulet wprawdzie ma moc przyciągania wiosny, a nie odganiania strachu, ale przy odrobinie dobrej woli można wyganianą przez niego zimę utożsamić z samym złem, zło zaś skojarzyć ze strachem i tak oto biało-czerwone włóczkowe ludziki z powodzeniem mogłyby zawisnąć Francowi na obroży, gdyby nie obawa, że swoimi czepialskimi pazurami w nicość zmieni pamiątkę z podróży. Ta zaś się jeszcze może przydać, bo temperatura na zewnątrz wcale nie jest przyjaźnie wiosenna, więc wszelkie sposoby odgonienia zimna są wciąż w cenie. Również ten, który polega na czterdziestopięciominutowym wgapianiu się w drzewo ozdobione nienaturalnie wielkimi, bibułowymi kwiatami o różowych środkach, które stoi w jednej z sal lekcyjnych i wpędza mnie w przedwiosenną zadumę. Nie jest to dobre miejsce do urządzania sprawdzianów, zamykam bowiem oczy i rozmarzam się, zamiast skupiać się na rytuale wyssanego z mlekiem poprzednich pokoleń uczniowskiego ściągania. Cóż tam jednak ściąganie, cóż wystrugane z igły widły, cóż języki obce, kiedy wiosna we łbie.
Co nie udaje się ludziom, z łatwością przychodzi kotom. Moje żyją ze sobą w perfekcyjnej symbiozie, leżąc całe dnie pokotem tuż obok siebie i nawet sporadyczne parsknięcia nie burzą sielanki. Kotom zazdroszczę, potrafią bez mrugnięcia okiem zastosować się do przykazania, że "życie jest zbyt skomplikowane, więc lepiej się zdrzemnąć" (zaczerpnięte STĄD) i w poważaniu mają problemy, które my analizujemy w tą i z powrotem, wywracając je na drugą stronę w poszukiwaniu najkorzystniejszej opcji. Z nami koty też dogadują się bez problemu, nawet Franc, któremu należałoby zmienić imię na Jak-rzep-do-psiego-ogona, wczepia się bowiem pazurami w co popadnie, głównie w nas, chcąc nam pewnie przekazać, żebyśmy go przez przypadek nie upuścili, bo jeszcze nie wyląduje na cztery kocie łapy, a spadnie na łeb na szyję i sobie kark skręci. Tchórz. Powinnam pożyczyć mu mój bułgarski amulet, który noszę przypięty do torebki, przekornie uzupełniając jego moc sprawczą krzyżykiem kupionym niegdyś z zachwytu. Amulet wprawdzie ma moc przyciągania wiosny, a nie odganiania strachu, ale przy odrobinie dobrej woli można wyganianą przez niego zimę utożsamić z samym złem, zło zaś skojarzyć ze strachem i tak oto biało-czerwone włóczkowe ludziki z powodzeniem mogłyby zawisnąć Francowi na obroży, gdyby nie obawa, że swoimi czepialskimi pazurami w nicość zmieni pamiątkę z podróży. Ta zaś się jeszcze może przydać, bo temperatura na zewnątrz wcale nie jest przyjaźnie wiosenna, więc wszelkie sposoby odgonienia zimna są wciąż w cenie. Również ten, który polega na czterdziestopięciominutowym wgapianiu się w drzewo ozdobione nienaturalnie wielkimi, bibułowymi kwiatami o różowych środkach, które stoi w jednej z sal lekcyjnych i wpędza mnie w przedwiosenną zadumę. Nie jest to dobre miejsce do urządzania sprawdzianów, zamykam bowiem oczy i rozmarzam się, zamiast skupiać się na rytuale wyssanego z mlekiem poprzednich pokoleń uczniowskiego ściągania. Cóż tam jednak ściąganie, cóż wystrugane z igły widły, cóż języki obce, kiedy wiosna we łbie.
I bardzo dobrze . Na wiosnę rybki w głowie są jak najbardziej na miejscu .
OdpowiedzUsuńWitaj zwiastunko wiosennych przekształceń :-)*
ehh wiosna - chyba każdy na nią już czeka...
OdpowiedzUsuńu mnie wiosna też w piątek zwiała. Za to spadło parę cm świeżego śniegu ;]
OdpowiedzUsuńAir, no właśnie, kto by się przedwiosennie kalał jakimś myśleniem ;)
OdpowiedzUsuńNatalio, ja czekam gdzieś od listopada. Nie znoszę zimy!
Polluśka, no u mnie właśnie też, jeno w sobotę: wstałam, a tam śnieg za oknem.
Ach, ta wiosna pachnąca... dziś cudna pogoda w Małopolsce;)))
OdpowiedzUsuńw ogole nie znam kocich zwyczajow, choc sama jestem lwem (salonowym :). czasem zaluje, ze moj maz jest ich wielkim przeciwnikiem, bo kot to nie to samo, co nawet najmadrzejszy pies. pies jest madry ulegloscia, wytresowaniem, koty natomiast potrafia indywidualnie myslec, czego mi akurat teraz na gwalt potrzeba - drugiej kombinujacej glowy
OdpowiedzUsuńMoże nie do końca na temat, ale w kwestii rozmów niedogadanych przypomniał mi się kultowy "Sęk" kabaretu Dudek :) Polecam.
OdpowiedzUsuńNikki, i na (pseudo)Śląsku też :)
OdpowiedzUsuńDosiu, moje koty niemal jak psy, więc, choć mogłabym Ci jednego czy dwa podrzucić, nie jestem pewna, czy wsparłyby Cię w tym momencie. Do tego stopnia spsiały, że przy nodze na spacer się włóczą. Tylko od czasu do czasu jakiś przebłysk własnego myślenia zaprezentują. Swego czasu mieliśmy Rudellę - o, ona była kotem co się zowie!
P.K., nie omieszkam obejrzeć :)
P.S. Czy mogę się jakoś do Ciebie zwracać inaczej niż per Pewna Kobieto? Niekoniecznie chodzi mi o imię, ale może na Twoim blogu ktoś coś ciekawego wymyślił.
Od zawsze zazdrościłam kotom właśnie tego spokoju. Wiem, że w porównaniu z nami mają komiczne problemy, ale jednak... ten ich spokój, leniwa obserwacja naszych śmiesznych przepychanek i galopów za niczym istotnym tak naprawdę... Ich spokój mnie uspokaja, tak jakby przechodził na mnie od samego patrzenia na nie.
OdpowiedzUsuńTo tak samo jak ja:)
OdpowiedzUsuńAle póki co u mnie ani śladu po zimie:D
Kendżi, pewnie generalnie życie kotów przepełnione jest problemami, moje kocizny jednak chyba żadnym nie zawracają sobie swoich kocich łebków - chciałabym mieć życie jak one, ach!
OdpowiedzUsuńNatalio, u mnie też nie, ale prognoza od jutra nie jest najciekawsza.
W przygotowaniu blog kulinarny - tam wystąpię pod innym nickiem, więc będzie alternatywa :)
OdpowiedzUsuń