2 września 2017

Chińczycy nie gęsi i na kawę z Węgrami..

Ląduję w swoistym China Town, jem wyśmienitą zupę Phở okraszoną soczystymi kawałkami świeżuteńkiej wołowiny i garściami kolendry, a boki obijają mi tłumy Chińczyków pędzących z hali do hali na hulajnogach. Nie patrzą, jadą z punktu A do punktu B jak po sznurku, uważając jedynie, by nie pospadały sięgające nieba pakunki z dwunastoma jednakowymi tenisówkami. Nie, nie można kupić ich tuzina w różnych kolorach i nie, nie można wziąć całej dwunastki w tym samym rozmiarze. Zhang o niezapamiętywalnym imieniu/nazwisku naprzemiennie uśmiecha się i złości, po polsku mówi mniej więcej tyle, ile my po chińsku. Po trzygodzinnej niemrawej konwersacji odkrywam, że rozumie po rosyjsku, odkurzam więc zalegającą gdzieś na dnie mózgu znajomość pokrytego patyną czasu języka i konstruuję kilka niezgrabnych zdań, odganiając cisnące się uparcie na język słowa angielskie. Dogadujemy się, że trzeba jechać do stolicy, gdzie miły pan w recepcji urzędu trajkocze w języku wydawałoby się międzynarodowym, jakby nie chciał mi uwierzyć, że Zhang naprawdę nie pojmuje nic poza znanym choćby i na końcu świata okey. Pani w docelowym okienku zjadła zęby na dogadywaniu się z ni w ząb nie mówiącymi po polsku imigrantami, więc tylko sprawdzamy odciski palców i po dwóch chińskich słowach szwendamy się ulicami stolicy z kartą pobytu niedbale wrzuconą do jaskrawej torebki, która pozwala nam nie pomylić Zhang z innymi skośnookimi spacerowiczami. Łamię sobie język, żeby opowiedzieć jej o stołecznych miejscach, tymczasem Narcyz potoczystym słowotokiem opisuje miejsca mijane i jednym tchem wymienia wszystkie warszawskie must sees. Jego polszczyzna niezmiennie mnie zachwyca, Zhang docenia ją jakby mniej. Za to oczarowana moim dukaniem, pisze mi w translatorze, że jeśli nie pójdę do pracy, zatrudni mnie w chińskim markecie. Narzekam od pewnego czasu, że znudziła mi się praca w szkole? Mówisz więc i masz.

Nazwisko szychy na wyświetlaczu telefonu nieco zbija mnie z tropu. Post factum zaczynam żałować, że nie udałam wyjazdu na drugą półkulę, głuchoty albo chociaż głębokiego snu. Sprawa jest, słyszę, wagi międzypaństwowej: delegacja z Węgier przyjeżdża lada dzień po niedzieli i tłumacza szukamy na gwałt. A i owszem, ktoś tam coś będzie tłumaczył, ale lepiej mieć kogoś zaufanego w zanadrzu, z niemieckim i francuskim też. Płyta z prezentacją piękna okolic pipidówki leży gotowa do przełożenia, tylko przyjść i wziąć. Narcyz wraca z niczym. Kto w ogóle wiedział, że przyjdzie akurat teraz i będzie jakieś treści do przetłumaczenia chciał? Czekam na maila, kolejnego dnia w końcu jest. Tłumaczenie idzie gładko, kilka prostych fraz. Odsyłam, ślę telefonicznie wiadomość, że już i weekendowo nie leżę brzuchem do góry, bo wkurza mnie, że dzień po niedzieli tuż tuż, a ja nie wiem kompletnie, co, jak i gdzie. Nie wyobraża sobie szycha chyba, że w poniedziałek wstanę skoro świt, by wypindrzona warować przy telefonie na sygnał do odjazdu. Późnym wieczorem wciąż nic nie wiadomo, więc na niedzielno - poniedziałkową noc wyciszam telefon, zamierzam spać do południa, środek wakacji jest. Z rana panika, bo tłumaczenie prezentacji nie dotarło do adresata, szczęściem nie kasuję kosza, ślę więc jeszcze raz. Za około godzinę dostaję cynk, że spotkanie z Węgrami rozwiało się jak dym. Czuję, jakby nie miały to być oficjalne rozmowy, a wypad na kawę, w ostatniej chwili odwołany z powodu bólu nóg.

28 komentarzy:

  1. Tanyu, już wyobrażam sobie Ciebie na hulajnodze w chińskim markecie, z kilkoma pudłami tenisówek w różnych kolorach i rozmiarach.
    Słyszałam, że język chiński jest łatwy do nauki, poza tym nie musisz uczyć się kilku tysięcy ich robaczków zwanymi literami, wystarczy kilkadziesiąt podstawowych.
    Ciekawa jestem, jakbyś prezentowała się w chińskim mundurku z epoki Zedonga. Już lepiej zacznij zadawać się z Japończykami i zakładaj kimono, bo bardziej twarzowe.
    Z Węgrami się nie zadawaj, bo ich język jest nie do opanowania, a poza tym nie mają morza.
    Buziaczki wyłącznie polskie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja za to, Aniu, wyobrażam sobie siebie na hulajnodze, aczkolwiek bez bez pudeł. Raczej na jakiejś nówka sztuka autostradzie, bo gdyby jakieś przełomy (jak informują znaki drogowe) były, pewnie bym daleko nie ujechała.
      Jeśli o chińskie znaczki chodzi, w życiu bym takiego czegoś nie namalowała. Plastycznie jestem upośledzona, zatrzymałam się na etapie mniej więcej czterolatka, a może i to nie. Za to ze dwa chińskie słowa już znam. Umiem powiedzieć "dziękuję" i "po angielsku", ale nie odważę się tego napisać.
      Morza nie mają, ale Balaton mnie kusi!
      Buziaczki wciąż nie z chińskiego marketu, a ze szkółki już.

      Usuń
    2. Tanyu, na hulajnodze na autostradę nikt by Cię nie wpuścił, bo za małą prędkość byś rozwijała.
      Wiesz, że odróżniam chińskie znaki od japońskich, ale najłatwiejsze do rozpoznania są koreańskie, bo mają dużo kółeczek. Poza tym większość Koreańczyków nazywa się Kim. Kiedyś na boisku siatkarskim były same panny Kim i trzeba było dokładać do ich nazwisk imiona.
      Spodobał mi się język turecki i już znam chyba 50 wyrazów, a najbardziej podobają mi się tureckie imiona:
      Gülfen – O ustach niczym róża
      Gülnihal – Sadzonka róży
      Gülşah – Gałązka róży
      Piękne, prawda?
      Balaton mnie nie kusi, zresztą nasz Bałtyk też nie.
      Günaydın, neşeli surat.

      Usuń
    3. Obawiam się, że faktycznie nie. Szkoda, z jednej strony, ale z drugiej, szkoda niewielka. Kiedyś jechałam względnie nową autostradą z Katowic do Krakowa i już wcale gładka nie była.
      Ja znaczków nie rozróżniam żadnych, ale jeśli o znaczki chodzi, to najchętniej uczyłabym się arabskiego. Szalenie podobają mi się te ich zawijasy. Jeśli kiedyś będę robiła tatuaż, to po arabsku właśnie. Wytatuuję sobie slogan "zupka chińska", a będę szpanować, że mam coś mądrego.
      O tak, tureckie imiona brzmią pięknie.
      Buziaczki zmęczone porannym wstawaniem, odzwyczaiłam się.

      Usuń
    4. Tanyu, nie Ty pierwsza miałabyś chiński slogan, wielu sportowców każe sobie coś tatuować po chińsku czy arabsku i potem okazuje się, że to właśnie jest "chińska zupka".
      Nota bene nigdy nie jadłam chińskich zupek.
      Kiedyś kupowałam miesięcznik, "As Sadaka" i stamtąd uczyłam się pisać po arabsku. Niestety, już dawno zapomniałam.
      Buziaczki wściekłe jak cholera, bo w mieszkaniu nawaliła hydraulika i chyba za lejący się do wanny wrzątek, którego nie można było zakręcić, zapłacimy jak za mokre zboże. Zaraz przyjdzie pan Boguś (złota rączka) i założy baterię, bo woda już zakręcona.

      Usuń
    5. W sumie nigdy nie wiesz, co Ci tam wyskrobią w dziwnych językach. Pisać po arabsku pewnie bym się jednak nie nauczyła z powodu plastycznej niesprawności w stopniu bardziej niż głębokim.
      Mam nadzieję, że z hydrauliką już okey.
      Buziaczki pocieszające.

      Usuń
    6. Lepiej niczego nie tatuować, bo można potem żałować. Czasami oglądam program o nieudanych tatuażach, które trzeba zamalować czymś innym.
      Wieczorem już wszystko było w porządku, choć roboty co niemiara.
      Jeśli masz zawory do wody, to od czasu do czasu je zakręć i odkręć, bo za jakiś czas ani drgną.
      Buziaczki już spokojne.

      Usuń
  2. wędrujesz z Narcyzem na koniec świata... choć koniec świata może być w innej miejscowości ;) Ty się nie zajmuj Węgrami bo to język niezrozumiały. podobno węgierski i fiński jest prawie nie do nauczenia, ale co ja tam wiem. i jak zwykle mnie uwodzisz słowami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Narcyzem koniec świata to ja mam na co dzień. Czasem jego poglądy tak wbijają mnie w fotel, że mam wrażenie, iż wylądowałam na innej planecie.
      Z Węgrów wyszły nici, więc strachu nie ma: nie będą mnie zalewać niezrozumiałą mową.
      I dzięki :)

      Usuń
  3. Z Węgrami co najwyżej na placek po węgiersku ;p

    Jakieś to takie swojskie: najpierw alarm, potem cisza i...nic z tego...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...i to jeszcze na jedzony w milczeniu ;))
      Alarm natomiast wkurzył mnie, bo to nie była pierwsza taka sytuacja. Od szych chciałoby się wymagać konkretności, a nie pitu pitu.

      Usuń
  4. Moja Znajoma ma od lat siedemdziesiątych rodzinę na Węgrzech (tzn. jej cioteczna siostra wyszła za Węgra, ta siostra jest kilkanaście lat od niej starsza). Istvan studiował w Polsce i nasz język jakoś ogarnął, jej siostra do dziś nie mówi dobrze po węgiersku, a Znajoma będąc tam (kilka razy do roku) do sklepu chodzi z kartką:)
    Natomiast mój komputerowy guru sam się uczy języków. Nauczył się angielskiego, angielskiego w wymowie amerykańskiej (to jeszcze z płyt), francuskiego, ukraińskiego, niemieckiego - to jeszcze rozumiałam. Ale on śpiewająco ogarnął litewski (matuś moja jedyna) i teraz, zapytany uprzejmie co robi, powiedział, cytuję: "uczę się chińskiego w wymowie mandaryńskiej". No, ja po polsku nie ogarnęłam "o czym on do mnie rozmawia":) A te dwie wymowy angielskiego są pilnie szlifowane wiesz, przez kogo. Urządzono małe zawody. M.opadły ręce - okazał się gorszy:)
    A z rosyjskim u mnie tak samo. Ostatnio musiałam się nim posłużyć i okazało się, że zastanawiająco dużo pamiętam (lubiłam ten język, wiem - niepolitycznie dziś, ale nic nie poradzę, lubię czytać Tołstoja i Dostojewskiego w oryginale mam więc kontakt z językiem, choć nie z wymową) i dogadałam się bez trudu. No, bez większego trudu:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, litewski to jakaś chińszczyzna zupełna przecież! Ja miałam kiedyś okazję wziąć udział w lekcji łotewskiego, ale nie pamiętam ani słowa. A nie, zaraz. Pamiętam jedno: "paldies" znaczy "dziękuję". Aż sprawdziłam w tłumaczu, czy dobrze pamiętam i bingo!
      Ja w podstawówce zajęłam trzecie miejsce w wojewódzkiej olimpiadzie z rosyjskiego. Wchodził mi sam do głowy, choć, przyznam, nie uczyłam się wcale. Nauczycielkę miałam jednak z tych, które setki razy powtarzają, żeby każdy miał szansę zrozumieć, więc z moją łatwością do języków wyrosłam na geniusza. Niestety, w liceum się cofnęłam. Kobieta była nudna jak flaki z olejem. Nauczyłam się od niej jednak jednego: jeśli czegoś nie wiem, mówię, że nie wiem. Pani od biologii, której mówiliśmy, że w Amazonii odkryto pięcionogiego pająka, zawsze mówiła, że też o tym czytała, choć wiadomo, że sensacja była kompletnie zmyślona.
      O jeżu, Dostojewskiego i Tołstoja w oryginale? Chapeau bas!
      Brawo dla wiadomo kogo :)))

      Usuń
  5. Witaj!
    Ja z Węgrami chętnie poszłabym na leczo oraz wyborną Pálinkę.
    Uwielbiam Twoje posty Tanya:)
    Serdecznosci przesyłam:)
    Oczywiście komentarz mój się wykasował, ale piszę do skutku!






    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, sprawdzałam w spamie, nie tam od Ciebie nie ma. Zupełnie nie mam pojęcia, dlaczego Twoje komentarze się nie publikują. Cieszę się, że jesteś uparta, Morgano :)
      Kiedyś byłam na jeden dzień na Węgrzech, gdzie jadłam gulasz. Średni był. Chyba za bardzo pod nas robiony. Byłam z grupą, nie w restauracji.
      Ściskam. I dziękuję :)

      Usuń
  6. Jak miło, że wróciłaś na blogowe poletko. Uściski serdeczne przesyłam z zakątka paczuchy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W końcu trzeba było. Już się słowa we mnie dusiły.
      Serdeczności :)

      Usuń
  7. Chinka to jakaś koleżanka czy Cię z pracy ubrali w te załatwiania urzędowe bom nie zjarzyła.

    Po węgiersku umiem powiedzieć "na zdrowie" ;D bardzo ten zwrot był przydatny w liceum na szkolnej wycieczce do Budapesztu z której nikt za wiele nie pamięta ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Narcyz czasem jeździ z nią po towar, a ja załapałam się przez wakacyjną nudę.
      Hmm, w sumie zastanowiłam się, że też niewiele pamiętam z wyjazdowych wycieczek z liceum. Najlepiej w pamięci utkwił mi rajd pieszy. Czyżby dlatego, że nie było okazji pić? ;))

      Usuń
  8. wegier polak dwa bratanki.... ponoc. co do budapesztu, bardzo mi sie podobal ;))) ale bylam wtedy mala i malo widzialam ;))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do Budapesztu (czy też na Węgry w ogóle) miałam niby jechać w nagrodę za usługę, a tu taka kaszanka: kawę odwołano ;)

      Usuń
  9. No a co z tymi Chińczykami w końcu? :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Z tymi Węgrami to aż się chce skomentować: "Bywa". Bo tak, ot tak. Kij im w oko. Przyznam, że ten język mnie przeraża. Jak można mówić w czymś niepodobnym zupełnie do niczego?

    Ale przygody polsko-chińskiej zazdroszczę. Stresowałabym się pewnie, ale ile potem byłoby wspomnień z takiego spotkania!

    OdpowiedzUsuń
  11. Dobrze, że to było kilka prostych faz ;) Ja całkiem poważnie rozważam kupienie hulajnogi.

    OdpowiedzUsuń
  12. Tanyu, chyba wiesz, że będą zlikwidowane blogi na Onecie, więc założyłam nowego bloga na Bloggerze:
    https://zycie-anny-reaktywacja.blogspot.com/
    Jeśli kiedyś jeszcze się tu pojawisz, bo znowu Cię nie ma, to możesz do mnie zajrzeć.
    Nowe buziaczki wraz z nowym blogiem.

    OdpowiedzUsuń
  13. Kochana!
    Już dziś przybiegłam do Ciebie z serdecznymi życzeniami świątecznymi:)
    Pełnych dobra, miłości, radości Świąt Bożego Narodzenia dla Ciebie i Bliskich:
    życzy Morgana z rodzinką

    OdpowiedzUsuń
  14. Jeśli tu jeszcze zaglądać się WMPani zdarzy, to życzeń przyjąć upraszam: Świąt Zdrowych i Pogodnych, a i po Godach wszelkiej możebnej pomyślności...:)
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń